All posts tagged with seriale

„Maid”

No więc „Maid”. To jest taki emocjonalny rolerkoster, że trochę nie mogłem. Historia od samego początku jest niemożliwa: jak tu sobie poukładać życie kompletnie od nowa, kiedy na boku wisi małe dziecko i nic więcej się nie ma, jak się wspinać po tej drabince, w której tylko co trzeci szczebel nie jest przegniły. I oczywiście nie ma tu żadnego od nowa, bo zaszłe historie wciągają w swoje bagno.

Dawno, a może nigdy, nie widziałem historii, która tak precyzynie pokazywałaby doświadczenie biedy, to ciągłe liczenie pieniędzy, ten moment na stacji benzynowej, kiedy chwila zagapienia wystarczy, żeby wpaść w upokarzające długi. I ten moment na stacji promów, kiedy wszystko właściwie jest już przegrane, bo bezsilność obezwładnia, ale jednak się wstaje i idzie.

A twórcy nie lecą przy tym zwykłym traumatycznym realizmem, bo dla stanów emocjonalnych, w które wpada bohaterka, wynajdują naprawdę błystkotliwe chwyty i skróty, jak z tymi formularzami, które nagle zaczynają lecieć fakami, i tą sceną w sądzie „legal, legal, legal”. I może najbardziej pod koniec, kiedy trzeba w jednym odcinku pokazać, że powrót do punktu wyjścia może się zdarzyć nie raz, nie dwa, tak jak mówiła szefowa schroniska, więc Alex wpada tu w jakieś paranoiczne wizualne loopy. (Zaprawdę, nie czytałem książki, czy książka też jest taka pomysłowa?).

Ale miotało to mną emocjonalnie, a ja bardzo nie lubię, to od razu sobie szukałem dziury w całym, żeby się bronić. Bo w ogóle tak tu się z nami pogrywa, że głównej bohaterce może się przydarzyć wszystko, jak jakiemuś Hiobowi. Jak wtedy, kiedy cokolwiek się ogarnęła, a tu nagle ten grzyb wyrasta na ścianie. I jasne, czasem tak się dzieje, ale kiedy w opowieści za często korzysta się z takich chwytów, to trochę się to robi bez sensu, bo może się zdarzyć wszystko, a widzom pozostaje tylko śledzić kolejne zwroty. Trochę tak tu jest z Andie Macdowell, która bardzo się tu stara, gra chyba na całym swoim wizerunku i w ogóle jest fantastyczna, ale cały ten wątek matki to jest już jednak za dużo.

A jeśli w tym wypadku ta Hiobowatość historii jakoś wyjątkowo nie gra, to dlatego, że ta bohaterka, Alex, taka jest doskonała, poukładana, przezorna, skrupulatna, uparta, inteligentna, ogarnia te wszystkie formularze i programy, ogarnia całą logistykę do punktu niemożliwości i dalej. Trochę jest tak, jakby cała ta sytuacja, ta z chłopem alkoholikiem żyjącym w baraku w lesie, ale i ta z niezdiagnozowaną matką, wcale się na niej nie odcisnęła. Zresztą inne bohaterki też takie są, idealne, ogarnięte, jak na tym kółku pisarskim, kiedy okazuje się, że praktycznie każda załapałaby się co najmniej na Pulitzera. Nie mówię, że to się nie zdarza, po prostu jak człowiek dostaje swoje od życia, to bywa też trochę mniej ogarnięty i mniej racjonalny, a na pewno mniej miły, i to też trzeba brać pod uwagę.

Tymczasem tutaj nie bardzo wiadomo, dlaczego Alex popełnia te wszystkie fakapy, dlaczego nagle ściąga typasa do nieswojego domu, dlaczego zaprasza ludzi do swojego nowego idealnego mieszkania. Alex, przecież widzimy, że jesteś ogarniętą laską, to co ty w ogóle robisz?

Może to tak musiało być, żeby, nie wiem, zyskać sympatię tak zwanej szerokiej widowni dla tej nieatrakcyjnej historii, bo gdyby bohaterka była trochę mniej urocza i oczytana, to tak zwana szeroka widownia zrzuciłaby to wszystko na nią, a tak, to widać, że dziewczyna w porządku, tylko świat skurwiały.

