All posts tagged with powiesc polska

Rozmowa z Zytą Rudzką

W Najlepszej Księgarni na warszawskim Żoliborzu, w ramach Tygodnika Warszawskich Księgarń i Antykwariatów, rozmawialiśmy z Zytą Rudzką o wynajdywaniu języków, życiu przedśmiertnym, życiu pośmiertnym, o starości, męskości i o nawiedzaniu posolonego ślimaka.

„Rzeszot” Bartosza Sadulskiego

Z Bartoszem podlewamy sobie kwiatki, to nie liczcie na jakieś poważne recenzje, ale w „Rzeszocie” powraca coś takiego, że jak już Podedworny ogarnie wszystko, to się nudzi, coś tam wymyśla, ale głównie to nie wie, co ze sobą zrobić. No i pomyślałem sobie, że blaza Podedwornego nie bierze się po prostu z jego bogactwa, że to raczej objaw nieszczęścia postaci, którą autor ulepił z książek – może tych zajumanych podczas pożaru w Krakowie – ale sam dokładnie nie wiedział, jak jakiś okrutny demiurg, co by tu z nią zrobić (i to dlatego Podedworny parę razy zabiera się do przełomowych działań, ale nic mu z tego nie wychodzi, bo przecież nie może wyjść, jeśli ma to być postać wepchnięta w fałdki historii). (A może w ogóle chodzi o to, że najciekawsza z dzisiejszej perspektywy historia, czyli historia pracy i wydobycia surowców, nie nadaje się do opowiadania w romantycznych konwencjach, a romantyczne konwencje to na dobrą sprawę literatura, i pewnie dlatego w „Rzeszocie” „ropa się wydobywa, romantyzm się kończy”). No więc Podedworny, chyba usiłując uwolnić się od autora, w końcu decyduje się na rozpaczliwy gest, który coś z niego zrobi i w jakąś stronę skieruje, nie wie tylko, że [spoiler filter], a więc uruchomienie alternatywnej ścieżki historii, tylko ugruntuje jego fikcjonalność. I to pewnie dlatego na brzegu nikt na niego nie czeka. Pan Podedworny to galicyjski Pnin.

Czarnolas 

Zaskakująca ta książeczka, jak przebitka z innej rzeczywistości, bo komu by dzisiaj przyszło w ogóle do głowy, żeby wymyślać mity? W „Polityce” na majówkę krótka notka o „Czarnolesie” Jagi Słowińskiej.

Takich rzeczy już się dzisiaj nie pisze: baśni, które mierzą się z pytaniami o początek i koniec. Albo po prostu: mitów. W niewielkiej książce Jagi Słowińskiej – choć to właściwie większe opowiadanie rozpisane na niespełna stu stronach, i tak wykorzystywanych dość nonszalancko – mieści się cały porządek istnienia, od narodzin do śmierci.

Projekt „Twardoch” 

Obiecywałem sobie, że już wystarczy, ale Monika Ochędowska namawiała, to spróbowałem inaczej. W Tygodniku Powszechnym piszę o najciekawszej produkcji Szczepana Twardocha: „Szczepanie Twardochu” – multimedialnym work-in-progress lawirującym między Polską i Śląskiem, Warszawą i Pilchowicami, prawicą i lewicą, rozrywką i zaangażowaniem. Jest też o serialu (niezłym, choć jakby za bardzo doświetlonym) i o „Pokorze”, która wygląda jak krytyka wcześniejszych powieści i próba odejścia od ogranych schematów, choć wychodzi to różnie, bo jak się robiło warsztat na maczyzmie, to jak tu nagle pisać o przegrywie. Ciekawostka: chyba tylko jedna recenzja „Pokory” zwraca wprost uwagę, że to powieść o awansie społecznym. O czymś to świadczy, ale to już temat na inną okazję.

