All posts tagged with zapiski

Poza tożsamościami

Donoszę, na spotkaniu w Krakowie noblistka dostała, przy wchodzeniu na scenę i przy schodzeniu ze sceny, owacje na stojąco, a na koniec był bis, cokolwiek to znaczy na spotkaniu literackim, takie emocje. W odpowiedzi na jedno z ostatnich pytań – pytania w większości pochodziły od czytelników, odczytywał je Michał Paweł Markowski – Olga Tokarczuk powiedziała, że choć powieść historyczna wydaje się jej ważna, to strzelałaby, że najbliższa przyszłość literatury będzie raczej pod znakiem science fiction, bo też ludzi miałyby mniej obchodzić kwestie tożsamości, szczególnie narodowej, a bardziej problemy klimatu, relacje z przyrodą i nowe doświadczenia zmysłowe dostarczane przez technologie. Jest to, powiedziałbym, życzenie grube, bo myślenie tożsamościowe ma się przecież coraz lepiej, a nie coraz gorzej. Ale takie życzenia to ja rozumiem, bo nie chodzi przecież o to, żeby wciąż się wykłócać o to, czy tożsamości są ważne, tylko założyć, że może nie tak bardzo, i włożyć energię w ciekawsze sprawy. No więc jeśli literatura polska miałaby być pod takim wpływem, to ja bym nie protestował.

Armagedon i paranoja

Przemysł nuklearny po upadku Związku Radzieckiego: „Some scientists left to seek jobs abroad. Others set up specialist businesses in an attempt to turn their knowledge into commercial profit: one group offered to destroy waste of all kinds by incinerating it with thermonuclear blasts 2,000 feet underground”. Świetna ta książka Braithwaite’a, niemal kompletna opowieść o bombie atomowej od II wojny światowej do wyboru Trumpa, z akcentem na zimną wojnę i relacje sowiecko-amerykańskie, z dodatkiem polityki brytyjskiej, w końcu autor był brytyjskim dyplomatą, i to nie byle jakim, bo ambasadorem w Moskwie w latach 1988-1992. I właśnie najciekawsze jest to, że grzebie (no, grzebie, ta książka ma kilkadziesiąt stron bibliografii, imponująca sprawa) też w dokumentach rosyjskich, próbując pokazać, że podobne pomysły, lęki i wyobrażenia funkcjonowały po obu stronach konfliktu. Dość niesamowite jest to, jak szybko w oficjalnych dokumentach broń nuklearna, ze wszystkimi mrocznymi skojarzeniami, została podmieniona na „deterrent”, czyli „straszak”, że musimy mieć swój straszak, żeby skutecznie równoważyć ich straszak, no łatwiej rozbudowywać bez ograniczeń swój zasób straszaków niż arsenał broni termonuklearnej. W „Guardianie” świetna recenzja Jonathana Steele’a, który chyba słusznie wskazuje, że Braithwaite trochę bagatelizuje ruchy antyatomowe i politykę państw, które zdecydowały się nie rozwijać własnych straszaków. Ale trzeba przyznać, że choć niewypowiedziana wprost, silna jest w tej książce myśl, że ta cała historia, która wcale się nie skończyła, jest jakimś gigantycznym nieporozumieniem, w które wszyscy się wpakowali, choć woleliby nie. No i są arcyciekawe przebitki o tym, jak kultura wpływała na kształtowanie polityki, jak to np. Reagan obejrzał pewnego wieczoru docudramat „The Day After” i tak to nim wstrząsnęło, że nabrał ochoty, żeby jednak się dogadać z Sowietami. Są też przepyszne anegdotki o doskonałym, precyzyjnym działaniu systemów kontroli arsenałów, jak to w 1979 roku amerykański komputer stwierdził, że Rosjanie wystrzelili rakiety balistyczne, więc amerykańskie rakiety postawiono w stan gotowości, bombowce skierowano na pasy startowe, a po sześciu minutach okazało się, że jednak nie, i była chryja, Kongres chciał wyjaśnień, obiecywano, że to tylko taki błąd, że się już nie powtórzy, powtórzył się po trzech latach, chryja nawet nie zdążyła się wywiązać, bo trzy dni później znowu to samo, obudzono Brzezińskiego, żeby ten może obudził Cartera, bo na Stany leci 250 pocisków, chwilę później miało ich już być 2200, w końcu okazało się, że jednak nie, Brzeziński nawet nie obudził żony. Tylko tak od 20 strony przerzuciłem się na oryginał, bo po polsku coś nie grało, czasem kalki z angielskiego, że trzeba się domyślać, jak to mogło lecieć przed tłumaczeniem, zupełnie jak w tej zimnowojennej paranoi.

