All posts tagged with tlumacze

Nagroda im. Boya-Żeleńskiego

Nominacje do Nagrody im. Boya-Żeleńskiego to jest lista ekskluzywna, bo książki ważne, autorki i autorzy klasyczni, tłumaczki i tłumacze ekstraklasa: Gałązka, Muskała, Rodowska, Sobolewska, Sosnowski, Szuster, Worowska. Kapitule współczuję, wybrać z tego zestawu jedno nazwisko to jest praktycznie niemożliwość, już łatwiej byłoby zorganizować jakieś play-offy, ligę mistrzów czy inne KSW. A nagroda za całokształt dla Małgorzaty Łukasiewicz to jest już wisienka na torcie, bo ja was przepraszam, ale Adorno, Nietzsche, Walser i Sebald to nie są najłatwiejsi koleżkowie. Mam tutaj, tzn. w sprawie nominacji, małą przyjemność natury własnej, gdyż w trybie regulaminowym posłałem organizatorom propozycję, żeby nominować Tomasza Gałązkę, dołączyłem uzasadnienie, na stronie IKM pojawił się wyimek, to może tutaj wkleję całe. A z Boyem pędzla Wyczółkowskiego zastanawiam się, jak wy z tego finałowego wyboru, biedacy, wybrniecie.

Przekład powieści amerykańskiego autora Bena Fountaina „Billy Lynn’s Long Halftime Walk” (wyd. USA 2012; nominacja do National Book Award) dokonany przez Tomasza Gałązką pod tytułem „Długi marsz w połowie meczu” należy do najciekawszych i najambitniejszych dokonań translatorskich ostatnich dwóch lat. Powieść Bena Fountaina oparta jest na pozornie prostej fabule. W okolicach 2004 roku grupa amerykańskich żołnierzy – drużyna Bravo – odbywa Tournée Zwycięstwa. Potyczka z irackimi bojownikami, przypadkiem zarejestrowana przez kamery telewizyjne, sprawia, że młodzi mężczyźni zostają okrzyknięci bohaterami i ściągnięci do kraju, żeby wzmóc społeczne morale, a przy okazji pochować poległego kolegę. Ostatni dzień publicznych występów, na którym skupia się akcja powieści, wypada w Święto Dziękczynienia, które Bravo spędzają na stadione futbolowym w Dallas. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia Billy’ego Lynna, który konfrontuje się z hipokryzją swoich rodaków, recytujących słowa wsparcia dla armii jak pozbawiony treści wierszyk. Ale bardziej dojmujące okazują się spotkania z teksańskimi przemysłowcami, podczas których pod rzekomym konfliktem kulturowym między Stanami Zjednoczonymi a muzułmańskimi terrorystami odsłania się inny konflikt: między tymi, którzy gromadzą kapitał, a tymi, którzy ryzykują dla niego życie. „Długi marsz…” nie jest tylko antywojenną powieścią o hipokryzji wojen ery George’a W. Busha. Fountain opowiada o jednym dniu z życia Billy’ego Lynna z prawdziwą językową brawurą, żonglując rejestrami mowy i precyzyjnie budując emocjonalne napięcie. Bohaterowie usiłują uporać się z kacem, popijając pokątnie kolejne drinki, nie odmawiają zapalenia trawy, są nabuzowani widokiem czirliderek, nieustannie konfrontują się z natrętnymi recytacjami patriotycznych formułek, a wreszcie zostają wrzuceni w obezwładniające widowisko. I to wszystko daje się wyczuć w języku, w którym wulgarność miesza się z sentymentalnością, a teksańska butność zderza z makabrycznym sarkazmem. Tomasz Gałązka stanął więc przed niebagatelnym wyzwaniem odtworzenia w polszczyźnie mieszanki amerykańskich idiomów. I to co najmniej kilku: militarnego, sportowego (tu szczególnie niezwykle intensywna scena w szatni futbolowej), popkulturowego (dynamiczny opis występu Destiny’s Child), filmowego (negocjacje dotyczące praw do ekranizacji), erotycznego (napisana z dużą subtelnością scena błyskawicznego romansu narratora z czirliderką), politycznego (unosząca się nad wszystkim retoryka wojny z terroryzmem). Na tę wielość nakłada się całe spektrum regionalnych i klasowych idiolektów: klasy robotniczej, teksańskich przemysłowców, liberalnej wyższej klasy średniej itd. Żeby było jeszcze trudniej, idiomy i style, o których tu mowa, są najbardziej współczesne, przez co pozbawione polskich wypracowanych i utrwalonych odpowiedników, oraz nierzadko wysoko specjalistyczne (militaria). Żeby było najtrudniej, cały ten językowy koktajl serwowany jest przez Fountaina w brawurowym rytmie, pełnym gwałtownych przyspieszeń i nagłych cięć. Tłumacz wział na siebie ogromną pracę: nie tylko przełożenia tej jednej powieści, ale również – a może przede wszystkim – wynalezienia (albo po prostu stworzenia) w polszczyźnie warunków poznania współczesnej Ameryki. I to nie tej stereotypowej, pozornie dobrze rozpoznanej za sprawą kultury masowej, ale Ameryki wyłaniającej się z krytycznego oglądu i zderzenia języków, którego dokonał Fountain – Ameryki nie tylko nieznanej w Polsce, ale także mało znanej w samej Ameryce. Na mniej wytrawnego tłumacza czyhała tu pułapka popadnięcia w banał, wykorzystania albo przestarzałych wzorców tłumaczenia literatury amerykańskiej, albo współczesnych klisz amerykańskiej popkultury. Szczęśliwie dla polskich czytelników Tomasz Gałązka jest tłumaczem wytrawnym, a wyzwaniu postawionemu przez amerykańską powieść sprostał koncertowo. Bez fałszu wykorzystał chodnikowe odmiany polszczyzny, i to współczesne, a nie archaiczne. Z precyzją i znawstwem przełożył język militariów i polityki. Wynalazł także sposób na to, żeby odtworzyć karkołomne spiętrzenia amerykańskości: języka futbolu, Teksasu, erotyki i militarnego etosu. Dokonał tego wszystkiego, utrzymując dynamiczny rytm powieści. I sprawił w konsekwencji, że książka została szeroko doceniona przez polskich krytyków. Doskonałą znajomością odmian amerykańskiego angielskiego Gałązka wykazuje się nieustannie, choćby w pochodzącym z 2017 roku (Wydawnictwo Marginesy) przekładzie „Elegii dla bidoków” J.D. Vance’a (za sprawą której wprowadził do polszczyzny, chyba raz na zawsze, sensowny odpowiedni słowa „hill-billy”). Zapytany w „Dwutygodniku” przez Adama Pluszkę o źródła swojej biegłości w najróżniejszych odmianach amerykańskich idiolektów, Gałązka odpowiedział skromnie: „Się krąży, się słucha, się ma z czego pożyczać”. Nie znam żadnego innego tłumacza w Polsce, który z taką biegłością krąży, słucha i ma z czego pożyczać.

