All posts tagged with publicystyka

Koniec epoki dystansu 

Zdarzają się takie olśnienia, kiedy wszystko zaczyna się łączyć: antymaseczkowcy, zwalniani dziennikarze, wulgaryzmy skandowane na ulicach, kryzys klimatyczny, wolne sądy, cancel culture, Szymon Hołownia i kotleciki z boczniaka. W „Tygodniku Powszechnym” piszę o końcu epoki dystansu – kiedy nie działają już ironiczne żarciki, obiektywne komentarze i nawoływania do umiaru. I zastanawiam się, co teraz. (Przy okazji zdradzę, że ten tekst to mięsista, ale jednak połowa swojego pierwszego wcielenia, więc niewykluczone, że to dopiero początek).

Dwa fragmenty na zachętę:

Kiedy dziś pomyśli się o tym, że ten model – oprócz tego, że umożliwił loty w kosmos i powieści Flauberta – stał również za wyzyskiem kolonii oraz nieposkromioną eksploatacją zasobów naturalnych, chciałoby się krzyknąć po prostu „wypierdalać”. Kłopot polega na tym, że w Polsce jednym z pierwszych, którzy wpadli na ten pomysł, był Jarosław Kaczyński”.

Po końcu epoki dystansu dyskusje o świecie muszą się skomplikować. Kiedy nie można już fantazjować o bezpiecznej pozycji, na którą można by się wycofać, w spory trzeba wkładać więcej energii.

Postuj albo pisz 

A z tym tekstem to było tak, że Kasia Kazimierowska pyta, czy Facebook w końcu zasieknie literaturę, a ja na to, że jeden rabin powie tak, a inny rabin powie nie, jest tu więc sporo Franzena, tego wspaniałego zgreda, są DFW i Saunders, są Smith i Truścińska, pojawiają się też: Prus i Świętochowski, Bieńczyk w podwójnej roli, Sołtys w charakterze argumentu koronnego i odważne zestawienie „Purity” vs. trylogia Wiśniewskiego, a jak kogoś razi Facebook, to dla odprężenia zalecam wizytę na Wattpadzie.

Gorzkie żale autora Wolności pokazują, jak kłopotliwe bywają relacje literatury z (innymi) mediami – musi ona rywalizować z nimi o uwagę odbiorców, ale jednocześnie jest uzależniona od pośrednictwa tychże mediów; chce badać języki, którymi posługują się ludzie, ale zarazem próbuje tworzyć własne; usiłuje opisywać złożone relacje międzyludzkie, choć powstaje w samotności. Ten zestaw dylematów towarzyszy literaturze właściwie od początku, tyle że dziś – jak sugeruje Franzen – sprowadza się do kwestii tylko pozornie banalnej: czy pisarze powinni być na Facebooku?

W lutowym numerze „Pisma” (tu mnie jeszcze nie było) ponadto Agata Sikora o silnych dziewczętach, Marcin Wicha udowadnia, że nie jest maszyną, Wojciech Nowicki w kwestii mięso a sprawa polska, w ogóle dużo o jedzeniu, a na okładce frytki. Daga mówi, że nie tykła ani jednej, Berd – że bestia to on.

Temat na książkę 

Jeśli spektakl Miśkiewicza przeprowadza krytykę powieści Houellebecqa, to nie z bezpiecznych, publicystycznych pozycji, ale od środka – podążając niemal ślepo za tekstem do punktu, w którym sam ujawnia swoją nijakość. Recenzja rozpisana na jedenaścioro aktorów i trzy godziny oglądania? A mówią, że krytyki literackiej nikt już nie traktuje poważnie

– w „Dwutygodniku” piszę o spektaklu „Serotonina” w reżyserii Pawła Miśkiewicza w Teatrze Studio w Warszawie.

fot. Krzysztof Bieliński
fot. Krzysztof Bieliński

Gorąco, środek lata 

To oczywiście szantaż: opowiem wam o mojej umierającej matce. Mogę nie mieć nic do powiedzenia, mogę przynudzać, plątać się, bełkotać. Ale stoję nad trumną i przez tę jedną chwilę nie macie wyjścia – musicie mnie wysłuchać. Tak naprawdę wcale nie musicie – możecie potraktować mnie jak każdego szantażystę i nie podejmować negocjacji – wolicie jednak nie ryzykować, bo przecież sami, prędzej czy później, znajdziecie się na moim miejscu, więc na wszelki wypadek słuchacie. Ale skoro mam już waszą uwagę, to co właściwie mam powiedzieć, kiedy chcę powiedzieć tylko tyle: „Cierpię z powodu śmierci mamy” (Barthes).

– w „Dwutygodniku” mój esej o poetyce pisania o umieraniu.