Dead Don’t Die

Albo jak Murray pyta Drivera, skąd zna tę piosenkę, a Driver mówi, że to „theme song”. Albo jak Driver pyta Murraya, jak się ma, a ten pyta, czy improwizują. Albo jak Iggy Pop, w towarzystwie Sary Driver, kiedy już zrobi to, co robią zombiaki, wlewa w siebie dzbanek kawy. Albo jak Steve Buscemi ma czapkę z napisem „Keep America White Again”, tylko skąd Jarmusch mógł już wtedy wiedzieć, że Trump zatwittuje „Keep America Great” i będzie to hasło kampanii o reelekcję. Albo jak Selena Gomez wjeżdża do miasteczka i gwiazdki wyświetlają się nad jej głową, ale gra w sumie w czterech scenach, w czwartej dynda jej ta głowa. Albo jak zombiaki chodzą po mieście i marzą o tym, co lubiły za życia, i są takie, co chodzą ze smartfonami i mówią „wifi”, „bluetooth”, „siri”. Albo jak Hermit Bob zostaje pouczony, żeby już nie kradł kur, i odpowiada po prostu „Fuck off, Cliff”. Albo jak Frodo wyciąga broń na zombiaki i wiadomo, że to oko puszczone do Tarantino. Albo jak po Tildę Swinton przylatuje coś, i to chyba oko puszczone do „Fargo”, serialu, ale może przesadzam. Albo jak Danny Glover.

„Dead Don’t Die” jest jak absurdalny dowcip opowiedziany z kamienną twarzą, trzema twarzami, Billa Murraya, to wiadomo, Murray doprowadził tę metodę do doskonałości, ale i Adama Drivera, który jest w tym chyba jeszcze lepszy, i Tildy Swinton, ale ona bez konkurencji, a może największa w tym zasługa Chloë Sevigny, która musi się nagimnastykować, żeby kamienność tych twarzy wyeksponować. Choć te wszystkie chwyty, zombiaki, retrospektywy, metafikcje, zgrane setki razy, i na każdym meta poziomie, to zabawa jest fantastyczna. Też jakoś melancholijna, bo Jarmusch zrobił podsumowanie całej swojej twórczości, ale ostatecznie nie ma się co dziwić, w końcu zbliża się koniec, trzeba pakować manatki. This is all gonna end badly.

Czarnobyl

Wrzuciłem sobie dziś do obiadu „Czarnobyl”, czwarty odcinek, wiecie, ten, w którym odstrzeliwują psy, i akurat dojadałem ostatniego ziemniaka, kiedy Pavel, Bacho i Garo dotarli do Prypeci, a ten pierwszy usłyszał od tego drugiego, że jeśli nie dobije psa, pozwalając mu cierpieć, to sam zostanie odstrzelony, taki mały błysk litości, że prawie zadławiłem się tym kartoflem, no a potem panowie ruszyli w miasto i zaczęli gwizdać, żeby zwabić kundle pochowane w domach, i kiedy te wybiegały, ufne i wesołe, że w końcu ktoś się nimi zainteresował, pod krzesłem usłyszałem dobrze znane mrrr-mrrr, to wziąłem Berda na kolana, bo on tak rzadko się doprasza, że nie można mu odmówić, i kiedy Bacho i Garo strzelali do nadbiegających psów, a Pavel błądził oszołomiony, uderzyło mnie, że przecież Berd przybiegł, ufny i wesoły, bo usłyszał gwizdanie z telewizora, a potem Bacho tłumaczy Pavlowi, jak jest z zabijaniem, że po pierwszym razie człowiek myśli, że właśnie stał się kimś innym, a potem budzi się następnego ranka i zdaje sobie sprawę, że to przez cały czas był on, po prostu o tym nie wiedział.

