All posts tagged with opowiadania

Narratorzy Sołtysa

Coraz trudniej pisze się o książkach, a bo to się kogoś poznało, to jeszcze pół biedy, można odpoznać, ale jak się wypiło piwo, dwa, ktoś podesłał docx, to inaczej, już się chętniej wybacza to i owo, czy raczej od razu się czyta w lepszym świetle, a jeszcze gorzej, jak się napisało dobrze o pierwszej książce, to żeby się nie okazało, że to pomyłka, przychylniej patrzy się na drugą, no istne pole minowe. A przecież żeby coś sensownie napisać, zawsze powtarzam, trzeba mieć swobodę, że może się nie spodobać, że będzie można objechać, mówię wam, jak się poważnie chce tą całą krytyką zajmować, lepiej ludzi nie znać, a siedzieć w piwnicy. No ale już się zna, już się przeczytało, coś by się jednak chciało napisać, to chociaż nie w poważnym medium, a na własną rękę, niech już będzie tu.

Z innych tekstów dowiecie się, że „Nieradość” to opowiadania o starości, umieraniu, chorobie i samotności; że autor próbuje tu różnych stylów; że wszystkie te historie, choć czasem mocno odmienne, w końcu się splatają, na takiej zasadzie, jak w „Mućce”: „lekarka, ta młoda, co to, wie pan, mówili, że miała romans z nauczycielem historii, tym, co uciekł nagle, ale to chyba nieprawda”; że – to Justyna Sobolewska – centralny tu jest brak, ale konkretny brak, żydowski; że może niektóre kawałki („Daniił”, „Co się robi, gdy się zostało pisarzem”) słabiej tu pasują; że pisarska czułość bywa tu rozdzierająca („Myśl! Może ta starsza ma ręce jak mama? Kto mi teraz zabroni udawać, przed kim się wstydzić?” – „Fik”). Może przeczytacie też, że w „Mikrotykach” Sołtys mógł się wydawać kronikarzem warszawskich historyjek, ale po „Nieradości” jest już jasne, że w debiutanckim zbiorze ważne było co innego, co tutaj jest wyciągnięte na pierwszy plan. Wszystko prawda. Co bym chciał tu napisać, to raczej takie czytanie w poprzek, mniej po tematach, bardziej po śladach zostawionych tu i tam, nie tylko w drugiej, ale i w pierwszej książce, a więc po śladach nieprzerwanej ucieczki.

*

Ostatnie opowiadanie w „Mikrotykach” to „Kto”, wiecie, zaczyna się od: „Martwe koty chodzą cicho” – otóż w tym krótkim opowiadaniu, nieprzypadkowo wyrzuconym na sam koniec, toczy się taka gra, że bohater patrzy w okno, a za firaną mogą być albo żywi, ale obcy ludzie, albo martwe, ale swoje duchy. Jak w modernistycznych historiach typu czy to było, czy się śniło, tyle że Sołtys potrafi (w odróżnieniu od… nieważne) wyciągnąć ten niedzisiejszy sentyment i kontrując go zupełnie dzisiejszym nerwowym śmieszkiem, sprawić, że staje się przekonujący.

W tej prozie duchy zjawiają się nieustannie, nagabują, nie dają spokoju. A duchy to albo bezpieczna metafora – pamięci, która nie chce się odczepić od tych, których już nie ma – albo, mniej bezpiecznie, jakieś istnienia, które trzeba traktować zupełnie serio („I krzyczałem do niego, żeby mi się nie zwidywał, żeby na tej płyciźnie nie stawał, bo chudy wygląda jak czapla w garniturze, a on się smutno, prawie służbowo uśmiechał i szkliły mu się milicyjne zauważne oczy, a ja nie trafiałem w piłkę i wściekałem się na siebie” – „Ballada pijaka z baru Astoria” w „Mikrotykach”).

No więc te duchy pchają się w kadr, a do kadrowania dla tego podglądacza, narratora Sołtysa (narrator Sołtys czy narrator Sołtysa?), służą właśnie okna. Już w „Nieradości” jest „Echo”, a tam: „Taka była kobieta za szybą, jakby już parę dni temu umarła, ale nakazano jej wrócić: jeszcze musisz stanąć w tym oknie, jeszcze musisz zamachać do tego mężczyzny, jeszcze rozetnij ten poranek sobą, wtedy będzie ci odpuszczone”. Co jest takiego w oknach, że służą do wywoływania duchów? Jeśli ktoś mieszkał kiedyś na ciasnym osiedlu i ma choć zalążkowy zmysł podglądacza, to wie: ludzie zjawiają się w prostokątnej ramie i zaraz znikają, robią swoje, zwykle nie przejmują się widzami, jest ciekawiej niż w muzeum, choć – no właśnie – i tu, i tu widmowe obrazy, a nie żywi ludzie. Co by oznaczało, że narrator Sołtysa nie tylko widzi wszędzie duchy zmarłych („Bo ciemność, wie pan, puka w ramię” – „Pukanie w ramię” w „M”), ale że żywi zamieniają się mu w duchy, kiedy patrzy na nich jak na figury, na przykład opowiadań.

