All posts tagged with polityka

Koniec epoki dystansu 

Zdarzają się takie olśnienia, kiedy wszystko zaczyna się łączyć: antymaseczkowcy, zwalniani dziennikarze, wulgaryzmy skandowane na ulicach, kryzys klimatyczny, wolne sądy, cancel culture, Szymon Hołownia i kotleciki z boczniaka. W „Tygodniku Powszechnym” piszę o końcu epoki dystansu – kiedy nie działają już ironiczne żarciki, obiektywne komentarze i nawoływania do umiaru. I zastanawiam się, co teraz. (Przy okazji zdradzę, że ten tekst to mięsista, ale jednak połowa swojego pierwszego wcielenia, więc niewykluczone, że to dopiero początek).

Dwa fragmenty na zachętę:

Kiedy dziś pomyśli się o tym, że ten model – oprócz tego, że umożliwił loty w kosmos i powieści Flauberta – stał również za wyzyskiem kolonii oraz nieposkromioną eksploatacją zasobów naturalnych, chciałoby się krzyknąć po prostu „wypierdalać”. Kłopot polega na tym, że w Polsce jednym z pierwszych, którzy wpadli na ten pomysł, był Jarosław Kaczyński”.

Po końcu epoki dystansu dyskusje o świecie muszą się skomplikować. Kiedy nie można już fantazjować o bezpiecznej pozycji, na którą można by się wycofać, w spory trzeba wkładać więcej energii.

Armagedon i paranoja

Przemysł nuklearny po upadku Związku Radzieckiego: „Some scientists left to seek jobs abroad. Others set up specialist businesses in an attempt to turn their knowledge into commercial profit: one group offered to destroy waste of all kinds by incinerating it with thermonuclear blasts 2,000 feet underground”. Świetna ta książka Braithwaite’a, niemal kompletna opowieść o bombie atomowej od II wojny światowej do wyboru Trumpa, z akcentem na zimną wojnę i relacje sowiecko-amerykańskie, z dodatkiem polityki brytyjskiej, w końcu autor był brytyjskim dyplomatą, i to nie byle jakim, bo ambasadorem w Moskwie w latach 1988-1992. I właśnie najciekawsze jest to, że grzebie (no, grzebie, ta książka ma kilkadziesiąt stron bibliografii, imponująca sprawa) też w dokumentach rosyjskich, próbując pokazać, że podobne pomysły, lęki i wyobrażenia funkcjonowały po obu stronach konfliktu. Dość niesamowite jest to, jak szybko w oficjalnych dokumentach broń nuklearna, ze wszystkimi mrocznymi skojarzeniami, została podmieniona na „deterrent”, czyli „straszak”, że musimy mieć swój straszak, żeby skutecznie równoważyć ich straszak, no łatwiej rozbudowywać bez ograniczeń swój zasób straszaków niż arsenał broni termonuklearnej. W „Guardianie” świetna recenzja Jonathana Steele’a, który chyba słusznie wskazuje, że Braithwaite trochę bagatelizuje ruchy antyatomowe i politykę państw, które zdecydowały się nie rozwijać własnych straszaków. Ale trzeba przyznać, że choć niewypowiedziana wprost, silna jest w tej książce myśl, że ta cała historia, która wcale się nie skończyła, jest jakimś gigantycznym nieporozumieniem, w które wszyscy się wpakowali, choć woleliby nie. No i są arcyciekawe przebitki o tym, jak kultura wpływała na kształtowanie polityki, jak to np. Reagan obejrzał pewnego wieczoru docudramat „The Day After” i tak to nim wstrząsnęło, że nabrał ochoty, żeby jednak się dogadać z Sowietami. Są też przepyszne anegdotki o doskonałym, precyzyjnym działaniu systemów kontroli arsenałów, jak to w 1979 roku amerykański komputer stwierdził, że Rosjanie wystrzelili rakiety balistyczne, więc amerykańskie rakiety postawiono w stan gotowości, bombowce skierowano na pasy startowe, a po sześciu minutach okazało się, że jednak nie, i była chryja, Kongres chciał wyjaśnień, obiecywano, że to tylko taki błąd, że się już nie powtórzy, powtórzył się po trzech latach, chryja nawet nie zdążyła się wywiązać, bo trzy dni później znowu to samo, obudzono Brzezińskiego, żeby ten może obudził Cartera, bo na Stany leci 250 pocisków, chwilę później miało ich już być 2200, w końcu okazało się, że jednak nie, Brzeziński nawet nie obudził żony. Tylko tak od 20 strony przerzuciłem się na oryginał, bo po polsku coś nie grało, czasem kalki z angielskiego, że trzeba się domyślać, jak to mogło lecieć przed tłumaczeniem, zupełnie jak w tej zimnowojennej paranoi.