Dlaczego śpimy

Literatura, polityka, nowy film Patryka Vegi, ale przyznajcie, że i was na co dzień najbardziej zajmuje spanie. Premierę przespałem, taki żart, a prawda jest taka, że miałem liczne wątpliwości, czy polecać tę książkę, choć coś przy niej majstrowałem, jakieś przecinki, te rzeczy (a większość polskiej roboty odwalił Jacek Konieczny, pozdrawiam), bo to wiedza nieradosna, a po prawdzie to dojmująco żałosna. Ale pierwsze rozdziały oczywiście na zachętę i można się w końcu dowiedzieć, że poczucie senności jest regulowane przez dwa niezależne od siebie mechanizmy, a kawa pomaga tylko na jeden, to czasem działa, ale raczej nie działa. Jest też jedna ewolucyjna hipoteza, a nie lubię ewolucyjnych hipotez, bo to zwykle prawacki argument z dupy, ale tę lubię, bo wyjaśnia, dlaczego ja raczej od 3 do 11, a inni od 23 do 7. Jeszcze ciekawsze to, co robimy, kiedy nic nie robimy, niby wiadomo, że REM i coś tam, coś tam, a tutaj konkretnie zbadane, opisane i fachowo podane, pamięć nam się układa, tkanki regenerują, płyny mózgowe odświeżają, prawdziwe cuda, istnieją też poważne dowody na to, że tylko porządne spanko, czyli solidne osiem godzin dziennie, pozwala się uczyć i wymyślać nowe rzeczy, to zresztą chyba najbardziej fascynująca sprawa, że kiedy podczas snu wyłącza się most łączący racjonalne myślenie z magazynem pamięci, to w tym drugim dochodzi do niekontrolowanych połączeń, zderzają się wspomnienia małosolnego do obiadu z kawałkiem Derridy przed snem, co z tego powstaje, to już sami oceńcie, ale samo w sobie to niezłe. Robi się gorzej, jak niedosypiamy, otyłość, zawał, nowotwory, demencja, żadnych czerwonych pasków, mniej hajsu i polska powieść współczesna, a najgorsze, że w weekend i tak nie da się nadrobić, a jak raz zarwiemy nockę, to skutki mogą się utrzymywać przez rok, uprzedzałem, że to nic wesołego. Natomiast nigdy nie czytałem, żeby ktoś poważnie mówił o populacyjnych efektach niedoboru snu, a tutaj konkretnie powiedziane, że koszty dla służby zdrowia wyższe niż od raka, a przy okazji w końcu ktoś głośno przyznał, że kiedy za dzieciaka wkurwiałem się na poranne wstawanie, a co tu dużo, wciąż się wkurwiam na poranne wstawanie, to miałem rację, i trzeba by porządnie przebudować społeczny harmonogram pracy (znajomy mówił, że głosowałby na partię z takim programem), bo uczenie dzieciaków o ósmej rano jest równie skuteczne co inicjowanie dyskusji o nowym porządku społecznym na fejsie o dowolnej porze.

Wybory

– Szczerze panu powiem, o chuj tu chodzi, nie wiem.

Ale od początku, numerek, siedzę, H144, sześć osób oczekujących, czytam, co akapit zerkam na monitor, ale akapit dłuższy, patrzę na monitor, H145. Tak. To jeszcze raz, mam co czytać, poza urządem leje, w urzędzie nie leje, wziąłem trzy numerki, chytrze, jest moje, zachodzę.

– Dzień dobry, ja po zaświadczenie do głosowania.

– A to proszę formularze.