Może dla tej widowni jest też ten plakat z nią i z nim, sugerujący, że będzie tu chodziło o kolejną miłosną relację. To już dość okropne, prawdę mówiąc, i czasem miałem wrażenie, że wykorzystuje się tu bolesny materiał życiowy tylko po to, żebyśmy wypracowywali te swoje oczogodziny dla Netflixa.

I trochę mam wątpliwości z tym najważniejszym rozwiązaniem, po które twórcy sięgają dwa razy, mianowicie że w sytuacji kompletnej niemożliwości, kiedy Alex ma udowodnić, że działa się jej krzywda, nagle przychodzi ten zachlany koleżka na białym koniu i mówi, że sorry, on się jednak nie nadaje. Tak jakby jedyna szansa na to, żeby wyrwać się z sytuacji przemocy, opierała się na samym sprawcy przemocy. I może tak to jest, może tak często jest, ale to serial, który próbuje też pokazywać, jak mogłoby być, więc mógłby i taki scenariusz podrzucić.

No więc różnie bywa z tą bohaterką, ale kiedy w ostatnich odcinkach wie już, że nie ma za co temu dupkowi dziękować, że nie powinna mu współczuć, i kiedy mówi przemocowym chłopom, że chyba nie mają o czym rozmawiać, kiedy po prostu milczy, to to jest najlepszy serial superbohaterki, jaki widziałem.

Jak już oglądacie te wszystkie „Sukcesje” i „Białe lotosy”, że jakie to wielkie dylematy mają ci wszyscy bogacze, to obejrzyjcie sobie „Maid”, wtedy pogadamy.

The Half of It

Jakie miłe zaskoczenie: „The Half of It”. Niby to kolejna adaptacja Cyrano de Bergeraca, niby film o wchodzeniu w dorosłość, a ile w tym nieprzewidywalnej lekkości, dezynwoltury w układaniu fabuły, kiedy bohaterki nagle lądują w ciepłym źródełku i w sumie nie wiadomo, o co chodzi, i jakichś kompletnych głupot, jak w postaci granej przez Wolfganga Novogratza, bubka potraktowanego z czułością. W fantastycznie nieoczywisty sposób układa się tu trójkąt miłosny, w którym on kocha ją, a potem ją, ona kochą ją, ale jego jakoś też, a ona, ta druga, nie wie, kogo kocha, i tak też jest dobrze. Są tu momenty, kiedy objawia się dojmująca pustka, jak wtedy, gdy ojciec w depresji w końcu przerywa milczenie i opowiada swoją historię, ale w języku, w którym nie będzie zrozumiany, i szybko jest to kontrowane żartem pozwalającym utrzymać się na powierzchni. Jest niepoprawna nauczycielka literatury, jaką każdy chciałby mieć, są dziwne wizualne metafory, jak wypełniona zapiskami budka dróżnika, są książki i filmy bez skrępowania wciągane do fabuły. Jest Leah Lewis w pierwszoplanowej roli, która obezwładnia dojrzałością. I jest fantastyczny soundtrack, może nawet lepszy, niż ten z pierwszego sezonu „Big Little Lies”. Reżyserka, Alice Wu, kojarzona jest z upominaniem się o obecność osób azjatyckiego pochodzenia w amerykańskim kinie, ale robi to w takim stylu, że piekielnie inteligentna nastolatka, która leci na swoją szkolną koleżankę i gra na organach w lokalnej parafii, jest przy okazji imigrantką z Chin – i są to wszystko po prostu naturalne sprawy.

Mały topór

Wszyscy już pewnie widzieli, ale jak kto nie widział, to niech czym prędzej nadrobi, bo „Mały topór” to jest arcydzieło. Jeśli ktoś myśli: to nie dla mnie, co mnie obchodzi karaibska diaspora w Londynie lat 60., to spieszę wyjaśnić, że to jest taki serial (cykl, antologia, no, 5 osobnych filmów, łącznie prawie 7 godzin), bez którego w ogóle trudno cokolwiek zrozumieć: jak w życie wciska się polityka, jak się zmienia świat, co to znaczy być u siebie, czym jest zaangażowanie.

Nie jest to dydaktyczna pogadanka, nic z tego, choć pierwszy odcinek mógłby coś takiego sugerować: dobrzy bohaterowie i źli policjanci, dobre protesty i zły proces – trzeba było to pokazać, żeby zrobić dla tej opowieści ramę. Ale już drugi odcinek całą tę ramę rozpycha od środka: ciałami w tańcu, wypasionym soundsystemem i napięciami, od których się tam iskrzy. Nie widzieliście jeszcze tak opowiedzianej historii.