Niekompatybilne technologie 

Tymczasem Miesięcznik ZNAK, ze świętym Michelem na okładce i solidnym pakietem tekstów przygotowujących na „Serotoninę”, drukuje mój sążnisty esej o Facebooku i jego zaciekłych krytykach, którzy w Marku Zuckerbergu widzą likwidatora liberalnej demokracji, jest i Jamie Bartlett, i Siva Vaidhyanathan, i Roger McNamee, który był jednym z pierwszych inwestorów Facebooka, a od niedawna z gorliwością neofity zajmuje się odsłanianiem ciemnych stron bunia, zastanawiam się więc, ile w tych wszystkich narzekaniach słuszności, a ile ślepego przywiązania do dobrze znanych sposobów funkcjonowania społeczeństwa, i czy przypadkiem technopesymiści nie są takimi samymi technodeterministami jak technooptymiści (ok, nie zastanawiam się długo, są), więc czy zamiast różnych technologicznych i prawnych sztuczek, które miałyby nas uratować od zakusów demonicznego Marka, nie lepiej postawić na solidną edukację i kompetencje cyfrowe, co może jest mniej spektakularne, ale zdaje się cokolwiek skuteczniejsze.

Krzyk, milczenie, inny głos 

Tak właśnie zarysowywałby się wybór: albo samotność, pozwalająca bezpieczne się wycofać i zachować własne życie, ale stracić powody, by żyć; albo zaangażowanie, niewygodne i nieprzewidywalne, aby uratować nie tylko innych, ale i siebie. Tyle że to wcale nie jest takie proste. Apolityczność może wydawać się bezpiecznym i łatwym wyborem, ale przecież wojen nie rozpętują wycofani naiwniacy w rodzaju Michaela K. i nie milczący Pasza odesłał chłopca do internatu. Ale role się odwracają i to właśnie na nim, bezpartyjnym mięczaku, spoczywa teraz zobowiązanie, aby przyprowadzić chłopca bezpiecznie do domu. Apolityczność staje się niezbędna, aby odkręcić katastrofalne skutki nadmiernego rozpolitykowania, które jest reakcją na apolityczną inercję, która jest niezbędna… Wydawałoby się, że z tego błędnego kręgu nie ma wyjścia. (…) Ściszony głos nie jest ani polityczny – bo nie tworzy konfliktów, ani apolityczny – bo nie rezygnuje z zaangażowania. Pozwalając na chwilę porzucić lęk, tworzy warunki do tego, żeby rozmawiać – słuchać i być wysłuchanym. Tak jak w chwili, gdy Pasza staje się mimowolnym świadkiem umierania młodego żołnierza, którego ostatnim życzeniem jest rozmowa z kimś z rodziny. Pasza więc dzwoni. „Naciska na guzik, słucha. I zauważa, że żołnierz też słucha”. Ale nikt nie odbiera, sygnał się przeciąga, a gdy Pasza mówi w myślach: „Odbierajcie telefon. Niech ktokolwiek odbierze. Dlaczego nikt nie odpowiada, gdzie wszyscy jesteście? Gdzie jest ktokolwiek? Gdzie jesteście?” – to staje się jasne, że nie mówi tylko o tym telefonie i o tym żołnierzu.