– A ja takie mam tu już przygotowane, może być?

To prowokacja, wiem, ale patrzy, nie wiem jeszcze, co z nas będzie, romans czy wojna, patrzy na mnie, mówi:

– A nie przepisałby pan, niech pan przepisze, co?

Przepisuję.

– A dla żony pobrać też mogę?

– Upoważnienie trzeba pisać, z danymi takimi…

– Mam.

– No, gitesik, to ja rozumiem. Tylko niech pan też tutaj przepisze.

Przepisuję, romans, raczej romans. Zachodzi koleżanka z okienka obok.

– Tomuś, bo tu taki pan u mnie, strasznie miły, no, i nie ten urząd, ale tam już nie zdąży, to ja mu wydam, bo Krysia z Podgórza sprawdziła, żeby wydać, to proste, ale JAK MY ROZLICZYMY HOLOGRAM?

– Rozliczymy.

Atmosfera jak nie w urzędzie, miło, swobodnie, coś tu przecież nie gra, coś tu zaraz nie zagra, przepisałem jedno, przepisuję drugie, pan Tomuś sprawdza.

– Uff, uff, uff – wali palcem w klawiaturę, ale widać, że to takie walenie palcem, że nic z tego nie będzie. – Basieńko, podejdź no tu, proszę. Bo zobacz, znowu mi tu RW dwa razy wyskoczyło, raz, to tak, ale dwa, no jak, to bez sensu, i to trzeci raz dzisiaj.

Atmosfera miła, to opuściłem gardę, współczuję im, że system taki dziadoski, kiedy oni tacy uczynni, już mam wspierać, żartować, może nawet piknik urządzać, wtem patrzą na mnie. PATRZĄ.

– A pan to gdzie ma meldunek stały?

Drżę.

– Nie mam. – No nie mam, a to wstyd, bo przecież mieszkam, a nie mam, wszystko, co stałe, i tak dalej. Nie mam.

– Ale w rejestrze u nas, tak? No to nie powinno być problemów przecież.

Nie wierzę, to jakiś fejkowy urząd, to jakiś performans „Jak mógłby działać urząd w luksusowym w pełni zautomatyzowanym komunizmie” albo inne sztuki wizualne. A nawet jeśli nie, nawet jeśli Basieńka i Tomuś to po prostu ludzie, którzy lubią swoją robotę i lubią petentów (?!), to i tak RW wyskakuje dwa razy, a powinno najwyżej raz, a że tacy oni dobrzy i ludzcy, to już myślę, a niech licho weźmie te wybory, co im będę kłopoty robił, kiedy RW wyskakuje dwa razy, choć jednak szkoda wyborów, jeszcze naziolki pojadą do Strasbuga i będzie wstyd na całą parafię, to może jednak poczekam.

– Tomuś, tu trzeba stanowczo. Dzwoń do Magdy.

– Do Magdy? Żartujesz.

– Poważnie mówię, dzwoń do Magdy.

Dzwoni.

– Magda, cześć, tu Tomasz, tak, z urzędu, tak, ja wiem, przepraszam, wiem, przykro mi, próbowałem, ale nic, znowu, tak, RW wyskakuje dwa razy.

– …

– Yhm, yhm, tak – wali palcem w klawiaturę. – Yhm, yhm, tak, rozumiem, tak, yhm – wali palcem. – Yhm, dobra, tak, tak zrobię. Dzięki, Magda, dzięki, dzięki.

Odkłada, wali palcem w klawiaturę, patrzy.

– Szczerze panu powiem, o chuj tu chodzi, nie wiem. Za przeproszeniem.

– …

– Nie wiem, ale trudno, zaświadczenie wystawiam.

No i faktycznie, wali palcem w klawiaturę, drukuje dwie kartki, wkleja hologramy, każe pokwitować, ale ja głupi, oczywiście, za łatwo to poszło, więc muszę sobie utrudniać, nie?, no muszę.