Nieczuła narratorka 

Rudzkiej chyba wcale nie chodziło o zrobienie wciągającej książki. Przyjemność, jaką można czerpać z powieści, jest raczej perwersyjna i polega na przyglądaniu się powolnej, choć nieuchronnej dekompozycji

– w Dwutygodniku piszę o „Tkankach miękkich” Zyty Rudzkiej. Że jest to powieść o dwóch sflaczałych chłopach, którzy dobiegają swoich dni, można by się spodziewać jakiegoś Schadenfreude, ale Rudzka jest bardziej okrutna, a przez to jej powieść ciekawsza niż doraźne komentarze.

Czego nie może cham

To może jeszcze o „Baśni o wężowym sercu”, bo podczytuję recenzje i czegoś mi w nich brakuje. (Ale że to sprawa dla tych, co już czytali, to chwila wstępu, szansa dla spoilerofobów, żeby się ratować). Nike, podobnie jak nominacja do Gdyni, były w punkt, bo to książka świetnie zrobiona, z akcją, dramaturgią, ale też z melancholijnym wątkiem miłosnym, może najważniejszym. Jest tu rytm, którego Rak nie odpuszcza i jak trzeba, dopełni go małym „tak” po średniku, żeby się zgadzało. Jest splot historii chłopstwa i historii Żydów, podobnie jak to było w „Księgach Jakubowych”, bo narrator Raka odrobił lekcję Benjamina, że historia jest pisana przez zwycięzców, więc trzeba ją czesać pod włos, żeby odkryć ślady pozostawione przez przegranych; ale wie też, ten narrator, że takie historie są tylko zmyśleniem, więc czasem się mnożą i nie wiadomo, która mogłaby być prawdziwa.

No ale jest rzecz chyba podstawowa, która jakoś umyka w omówieniach. Że oni się tam, mianowicie, zamieniają. Szela i Bogusz, cham i pan. Po całej tej mitycznej przygodzie, którą można by wziąć w nawias, wychodzi na to, że Szela, ten od powstania, to zdeklasowany pan, a Bogusz to nobilitowany chłop. Dla myślenia o rabacji ma to ogromne konsekwencje, bo okazuje się, że gniew i pychę, by rzucić się na istniejące stosunki społeczne, mają tylko panowie; chłopi natomiast tak mocno uwewnętrznili – zjedli i strawili – pański pogląd na nich samych, że sami z siebie nie są w stanie nic zrobić. Jest tu więc tak, jak w takiej ludowej nieświadomości, z której zdałem sobie niedawno sprawę przy okazji książki Garapicha, że jak się jest z biedy, a chiałoby się coś zdziałać w życiu, to się fantazjuje (i ja fantazjowałem), że się ma pańskich przodków gdzieś tam, nielegalnych, ale zawsze. Inaczej się nie da.

Ale w powieści Raka ma to dalsze skutki. Przemysław Czapliński (w Czasie Kultury) chyba nie zauważa tej przewrotki z zamianą ról, za to twierdzi, że po mitycznych wycieczkach Szela pozostaje niezmieniony, leje dzieci, żonę skazuje na śmierć, swój chłop. Tyle że to nieprawda. Bo dzieci leje i żonę morduje Bogusz, pan, tak samo zresztą jak lał i mordował chłopów. Natomiast Jakób sprzed przemiany to miły chłopak, i szlachetny, gotowy wziąć na siebie baty za starego Myszkę. I w ogóle świat chłopów u Raka, choć doświadczany niesprawiedliwością i nędzą, jest taką małą międzyludzką arkadią, gdzie wszyscy się o siebie troszczą. I to jest chyba rewers tej przewrotki: jeśli chce się odebrać chłopom zdolność do unoszenia się dumą, to trzeba przymknąć oko na ich porywczość, złość, gniew, ale nie dobry czy zły gniew (co to w ogóle za różnica), tylko gniew jako potencjalność, która może zadziałać tak czy siak. Rak tymczasem przywilej gniewu pozostawia panom. („Chodziło o zemstę za swoje krzywdy i ewentualnie chęć wzbogacenia się na rabunku. Serio, chcemy mieć takich bohaterów?”, mówi Rak w rozmowie z Wodecką, gdzie przyznaje się, że tę zamianę pana w chama to podświadomość mu zrobiła, jeszcze do tej rozmowy wrócę). Zresztą Szela po przemianie w pana pozostaje niezmieniony (Czapliński ma więc rację, ale nie tam, gdzie myślał): melancholijny, spolegliwy, nie bierze się za reformy społeczne, tylko chowa na parę lat w uzdrowisku. W sumie to wersja Twainowskiego „Księcia i żebraka”, ale bez nauczek z tej przemiany. Pan to pan, choćby cham; cham, choćby pan, wciąż cham. (Stanisław Krawczyk w „Małym Formacie” wyłapuje ten konserwatywny wydźwięk, ale na dowód podaje tylko kilka cytatów z narratora).