– w najnowszym „Tygodniku Powszechnym” piszę o tchórzostwie, nienawiści i ściszonym głosie przy okazji znakomitego „Internatu” Żadana.

„Modlitwa do morza” Khaleda Hosseiniego

Znacie zdjęcie Alana Kurdiego, 3-letniego chłopca, którego ciało zostało wyrzucone na turecką plażę w 2015 roku. Albo zdjęcia dzieci bawiących się w ruinach Aleppo. Dziś ma premierę książeczka „Modlitwa do morza” Khaleda Hosseiniego (tego od „Chłopca z latawcem”) z ilustracjami Dana Williamsa. To krótka opowieść mężczyzny, który z żoną i synem ucieka z ogarniętej wojną Syrii. W przedzień wyruszenia w niebezpieczną podróż morską usiłuje uspokoić swoje dziecko, choć wie, że jego ojcowski autorytet to teraz co najwyżej fikcja. Nie ma tu sentymentalizmu, nie ma epatowania grozą, jest za to dojmujące poczucie bezsilności.

Autor cały dochód z książki, która ukazuje się dzisiaj w 53 krajach, przekazuje na działalność UNHCR, czyli agendy ONZ do spraw uchodźców. Natomiast Wydawnictwo Albatros i dystrybutor, firma Olesiejuk, przekazują zyski z polskiej edycji na szkołę podstawową w Berezówce, gdzie uczą się dzieci z ośrodka dla uchodźców. Wydaje mi się, że to nie tylko cegiełka, ale też niezły argument w rozmowach o pomaganiu uchodźcom i przyjmowaniu ich w Polsce. Opowieść Hosseiniego nie szantażuje, nie poucza, za to pozwala na chwilę postawić się w uniwersalnej sytuacji: kiedy chciałoby się ochronić swoje dziecko, ale samemu nie da się rady.

Proszę, kupujcie tę książkę, dla siebie i na prezenty, dla znajomych i rodziny. Pieniądze trafią na pożyteczne cele, a przy okazji może komuś zmięknie serce. Bo jak nie to, to już nie wiem.

Wojna i interesy 

„Długi marsz…” powstawał pod koniec pierwszej kadencji Baracka Obamy, kiedy Ameryka wciąż przepracowywała problemy prezydentury Busha. Na początku kadencji Donalda Trumpa można się tylko zastanawiać, jak w przyszłości poradzi sobie z nią literatura

– recenzja powieści „Długi marsz w połowie meczu” Bena Fountaina (przeł. Tomasz S. Gałązka, Czarne 2017).

Prezydent świata 

W manifeście „Building Global Community” Mark Zuckerberg projektuje swoją wersję utopii. Tyle tylko, że w odróżnieniu od Platona czy Chrystusa dysponuje poważnymi środkami, by zacząć wcielać swoją wizję w życie

– obszerna analiza polityki szefa Facebooka.

Krwawe źródła 

Amerykanie przyglądają się sobie w zwierciadle telewizji. Bohaterowie takich produkcji, jak „Mad Men” czy „Boardwalk Empire”, oprócz przyciągania swoimi osobowościami przed ekrany milionowej publiczności, mają przed sobą jeszcze ważniejsze zadanie: publiczność tę reprezentować. Trzysta milionów Amerykanów, obserwując losy serialowych postaci, dostrzega w nich własne zmagania. Przeniesienie akcji serialu w znaczący moment historii pozwala wytworzyć efekt źródła: perypetie niewielkiej i zamkniętej społeczności z minionej epoki zapowiadają losy całego kraju. W ten sposób współcześni opowiadają swoją historię, w mikroskali przyglądając się przemianom, z których dopiero dziś zdają sobie sprawę. Seriale historyczne mówią więcej o współczesności niż o przeszłości. Stanowią odpowiedź na pytanie: skąd się wzięliśmy i kim przez to jesteśmy?

– o serialu „Deadwood” (prod. David Milch, HBO).

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with polityka.