Wymyślanie kraju 

– W 2011 roku, tuż przed wydaniem „Fizyki smutku”, Gospodinow mówił w jednym z wywiadów, że bułgarski smutek, o którym pisze, jest nieprzekładalny.
– Rzeczywiście jest?
– Jesteśmy piętnaście języków dalej, to ty mi powiedz. Bułgarzy mają silne poczucie, że nikt ich nie rozumie, ale nie dlatego, że robią słabszą kulturę albo że nie mają polityki kulturalnej i międzynarodowej promocji, tylko dlatego, że – jak twierdzą – ich kultura jest właśnie nieprzekładalna. Faktycznie w polszczyźnie nie ma dobrego odpowiednika bułgarskiego słowa „taga” – kiedyś Gospodinow powiedział, że to słowo brzmi jak przełykanie łez. Ale przecież sam podaje w książce przykłady portugalskiego fado czy tureckiego hüzün

– rozmawiam z Magdaleną Pytlak, autorką przekładów „Wzniesienia” Milena Ruskowa i „Fizyki smutku” Georgiego Gospodinowa”, laureatką nagrody „Literatury na świecie” w kategorii „Nowa Twarz”.

Święto Samodzielności

Tak się zastanawiam, co to właściwie jest ta niepodległość. Kiedy w latach 20. Irzykowski zarzucał futurystom, że są plagiatorami, to nie chodziło mu tylko o to, że zwyczajnie zrzynają pomysły od włoskich i rosyjskich poetów. Irzykowski wierzył, że skoro Polska w końcu jest niepodległa, to powinna być niepodległa po całości, tak w polityce, jak w literaturze. A nawet w prawie – kiedy komentował nową ustawę o prawie autorskim, to pisał, że fajnie, dobra ochrona, ale to wszystko gdzie indziej wymyślone, nie u nas. Oczywiście ponosiło go polemicznie, ale brzmiało to trochę tak: sami, sami, sami, sami sobie wszystko wymyślimy, sami siebie wymyślimy, nawet wymyślanie sami sobie wymyślimy. Było to trochę naiwne i histeryczne, ale Irzykowski po prostu poważnie potraktował ten pomysł: niepodległość. A przecież musiał wiedzieć, że polska niepodległość właściwie została podpisana (i napisana) we Francji, że są traktaty, zobowiązania, że cała ta niepodległość stoi na różnych podległościach. Co ciekawe, to Jasieński i Stern – cokolwiek niefuturystycznie – odpowiadali mu wtedy, że jak to, że historii nie da się tak łatwo skreślić, że wpływy zagraniczne to normalna sprawa, że kosmopolityzm kultury itd. No więc zastanawiam się, czy nie byłoby im wtedy jakoś łatwiej się dogadać, gdyby się tak nie skupiali na niepodległości (która jest prostym przeciwieństwem podległości) czy niezależności (w której jakoś niebezpiecznie pobrzmiewa „nie zależy mi”), ale zamiast tego na przykład na samodzielności. Bo chyba można być samodzielnym, ale jednocześnie akceptować to, że się zależy od innych, co wcale nie oznacza, że się im podlega?

Musze larwy żerują na cielsku historii 

Groza, makabra, śmierć. Makabra, groza, śmierć. Robactwo nocy trawi resztki kaszalociego cielska, które opadło na miasto i które jest miastem. Robactwo trawi ludzi, którzy w tym mieście żyli, a teraz są tylko mięsem, bo człowiek jest mięsem, a w człowieku nie ma nic poza mięsem, ale mięso nie jest człowiekiem, więc człowiek nie jest człowiekiem, tylko mięsem. Źli ludzie byli, są źli, dobrzy ludzie bywali, bywają źli, i zło unosi się nad światem. I żaden człowiek, który jest tylko mięsem, nie uszedł, nie ujdzie złu. Wszystko inne to ponure zwidy, senne majaki i nędzne żarty, a największym żartem są inni ludzie. Bo czym jest człowiek dla człowieka, mięsem, workiem bokserskim, niczym. Ludzie mogą człowieka jedynie zatruć, pognębić albo zgnieść. I człowiek nic na to nie poradzi, bo jest mięsem historii, na którym żerują inne robaki. Żeruję też ja, pasożyt literatury, który pisze jadem zawiści. (…)

(…) Skoro Twardoch jest jak Hollywood, to jest też jak przemysł kulturowy, który żywotne sprawy zamienia w ich nadające się do sprzedaży karykatury. Bo nie jest przecież tak – najwyższy czas odsłonić pasożytniczne karty – że wszystkie pomysły Twardocha są mi z gruntu niemiłe. W końcu z Żor do Pilchowic jest godzina rowerem, a obaj moi dziadkowie też byli górnikami, choć nie byli Ślązakami, bo w ogóle rodzinnie jestem raczej skundlony, więc też niechętnie zakładam tożsamościowe mundury. Ale kiedy czytam o tym wszystkim w powieściach Szczepana Twardocha, to odnoszę wrażenie, jakby trapiące mnie kwestie trafiły nie do laboratorium literatury, ale do obwoźnego cyrku. Dlatego nie mam wyboru. Jestem pasożytem literatury, piszę jadem zawiści. To jest moje świadectwo.

– w „Dwutygodniku” piszę o „Królestwie” Szczepana Twardocha.