– A, panie Tomku, że RW wyskakuje dwa razy, to nie będzie jakiegoś kwasu, że jestem na liście u siebie i jeszcze mam karteczkę?

– Nie ma obaw, nie ma obaw. – I wierzę mu, że nie ma obaw, wierzę panu Tomkowi, panu Tomusiowi. – Głosować może pan raz. Chyba że…

– O?

– No bo komisja powinna zabrać karteczkę, tak?

– Tak.

– Ale czasem nie zabiera.

– Nie?

– A dopóki nie zabierze, może pan głosować, do woli. No, miłych wyborów. Następny!

Zaświadczenia można jeszcze tylko w piątek, wydają od ręki, nawet jeśli RW wyskakuje dwa razy.

Popieram strajk nauczycieli

Jakoś od ośmiu lat uczę studentów polonistyki, to taki kierunek, po którym praca w szkole nie tak dawno była jedną z domyślnych opcji, ale w tym czasie nie spotkałem chyba jednej osoby, który brałaby to pod uwagę, przeciwnie – studenci raczej głośno, żeby wszyscy słyszeli, deklarowali, że do szkoły to na pewno nie. Wiadomo, praca trudna, kasa mała, a że kasa mała, to prestiż niski, więc praca jeszcze trudniejsza itd. Wśród tych studentów było wiele osób, które nie tylko miały świetne pomysły, ale i potrafiły dyskutować, nawiązywać kontakt z ludźmi, sprawdzały się organizacyjnie, słowem: świetni byliby z nich nauczyciele. Ale nie będą.

To tylko polonistyka, a umówmy się, pracodawcy nie czekają z otwartymi ramionami na kolejne roczniki specjalistów od barokowej poezji i posthumanistycznych interpretacji wczesnego Iwaszkiewicza. Na kierunkach, które jakoś rokują zarobkowo, matematyce, fizyce, biologii, chemii, jest jeszcze gorzej, bo po co pakować się do szkoły, skoro można w razie potrzeby szybko się dokształcić i znaleźć świetną pracę w dochodowych branżach. O informatyce nawet nie wspominam, bo tu jest problem z odpływem zdolnych studentów jeszcze przed magisterką, a stypendia dla doktorantów to jest niesmaczna parodia, ale nie o tym.

No więc jest raczej tak, że praca w szkole specjalnie nie kusi najzdolniejszych ludzi. Jasne, zdarzają się fantastyczne osoby, które z różnych powodów, raczej niemających wiele wspólnego z ekonomią, wzięły się za uczenie i dzielnie walczą z ociężałym systemem, inercją instytucji, bezmyślnymi nawykami i złymi tradycjami. Takie wyjątki są wspaniałe, ale to wyjątki. Co nie znaczy, że większość nauczycieli źle wykonuje swoją pracę, bywa z tym różnie, nie ma co idealizować, ale generalnie jest nieźle. Tyle że jeśli spojrzeć na to statystycznie – to gdyby uczenie w szkole kusiło lepszymi zarobkami i wyższym statusem społecznym, byłoby nie tylko nieźle, ale po prostu lepiej.

Wyobrażam sobie, że gdyby do szkół trafiało więcej osób o wysokich kompetencjach, a porządne zarobki dodawałyby im pewności siebie, to z większym zaangażowaniem podważałyby zastane oczywistości i reformowały system szkolnictwa od środka. Byłbym o wiele spokojniejszy, gdyby w szkole, do której trafi kiedyś moje dziecko, uczyli ludzie, którzy wybrali tę pracę świadomie i z pełnym przekonaniem, jako jedną z sensownych opcji, jakie otwierają się przed zdolnymi i ambitnymi ludźmi po studiach i doktoratach.

Rany, to jest bardzo proste: chcemy, żeby nasze dzieci miały lepiej, to postarajmy się, żeby miały świetnych nauczycieli – chcemy świetnych nauczycieli, to płaćmy im więcej. Dlatego jestem ogromnie wdzięczny dzielnym nauczycielkom i nauczycielom, którzy nadstawiają karku – w interesie nas wszystkich.