Sporo tych przewrotek, uporządkujmy. Pan: bywa okrutny, ale potrafi działać. Cham: nie bywa okrutny, więc nie potrafi działać. No więc stawką jest tu to, czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że lud sam potrafi się zorganizować i zawalczyć o swoje interesy. Rak chyba sugeruje, że nie bardzo. Podobnie sugerował Twardoch w Królu, gdzie lud żydowski był bezwolny i w sumie godny pogardy, bo w takim światopoglądzie działać może tylko silna jednostka. Pan, chłopski czy żydowski, ale pan.


Fot. Michał Asanka-Japołł, 1935, Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Tymczasem szykuje się nam rok wielkiej dyskusji o ludowej historii Polski (serio, z siedem książek na horyzoncie) i to pytanie będzie podstawowe. Czy lud potrafi sam działać. Tak się składa, że podobnie jak teoria umysłu – taki przywilej, którym obdarzamy jednych, z którymi chcemy gadać, a innych nie – hipoteza o sprawczości w dużej mierze określa to, co możemy zobaczyć: niemy tłumok czy działającego w swoim interesie człowieka. Co sobie założymy, to dostrzeżemy, bo materia historii jest obfita. Czy chłopi mogli być sprawczy? Czy mieli w sobie na tyle poczucie dumy, żeby poczuć urazę? Czy może tak uwewnętrznili swoją pozycję społeczną, że nic im nie pozostało? To jest w gruncie rzeczy pytanie o to, czy jest w nas coś takiego, czego nie da się zgnieść wielopokoleniową tresurą albo gigantycznym przemysłem rozrywki. Ale być może, żeby to zobaczyć, musimy też dopuścić i taką możliwość, że nasi chłopscy przodkowie byli również gwałtowni, przemocowi, okrutni, niesprawiedliwi. I że niekoniecznie walczyli o wielkie ideały, tylko o swoje pełne brzuchy. (Zobaczcie, że tak samo układa się dyskusja o Solidarności: czy to była walka opozycji demokratycznej, czy robotników, którzy chcieli mieć lepiej).

Rak nie ma racji, kiedy mówi w rozmowie z Wodecką: „to jest książka bardziej o XIX wieku niż o XXI, wtedy rzeczywistość się zmieniała, gdy cesarz doszedł do wniosku, że należy ją zmieniać, a nie wtedy, gdy do takiego wniosku doszedł Szela czy jego pan”. To jest powieść o XXI wieku (sam to zresztą pokazuje w stylu, który nie ukrywa swojej współczesności), a dzisiaj kwestia sprawczości jest równie trudna jak wtedy, a może i bardziej, bo XX wiek pozbawił nas paru złudzeń.

Dałoby się więc z Raka zrobić takiego konserwatystę, który robi wiele zamieszania o chłopstwo, a na końcu wykonuje przewrotkę, która całe to zamieszanie unieważnia. Ale coś mi się tu nie zgadzało. Bo za dużo tu jest tej świadomości, za dużo Benjamina i innych, i w ogóle cała ta maszyneria, która umożliwia tę powieść, pracuje wyraźnie przeciw konserwatyzmowi. I dopiero ten wywiad Wodeckiej mi to wyjaśnił (a ja sam żałuję, bo miałem to na liście pytań w Gdyni, ale nie zadałem): że Rak nie chce uwierzyć w swoją chłopską sprawczość i że sam, po tylu latach, po studiach, po książkach, po przeprowadzce, po Nike, sam w sobie wciąż zmaga się z tym poglądem, który jest poglądem panów. Że cham nic nie może.