I przez całość, przez te pięć odsłon, przewija się ta podwójność: konkrety społecznej walki i marzenie o tym, żeby tańczyć. Kolejni bohaterowie widzą przecież, że ktoś wytoczył im wojnę (ten ktoś najpierw ich do siebie zaprosił), ale chcą też wierzyć, że to wcale nie im. Cały ten serial taki jest: pokazuje, jak głęboko zakorzeniona jest przemoc, a potem wynajduje wyjątki. Wcale nie po to, żeby przy ich użyciu unieważniać reguły (jak co poniektórzy optymiści, dla których z z czarnym prezydentem skończył się w USA rasizm), ale żeby pokazać, że czasem się da, a skoro tak, to trzeba starać się bardziej.

Rzuć piątaka

No i obejrzeliśmy, kupy się to nie trzyma, Klara Cykorz miała rację, scenariusz napisany w szkole superbohaterskiej, coś tam, coś tam, bum, bum, arghhh, ten wątek ze szkołą czarownic to jakiś antyprzykład tego, jak robić filmowe streszczenie, do teraz mi wstyd, osiem odcinków do ogarnięcia, a wątki latają jak popieprzone, najlepszy przyjaciel pojawia się w odcinku trzecim, znika w piątym, wraca w szóstym, w dwóch ostatnich go nie ma, ktoś chyba zapomniał, najwięcej radochy jest z rozkminiania, kiedy to się w ogóle dzieje, prawie jak w awangardowym kinie, zadanie o tyle jest utrudnione, że jedni się starzeją, inni nie za bardzo, w każdej chwili koleś może się okazać smokiem, więc braliśmy pod uwagę i taką możliwość, że Wiedźmin tak naprawdę jest jaszczurką, czemu nie, nie mówię nawet o takich rzeczach, jak motywacja fabularna, że czemu ktoś tam coś tam robi, nie ma się co tym przejmować, bo w każdej chwili Ciri może się okazać koniem, no dobra, ale ja o tym, że nam się to wszystko nadzwyczajnie podobało, to znaczy jak już się odpuści wymagania, jakiekolwiek wymagania, to zostaje tu jakaś zupełnie podstawowa zabawa, jak z głębokiego dzieciństwa, Kazimierz miał rację, że to przecież „Herkules”, ten serial z najtisów, mięśniak, błazen i księżniczka, chodzą i walczą z potworami, potwór odcinka to jest w ogóle wspaniały koncept, i nie trzeba się przejmować, że cokolwiek złego się wydarzy, halo, przecież nikt nie zasieknie głównego bohatera, no ale w tym wypadku działa to chyba dlatego (teoria rozrywkowego minimum), że główny bohater ma trochę dystansu do tego wszystkiego, a do tego jest nihilistycznym-materialistą-przekonanym-że-tylko-uczciwe-relacje-społeczne-chronią-nas-przed-szaleństwem, i czasem przemawia jak nieodżałowany Matthew McConaughey w pierwszym sezonie „True Detective”, a najważniejsze, że to chyba pierwsza zrobiona tak konsekwentnie, i nachalnie, mitologia współczesnego feminizmu i metoo, przecież w każdym odcinku o to się głównie rozchodzi, co z tego, że to zwykły cyniczny przemysł rozrywkowy, może tyle nam zostało, cyniczny przemysł rozrywkowy, to jest kwestia na inną dyskusję, a tymczasem piosenka naprawdę wpada w ucho, Jaskier w każdej chwili mógł się okazać gołębiem, więc trudno tu było czymś się przejąć i z wypiekami czekać na kolejny odcinek, ale jak Katarzyna w kółko podśpiewywała „Toss a coin”, to po paru godzinach już nie mogliśmy się doczekać wieczoru, żeby rzucić tego piątaka, no.