Dwutygodnik zostaje 

Dwutygodnik wraca. Chwilę nas nie było, zdawałoby się, że po prostu nie mieliśmy roboty, a to był sprint z przeszkodami i każdy pokonany płotek rodził obawy, czy aby ten następny nas nie pokona. Jak wtedy, gdy bardzo ważne pismo podobno uzyskało bardzo ważną decyzję i tylko czekało na bardzo ważny podpis, ale bardzo złośliwa choroba unieruchomiła bardzo ważnego człowieka, a kiedy już bardzo zdrowy wrócił, to papiery zaginęły w bardzo dużym bałaganie. No ale się znalazły, a nam szczęśliwie udało się dobiec do mety. Redakcja się nie zmienia (Król, Soszyński, Wrocławska, Socha, Słodownik, Kowalczyk, Pajęcka i ja), adres strony się nie zmienia, w zasadzie nic się nie zmienia, tylko wydawca lepszy, bo warszawski Dom Spotkań z Historią.

Potrzebujemy jeszcze chwili, żeby się otrząsnąć, a pierwszy numer wypuszczamy 27 kwietnia. W sobotę, a nie jak zwykle w piątek, bo chcemy kliknąć „opublikuj” razem z wami podczas obchodzonych na Karowej dziesiątych urodzin. Widzimy się, mam nadzieję.

Dzisiaj mogę się też przyznać, że ta cała likwidacja sprawiła mi trochę przyjemności, bo tylu dobrych słów, które nam w tym czasie wysłaliście, nigdy nie widziałem. Bardzo Wam jestem wdzięczny! Ale może nie powtarzajmy już tego numeru, ok?

W tych miłych okolicznościach podziękowania zechcą przyjąć także redakcje, redaktorki i redaktorzy, którzy przygarnęli mnie w epoce wygnania: Justyna Sobolewska (Polityka), Piotr Mucharski (Tygodnik Powszechny), Bartosz Sadulski (Herito), Urszula Pieczek (Miesięcznik Znak), Juliusz Kurkiewicz (Magazyn Książki).

A największe podziękowania należą się Zosi Król, która wzięłą dziewięć lat i 150 giga Dwutygodnika na swoje barki i przeniosła w bezpieczne miejsce.

No, a teraz do roboty, numer sam się nie zrobi.


Eugenia Loli CC BY-NC 2.0

Gorzkie żale nad stanem czytelnictwa

Myślałem, że daliśmy już sobie spokój z rytualnym biadoleniem nad czytelnictwem, a tymczasem biadolenie nawet wzmożone, a wraz z nim przytomne, ale wciąż kontrbiadolenie, że biadolić nie ma co, bo seriale też dobre, ale sami chyba nie wiemy, nad czym biadolimy. No więc jeśli zajrzy się pełnego raportu BN z ubiegłego roku (bo w tym mamy tylko zajawkę) i do analiz rynku książki, to stanie się jasne, że czytelnictwo - kategoria dosyć niejasna, ale przecież jakoś intuicyjnie rozpoznawalna, nie? - to jest jednak zmyłka. Większość polskiego rynku książki - jakieś 60% - to nie są laureatki Nike i zdobywcy Gdyni, ale po prostu podręczniki szkolne i akademickie, a do tego opracowania profesjonalne, wiecie, kodeksy, komentarze, specyfikacje modeli samochodów zalegające w stacjach kontroli pojazdów. Książki? Pewnie, że książki. Kupuje się je, bo studia, bo przepisy nakazują, bo w kancelarii wypada mieć. Kiedyś, nie tak dawno, jeszcze jakieś 15 lat temu, pewnie się z nich korzystało, z tych komentarzy do ustaw, choć trochę niewygodnie, bo trzeba było mieć komplet rozłożony na stole i przeskakiwać między odnośnikami, wiedzy tam zawartej trochę było ciasno w formacie książki, więc kiedy tylko mogła, prześlizgnęła się do wygodniejszego medium, takiego na przykład Lexa. Rany, kiedyś nawet programowania się uczyło z książek (załączam dowód), ale hej, już się nie uczy, bo strony to sprawniej oblatują i jakoś łatwiej współpracują z GitHubem. No więc czytelników trochę odpadło, bo tym czytelnikom nigdy nie zależało na czytelnictwie, ale na wiedzy, która akurat schowała się w książkach. I to widać w słupkach, że czytelnictwo runęło gdzieś w okolicach Neostrady.