Leon Wyczółkowski, Portret Tadeusza Boya-Żeleńskiego, 1907 Leon Wyczółkowski, Portret Tadeusza Boya-Żeleńskiego, 1907

Wymyślanie kraju 

– W 2011 roku, tuż przed wydaniem „Fizyki smutku”, Gospodinow mówił w jednym z wywiadów, że bułgarski smutek, o którym pisze, jest nieprzekładalny.
– Rzeczywiście jest?
– Jesteśmy piętnaście języków dalej, to ty mi powiedz. Bułgarzy mają silne poczucie, że nikt ich nie rozumie, ale nie dlatego, że robią słabszą kulturę albo że nie mają polityki kulturalnej i międzynarodowej promocji, tylko dlatego, że – jak twierdzą – ich kultura jest właśnie nieprzekładalna. Faktycznie w polszczyźnie nie ma dobrego odpowiednika bułgarskiego słowa „taga” – kiedyś Gospodinow powiedział, że to słowo brzmi jak przełykanie łez. Ale przecież sam podaje w książce przykłady portugalskiego fado czy tureckiego hüzün

– rozmawiam z Magdaleną Pytlak, autorką przekładów „Wzniesienia” Milena Ruskowa i „Fizyki smutku” Georgiego Gospodinowa”, laureatką nagrody „Literatury na świecie” w kategorii „Nowa Twarz”.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with tlumacze.