All posts tagged with podsumowanie

Żaden ranking, co najwyżej remanent

Książka, której długo nie chciałem przeczytać, ale w końcu przeczytałem

Każdy ma jakiś fantazmat literatury, ja mam taki, że w przedmowie Jana Parandowskiego do PIW-owskiego wydania „Pani Bovary” z 1984 roku (w przekładzie Anieli Micińskiej) przeczytałem, jak to Flaubert godzinami chodził po okolicy w poszukiwaniu odpowiedniego przymiotnika (dałbym cytat, ale nie mam jak sprawdzić, bo tamtą „Panią Bovary” dałem kiedyś byłej dziewczynie, jak się rozstawaliśmy, no niewiele wtedy z Flauberta rozumiałem, przyznaję). Czytałem to jakoś na początku liceum i pomyślałem: tak to mógłbym żyć. Później trafiłem gdzieś na wzmiankę o „Papudze Flauberta” Juliana Barnesa, ale jak to z fantazmatami bywa, nieświadomość dba o to, żeby ich zbyt zbyt pospiesznie nie weryfikować, więc Barnesa przeczytałem znacznie później. I srogo się rozczarowałem, bo miało być o Fluabercie, a było o Barnesie; jasne, wszystko zgrabnie i przewrotnie zrobione, ale nie tego przecież szukałem. Kiedy więc w 2011 roku ukazała się „Ręka Flauberta” Renaty Lis, to broniłem się rękami i nogami – a wszędzie wtedy o tej książce trąbiono, a może wcale nie trąbiono, tylko ja to tak zapamiętałem, bo im bardziej trąbiono, tym mocniej broniłem się rękami i nogami, żeby tego nie czytać, bo znowu się rozczaruję, znowu będzie o wszystkim, tylko nie o Flaubercie łażącym za przymiotnikami. Ale w końcu ile można się bronić: przeczytałem. I powiem wam tyle, że gdyby ta książka – fenomenalnie skonstruowana, bez pretensji do spójności, ale o spójną (i ogromną) wiedzę oparta; napisana z fascynacji osobą, ale ze świadomością, że ta osoba to przede wszystkim pisarski styl; budząca nieufność swoją nieufnością wobec nowoczesności, ale przez to prowokująca do najlepszej lektury, czyli niezgody; pełna błyskotliwych pomysłów, które w książce akademickiej byłyby rozpisane na trzy rozdziały, a tu spełniają się w jednej celnej metaforze – gdyby więc ta książka powstała, kiedy byłem w liceum, to mama najpewniej wywaliłaby mnie z domu, bo niechybnie bym sprawdzał, jak gueuloir, Flaubertowskie growlowanie, może brzmieć na żywo.

Książki, o jakich nigdy nie pisałem, a ostatnio trochę czytam

„Lodorosty i bluszczary” Jerzego Ficowskiego, w wyborze Jarosława Borowca, dopiero wyłoniły się spod choinki i pięknie wyglądają, a kilka na szybko przejrzanych stron obiecuje wiele radości, to może opowiem za jakiś czas. Ale najlepszą książką dla dzieci, jaka trafiła w moje ręce – a trochę ich w mijającym roku przeczytałem, choć to inne zupełnie czytanie – była „The Very Persistent Gappers of Frip”, kogoż by innego, George’a Saundersa (uwielbiam człowieka) z ilustracjami Lane’a Smitha. Śmieszna, trochę absurdalna, dydaktyczna, ale takiej dydaktyki nam potrzeba, historyjka o złośliwych morskich robaczkach obsiadających kozy, pół biedy, kiedy robaczki włażą na wszystkie kozy, bo kiedy włażą tylko na jedną, to na maleńskiej wyspie robi się nieprzyjemnie, na szczęście istnieją zdolne dziewczynki, które, jeśli trzeba, potrafią nauczyć się wędkować. Niech to ktoś przetłumaczy, będzie pod choinkę za rok. A na załączonym obrazku: koza, na którą wlazły robaczki.

Książki, które były niezłe, ale dajcie autorom dużo nagród i pieniędzy, bo kolejne rzeczy będą lepsze i już nie mogę się doczekać

Chodzi oczywiście o dwa debiuty, kozackie, bo skromne, choć autorka i autor spokojnie mieliby materiał na zrobienie cegieł, co pewnie lepiej by zrobiło ich portfelom. Tymczasem, trochę w duchu Darka Foksa, poszli we fragment, kawałek rzucony do czytania i gadania, rozwijania, uzupełniania. Czasem sobie myślę, że praca, która stoi za takimi dopracowanymi miniaturami, musi być koszmarna: że najpierw trzeba jednak tę cegłę napisać, żeby wszystko się zgadzało, a potem dopiero można się zabrać za przykrawanie. Ale nawet jeśli nie tomiszcza wrzucone do niszczarki, to za „Psami ras drobnych” Olgi Hund i „Fragmentami dziennika SI” Łukasza Zawady stoją wyraziste i zabawne pomysły, precyzyjne, ale zostawiające też miejsce na literackie zawirowania. No, chciałbym więcej takich konceptów, stąd do szanownych państwa jurorek i jurorów niniejszy wniosek.

Książka, którą przeczytałem w tym roku, ale nie rozumiem czemu

Powiecie, że to chciwość i wierszówki. Powiecie, że sentyment z czasów, gdy z gimnazjalnej biblioteki wypożyczałem „Tarota paryskiego” i „My zdies’ emigranty”, a panie bibliotekarki pytały, czy aby nie jestem na to za mały. Powiecie, że lecę na modne tematy, seks i AI. Powiecie, że przecież pasjami czytam słabą literaturę. Powiecie, że sobie ubzdurałem jakieś tekściwo do napisania, choć nie było o czym pisać. Wszystko, co powiecie, będzie prawdą, będzie nieprawdą, ale nie wróci mi dni spędzonych „Na linii świata” Manueli Gretkowskiej. (Okładki nie będzie).

Książka, o której było głośno, choć to trochę nieporozumienie

To znaczy tak, przekład Tomasza Gałązki to jest wciąż fantastyczna robota. I ta książka naprawdę była wydarzeniem w Stanach, nie tylko bestsellerem, ale też ważnym punktem w debacie. Ale im większy dystans, tym staje się jaśniejsze, że to w sumie rozbudowany argument typu: co te lewaki, ja wyszedłem z biedy i patrzcie. Takie myślenie wcale nie jest rzadkie, więc warto się mu przyjrzeć w rozbudowanej wersji, to jednak porządnie zrobiona książka, a nie post na fejsie. Ale żeby jakieś większe korzyści poznawcze stąd wynikały, to raczej nie.

Książka roku

Wciąż do kupienia w dobrych księgarniach.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with podsumowanie.