Jasne, doskonale rozumiem, że można biadolić, w końcu dystynkcja, etos, terefere, ale ostatecznie chodzi o to, co dla nas ważne, a nie co ważne dla wszystkich, nie? Na ten przykład nie zawsze lubiłem czytać, większość książek dla dzieci mnie ominęła, bo jakoś wolałem pykać w gierki albo uczyć się PHP i SQL-a, choć zawsze coś tam czytałem, bo mama też czytała, namiętnie, wspaniale, zapalczywie czytała tony harlequinów, to było coś takiego, co się robiło, więc czemu miałbym nie czytać. W książki wkręciłem się jakoś później, w okolicach gimnazjum, gierki mnie już męczyły, bo ciągle przegrywałem z kumplem w Red Alert, a w książki nie dało się przegrać, no to poleciało, liceum, studia, w gruncie rzeczy zrobiłem doktorat z literaturoznawstwa dlatego, że zanim zbudowałem trzy silosy, Robert nalatywał mnie już armią myśliwców. Ale skoro już zrobiłem doktorat, a przy okazji trochę na czytaniu zarabiam, to pewnie że to dla mnie ważne, confirmation bias, wiadomo.

I tak czytam i czytam, ale nie ma co udawać, że w literaturze dzieją się jakieś przełomowe rzeczy, sztuki wizualne i nowomedialne są już piętnaście wiorst dalej, a jak się chce dowiedzieć czegoś o świecie, to naprawdę lepiej poklikać w memy. Co przecież nie znaczy, że czytanie jako takie nie ma zalet, no przecież ma, wycisza, zmniejsza ciśnienie, poprawia koncentrację - są na to badania - pozwala lepiej się komunikować, w ogóle przydatne i zdrowe sprawy, choć raczej nie takie, żeby robiły z nas lepszych ludzi, a żeby czytanie książek miało być dzisiaj kluczową kompetencją, to gruba przesada.

Ale miało być o przekłamaniu, no więc w poprzednim raporcie BN jest strona 71, można pominąć, nie ma fajnego wykresu, bo też nie ma z czego robić wykresu, otóż można tam przeczytać, że w całym ogóle czytających – czyli jeśli to fantastyczne 38% społeczeństwa wziąć za 100% wszystkich czytających – istnieje podgrupa czytających to, co w biadoleniach i żalach bierze się za czytanie w ogóle, czyli literaturą artystyczną, i to nie taką, że tylko Waldemar Bawołek i Eliza Kącka, ale przede wszystkim Szczepan Twardoch i Joanna Bator. A wiecie, jak duża jest ta grupa? 5%. Pięć procent. Pińć. Co czyta cała reszta? Podręczniki i monografie, bo na studiach kazali, a do tego kryminały, romansidła i thrillery, no zasadniczo Stephena Kinga (choć jeśli Bator artystyczna, to King chyba też, nie?), Mroza i Bondę. Wiecie, DLA ROZRYWKI.