Czarnobyl

Wrzuciłem sobie dziś do obiadu „Czarnobyl”, czwarty odcinek, wiecie, ten, w którym odstrzeliwują psy, i akurat dojadałem ostatniego ziemniaka, kiedy Pavel, Bacho i Garo dotarli do Prypeci, a ten pierwszy usłyszał od tego drugiego, że jeśli nie dobije psa, pozwalając mu cierpieć, to sam zostanie odstrzelony, taki mały błysk litości, że prawie zadławiłem się tym kartoflem, no a potem panowie ruszyli w miasto i zaczęli gwizdać, żeby zwabić kundle pochowane w domach, i kiedy te wybiegały, ufne i wesołe, że w końcu ktoś się nimi zainteresował, pod krzesłem usłyszałem dobrze znane mrrr-mrrr, to wziąłem Berda na kolana, bo on tak rzadko się doprasza, że nie można mu odmówić, i kiedy Bacho i Garo strzelali do nadbiegających psów, a Pavel błądził oszołomiony, uderzyło mnie, że przecież Berd przybiegł, ufny i wesoły, bo usłyszał gwizdanie z telewizora, a potem Bacho tłumaczy Pavlowi, jak jest z zabijaniem, że po pierwszym razie człowiek myśli, że właśnie stał się kimś innym, a potem budzi się następnego ranka i zdaje sobie sprawę, że to przez cały czas był on, po prostu o tym nie wiedział.

„Bodyguard” – nudnawo

„Bodyguard”, komu tam przyszło do głowy, że ukatrupienie najciekawszej postaci w samym środku 6-odcinkowego serialu to dobry pomysł? Na początku intryga gęsto się plecie, polityka, wiadomo, choroba (upolityczniona, oczywiście), dziwnie w rodzinie (jak w każdej), rasizm (twórcy właściwie sami rozgrywają wątpliwość, czy mają wbudowane uprzedzenia), feminizm (to w końcu serial o kobiecie sięgającej po stanowiska), ale do tego erotyka, żeby to wszystko było znośne. A kiedy ta ostatnia się urywa, to zostaje banalna intryga kryminalna z sensacyjnymi twistami i drobnomieszczańskim finałem (który pewnie tłumaczy, dlaczego serial był takim hitem w Wielkiej Brytanii, spiski spiskami, skorumpowani politycy od poniedziałku do piątku, ale na koniec liczy się piknik z rodziną). Niby wątek silnych kobiet powraca, ale w porównaniu z denatką wszyscy tu wypadają bladziutko i sztampowo. To jakby Shakespeare zaciukał Lady Makbet w drugim akcie, żeby potem persony dramatu obrzucały się zgniłymi jabłkami. Taki „Homeland”, bo to oczywiście brytyjska adaptacja tej samej historii o terroryzmie, kto nasz, kto nie nasz itd., no więc „Homeland” był w stanie balansować na nitce erotycznego napięcia przez kilka sezonów (nitka w końcu sflaczała i zrobiła się parodia, ale to już był chyba czwarty sezon), a tutaj już po trzech odcinkach zrobiło się nudnawo.

Słonecznik, powtórz, tęcza, pamiętaj 

„Stranger Things 2” nieustannie przekonuje, że pamięć jest największą wartością, a powtarzanie – najwłaściwszą jej realizacją. I zarazem brawurowo realizuje te zasady, bez najmniejszego skrępowania odtwarzając zgrane chwyty – do tego stopnia, że każda scena wywołuje nieodparte wrażenie déjà vu. I na tym można by poprzestać, gdyby nie fakt, że to wszystko tak dobrze się ogląda. Oraz że tak ostentacyjne, nachalne powtarzanie – wydaje się niezwykle symptomatyczne

– w „Dwutygodniku”, przy okazji drugiego sezonu „Stranger Things”, piszę o kulturze nostalgii, zanikającej niepamięci i przymusie powtarzania.

Krwawe źródła 

Amerykanie przyglądają się sobie w zwierciadle telewizji. Bohaterowie takich produkcji, jak „Mad Men” czy „Boardwalk Empire”, oprócz przyciągania swoimi osobowościami przed ekrany milionowej publiczności, mają przed sobą jeszcze ważniejsze zadanie: publiczność tę reprezentować. Trzysta milionów Amerykanów, obserwując losy serialowych postaci, dostrzega w nich własne zmagania. Przeniesienie akcji serialu w znaczący moment historii pozwala wytworzyć efekt źródła: perypetie niewielkiej i zamkniętej społeczności z minionej epoki zapowiadają losy całego kraju. W ten sposób współcześni opowiadają swoją historię, w mikroskali przyglądając się przemianom, z których dopiero dziś zdają sobie sprawę. Seriale historyczne mówią więcej o współczesności niż o przeszłości. Stanowią odpowiedź na pytanie: skąd się wzięliśmy i kim przez to jesteśmy?

– o serialu „Deadwood” (prod. David Milch, HBO).

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with seriale.