System Sulta 

Tymczasem „Książki. Magazyn do czytania” oflagował moją skromną reckę kwestiami fundamentalnymi. I faktycznie, „System Sulta” Macieja Miłkowskiego (Wydawnictwo Nisza) to historia o tym, jak po wygranych wyborach peowski minister próbuje przekabacić krakowskiego filozofa, żeby ten przed sądem zeznał, że boga nie ma. Cuda na kiju. Redakcja wyciełą mi taki nawias, to uzupełniam: „W pierwszej części powieści razem z bohaterem czytamy obszerne wywiady z potencjalnymi członkami komisji (powiem tylko, że nie przeprowadzają ich Grzegorz Wysocki ani Adrian Stachowski)”.

Za późno 

Dziś dla odmiany fragmenty dziennika, w którym sprawdzam, ile można jeszcze namnożyć metapoziomów, zastanawiam się, co to właściwie anachroniczność, dorabiam przypisy do drogich mi filozofów, a wszystko przy okazji innego dziennika, „Poniewczasie” Wita Szostaka.

13 sierpnia

Powinienem pisać o „Poniewczasie”. Zamiast tego, oczywiście, rozładowuję zmywarkę, załadowuję zmywarkę, robię kawę, wychodzę jeszcze raz z psami, bo pogoda akurat sprzyjająca, niech mają, sprawdzam Facebooka, odpisuję na maile, a kiedy Katarzyna wraca z pracy, opowiadam jej, co bym napisał, gdybym pisał. Tak to z grubsza działa. Ale przecież w końcu piszę o tym, czego nie napisałem, i włączam do tekstu. Naprawdę, można tak w nieskończoność.

Ludzie Dobrej Woli

Po ostatnim odcinku „Czarnobyla” miałem wrażenie, że cała dramaturgia mistrzowsko zbudowana w pierwszych czterech częściach miała złapać naszą uwagę, którą w finale spożytkowano w spektakularnie niewidowiskowy sposób, prezentując wykład z inżynierii elektrowni jądrowych i długą listę faktów związanych z katastrofą, wspaniała manipulacja.

Otóż w „Ludziach Dobrej Woli” (którą to książkę przeczytałem, bo oczywiście nie mam monstrualnej listy rzeczy do przeczytania, na której to liście, tak się składa, tej powieści nie było, co stanowiło o jej niebywałej atrakcyjności) Krystian Nowak (a.k.a. Michał Michalski, niby znam gościa na fejsie, a wciąż nie wiem, które to pseudo, a które nie) niespecjalnie się przejmuje takimi manipulacjami, coś tam na początku wrzuca, że śmierć chłopca, że jakieś machinacje w urzędzie, że nowy człowiek w mieście, ale szybko daje spokój i wykłada wszystkie karty na stół, prezydent tnie ludzi na kasę, wciska znajomych na stanowiska, a jak trzeba, to kryje, kogo trzeba, no raczej realizm, a nie polityczny thriller, więc tak z grubsza od dwóch trzecich zaczyna się tam coś jednocześnie ciekawego i dojmująco nudnego, narracja przenosi się do akt sądowych, czytamy kolejne protokoły, uzasadnienia, żmudne wyliczenia kwot i nazwisk, a potem jest wyrok taki, jaki wynika z ustawy, a nie z literacko atrakcyjnego poczucia zemsty, bo opowiadacz nawet nie kryje, że jest prawnikiem (z antropologicznymi zainteresowaniami, więc czasem wrzuci jakiś mały esej o cywilizacji, czemu nie), i cała ta powieść w gruncie rzeczy jest o tym, czym mogłoby być państwo prawa, gdyby ktoś się tym jeszcze przejmował. Tylko trochę szkoda, że redakcyjnie przy tym nikt za bardzo nie podłubał, bo mogłaby być wciągająca historia o niespektakularnym działaniu prawa, a jest tylko ostentacyjnie niespektakularna historia, co jakoś szanuję, bo każdy lubi o sobie myśleć, że niepotrzebne mu sztuczki, żeby się czegoś dowiedział. Ale potrzebne.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with powiesc-polska.