Opera „ahat-ili”

No więc poszedłem wczoraj na operę. Wcześniej widziałem jedną operę, była niezła, to pomyślałem, a co, znowu pójdę. No więc stoję przed budynkiem, palę na zapas, żeby podnieść sobie ciśnienie i nie zasnąć w jakimś kluczowym momencie, bo raczej słabo znoszę dłuższy bezruch. I kiedy tak palę, to podbija ziomek: dresik szary, porządny, ciut za duży, ale to może i dobrze, bo ziomek raczej chudy, pewnie po fajkę podbija, myślę, ale widzę, że coś go nosi.

– Cześć – mówi. – A to tutaj, to co to tu będzie?

– Cześć. Koncert.

– Jezu – odchodzi trzy kroki, wraca trzy kroki, nosi go wyraźnie. – A długi ten koncert?

– Tak z 2-3 godziny.

– Jezu – trzy kroki, trzy kroki, zaraz ręcę wyjmie z kieszeni, myślę, ale na razie nie wyjmuje. – No a można zapytać, w jakiej tematyce ten koncert?

I patrzę na niego, patrzę na swoje trampki, trochę wstyd, ale co będę kłamał.

– Opera.

– Jezu.

Odchodzi, przychodzi, kaptur z głowy, kaptur na głowę. No boli go to wyraźnie, ta opera.

– A o co chodzi? – pytam.

– A bo się z dziewczyną umówiłem.

– Po koncercie?

– No, tu mi kazała przyjść, bo fryzury tam robi czy coś.

– No to pewnie skończy, jak się zacznie, za 20 minut – pocieszam ziomka, ale on nie daje się pocieszyć, dalej nabuzowany.

– Opera, opera – powtarza, odchodząc.

O operze niewiele wam powiem, bo się nie znam, ale przecież powiem. No więc opera nazywała się „ahat-ili – siotra bogów”. Scenografia Magdaleny Maciejewskiej świetna, minimalistyczna, z rampą, która się w kółko kręciła i trochę skrzypiała, ale chyba to też było w partyturze. Muzyka Alka Nowaka świetna, czasem chaos, że muzyka poważna i o co chodzi, a czasem dało się rozpoznać jakieś znane melodie, podobało mi się, ale jak się nie znam, a mi się podoba, to zawsze podejrzewam, że coś tu za łatwo, ale nie wiem co, bo się nie znam. Śpiewaczki i śpiewacy też świetni, a najlepszą rolę miała Ewa Biegas jako Ereszkigal, drżała, tupała i w ogóle najwięcej energii wytwarzała w tej historii. Libretto napisała Olga Tokarczuk na podstawie powieści Olgi Tokarczuk, a w tym libretcie były partie po akadyjsku, że nikt by nie rozumiał, gdyby nie napisy, ale jak dla mnie, to całość mogłaby być po akadyjsku. I bez napisów.

Ale mam nadzieję, że ziomek jednak wytrzymał. Bo fryzury to były bez wątpienia fachowe. Napracowała się dziewczyna i należała się jej fajna randka.

„Modlitwa do morza” Khaleda Hosseiniego

Znacie zdjęcie Alana Kurdiego, 3-letniego chłopca, którego ciało zostało wyrzucone na turecką plażę w 2015 roku. Albo zdjęcia dzieci bawiących się w ruinach Aleppo. Dziś ma premierę książeczka „Modlitwa do morza” Khaleda Hosseiniego (tego od „Chłopca z latawcem”) z ilustracjami Dana Williamsa. To krótka opowieść mężczyzny, który z żoną i synem ucieka z ogarniętej wojną Syrii. W przedzień wyruszenia w niebezpieczną podróż morską usiłuje uspokoić swoje dziecko, choć wie, że jego ojcowski autorytet to teraz co najwyżej fikcja. Nie ma tu sentymentalizmu, nie ma epatowania grozą, jest za to dojmujące poczucie bezsilności.

Autor cały dochód z książki, która ukazuje się dzisiaj w 53 krajach, przekazuje na działalność UNHCR, czyli agendy ONZ do spraw uchodźców. Natomiast Wydawnictwo Albatros i dystrybutor, firma Olesiejuk, przekazują zyski z polskiej edycji na szkołę podstawową w Berezówce, gdzie uczą się dzieci z ośrodka dla uchodźców. Wydaje mi się, że to nie tylko cegiełka, ale też niezły argument w rozmowach o pomaganiu uchodźcom i przyjmowaniu ich w Polsce. Opowieść Hosseiniego nie szantażuje, nie poucza, za to pozwala na chwilę postawić się w uniwersalnej sytuacji: kiedy chciałoby się ochronić swoje dziecko, ale samemu nie da się rady.

Proszę, kupujcie tę książkę, dla siebie i na prezenty, dla znajomych i rodziny. Pieniądze trafią na pożyteczne cele, a przy okazji może komuś zmięknie serce. Bo jak nie to, to już nie wiem.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with publicystyka.