Fajnie, że czytają? Może lepiej, jakby sobie obejrzeli ostatniego Lanthimosa? Ale rany, przecież te różnice nie idą po linii mediów, ale innych preferencji, więc 95% czytających wrzuci sobie raczej Avengersów, bo to też przednia rozrywka, a z tych 5% ostatnich wspaniałych mniej niż połowa obskoczy i 15 książek rocznie, i trzy wystawy w CSW, i parę rumuńskich filmów offowych. I to nie jest żaden upadek obyczajów, książki - medium, a nie etosowy mit - zasadniczo służyły do przekazywania wiedzy i dostarczania rozrywki, myślicie, że Gutenberg wynalazł ruchome czcionki, żeby drukować sonety Petrarki, a nie żeby trzepać hajs na tanich przedrukach Biblii i kalendarzach dla gospodarstw domowych? Sztuka to jest w ogóle rozrywka, która kręci nielicznych, wcale przez to nie lepszych, po prostu mamy swoje niszowe zabawy, może dlatego, że nie idzie nam Red Alert albo wolimy jeździć w strefie ciszy, i dorabiamy sobie do tego sporo wyobrażeń, ale może pamiętajmy, że to wyobrażenia, i miejmy na względzie proporcje.

No więc tego, czytelnictwo czytelnictwem, ale czy w szkołach są już obowiązkowe i na wysokim poziomie zajęcia z kompetencji cyfrowych? I czy ktoś z was w raportach o czytelnictwie znalazł wzmiankę w Wattpadzie?

Kariera

Z hokejem to było tak, że jakoś w 1993 mama została kierowniczką lodowiska w Jastrzębiu-Zdroju, więc siłą rzeczy zapisałem się do JKH Jastrzębie, do sekcji mikrusów, najpierw uczyliśmy się jeździć do przodu, potem jeździć do tyłu, w końcu jeździć w komplecie ochraniaczy, co jest osobną sztuką i daje taką przyjemność, że można sobie w kogoś wjechać z pełnym impetem i wszystko fajnie, mikrusy miały swoją ligę, w tej lidze byliśmy, no, raczej na szarym końcu, bo w Jastrzębiu - tak to sobie tłumaczyliśmy - było niezadaszone lodowisko, więc z Tychami i Sosnowcem to sobie mogliśmy co najwyżej przybić piątki, bo o żadnej konkurencji nie było mowy, no ale graliśmy, jeździliśmy, chyba w moim drugim sezonie jakoś tak wyszło, że zostanę bramkarzem, dostałem komplet jeszcze fajniejszych ochraniaczy i do tego dwie fajowskie rękawice, rak i odbijak, no profeska, a jak do drużyny dołączył nowy kolega i też chciał być bramkarzem, to go czegoś nawet uczyłem, w swoich oczach byłem już praktycznie w NHL, niedawno odkryłem, że kolega grał potem w reprezentacji kraju, to sobie myślałem, że jednak solidnie go nauczyłem, wiadomo, no więc wspomnienia mnie napadły, jak się wybraliśmy miesiąc temu na łyżwy, trochę czasu minęło, więc raczej powoli, powoli, ale dawno nie używane obwody zapaliły się w głowie, jak to ja nie broniłem, jak to nie jeździłem, nostalgia wersja hard, więc nawet się szarpnąłem i zgrałem sobie stare kasety z kamery, zalegające gdzieś w pudle, i powiem wam, nie popełniajcie tego samego błędu, nie idźcie tą drogą po prostu, bo we wczesnych najtisach wyglądaliśmy wszyscy raczej komicznie oraz lepiej myśleć o sobie miło, takie wspomnienia po prostu lepiej człowiekowi robią, jaką to się nie było małą gwiazdą, a nie że leniuszkowatym i mało zgrabnym chłopięciem, które wpuszcza gola za golem, prawda że w meczu z Sosnowcem, więc i tak nie było szans, ale rany, mogłem jednak trochę bardziej dynamicznie na tej bramce się ruszać, tego wam oczywiście nie pokażę, za to pokażę wam akcję, w której ten koleżka mija jednego, drugiego, trzeciego, czwartego, a wiecie, że w hokeju drużyna to pięciu i bramkarz, więc koleżka za jednym zamachem wziął cztery piąte zawodników pola i już jedzie, sam na sam, praktycznie pewna akcja, może podbić wynik na 73:1, jedzie, kombinuje, i co? i co?, spektakularna obrona Jakubowiaka, honor drużyny uratowany, nigdy nie było takiego bramkarza. Karierę zakończyłem w 1996. Niczego nie żałuję.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with zapiski.