*

Okropne by to było, gdyby sam, ten narrator, ci liczny narratorzy, nie mieli jeszcze gorzej, gdyby sami nie byli duchami. „Dwa” w „Nieradości”: „Dlatego gadamy do siebie, dlatego gadamy do zmarłych, których nosimy ze sobą”. A brzmi to tylko podobnie do: „Jestem ojcem moich zmarłych” z „Kto”, bo ci zmarli, których noszą bohaterowie z sobą, to oni sami. Znowu „Dwa”: „Nauczyłem się śmiać jakoś inaczej. Od kogo? Nikogo tu nie ma. Może od tego przyszłego, co go już nie będzie? Uczyć się od własnego cienia, powtarzać po nim, na odwrót niż wcześniej – ot, taka umiejętność”.

Żeby nie było wyłącznie ponuro, to postaci noszą w sobie nie tylko własną śmierć, ale też własne dzieciństwo: „Och, a kto z was widział siedemdziesięciopięcioletniego faceta na takiej bańce, że ma lat trzydzieści i sto dwadzieścia naraz, że mu się zmarszczki kołtunią w uśmiechy, w podryw, w chęć do bitki, a włosy mu płowieją w popiół?” („Miasta i wsie”); „Jakbym znowu miał dziesięć lat, a nie prawie siedemdziesiąt” („Wracanie”); „Jestem kim innym niż wtedy, ale przecież tamtym też trochę. Wspomnienia nie odmłodzą mi ścięgien, nie zaczernią na powrót włosów, choć jakoś utrzymują mnie tamtego we mnie dzisiejszym. A w nich obu jeszcze dziecko, podrostek, facet w średnim wieku. Tak myśli. Sześciu, siedmiu facetów w facecie, który wysiada z autobusu i krzywi się, bo kolana skrzypią” („Morze Kijowskie”, wszystkie trzy z „N”). Zupełnie jak w „Przemianach” Czechowicza (mówiłem, że modernista): „widzisz siebie - marynarza w Azji / a zarazem 3-letniego 5-letniego chłopca / na warszawskim podwórku / i siebie przed maturą w gimnazjum / namnożyło się tych postaci stoją ogromnym tłumem / a wszystko to ty”.

Są więc starzy młodzi i młodzi starzy, Benjamin Button, ale w obie strony jednocześnie, a w sumie to tak: „Ja ile mam lat? No, już prawie wszystkie” („Atargatis”). Jest więc ta proza nie tyle o starzeniu, ile o tym, że czas to żadna tam rzeka, ale obślizgła substancja, w której można gmerać: „włożyć łapę w czas i coś jeszcze wyciągnąć, przez śmierci ją przecisnąć i położyć na teraz” („Morze Kijowskie”).

No dobra, jednak o starzeniu, bo takie sztuczki okazują się szczególnie korzystne, kiedy jest się już prawie po drugiej stronie. (Choć mam wrażenie, że narrator Sołtysa, młody koleżka przecież, czasem chciałby już być starcem, czasem bywa już starcem, „Karwoski” w wersji wideo był upiorny; może się to łączyć z dziadkami, są tu przynajmniej dwa, jeśli nie trzy opowiadania o dziadkach. To jeszcze jeden powód, dla którego nie mogę pisać o tej prozie rzeczowo i bezstronnie: babcia uczyła mnie pisać, dziadek ciągnął na sankach, najlepsze wspomnienia z dzieciństwa, kiedy miałem pięć lat, chciałem mieć siedemdziesiąt).

*

Za starzeniem ciała idzie starzenie języka: „Słowa mi się starzeją w głowie, niektóre już zupełnie niezrozumiałe – słowa z alzheimerem, inne kruszą się – popiół, piasek, szum jak przy zapaleniu ucha” („Znaleźne”). Co by wyjaśniało oldskulowy sznyt Sołtysowego rytmu, w którym nameste kiedyś na ucho wysłyszał Izaaka Babla. Ale spopielanie się języka to nie jest tylko kwestia stylu, to jest najpoważniejsza sprawa, z którą coś trzeba zrobić. Wzruszenie („brała mnie w tych snach czułość, jakby odwracały się role i jakbym to ja był tatą mojego taty” – „Czerwiec”) jest piękne, ale wzruszenie nie wystarczy.

Dlatego narrator Sołtysa chce, żeby ze słów, kiedy się ze sobą ścierają, leciały iskry: „za dużo zdań trących o siebie, za dużo historii, które kaleczą się kantami” („Ballada martwego poety w marynarce”), „zdania jakby trą o ostre krawędzie, przecierają się i w końcu rwą” („Rückblick”), „Był taki facet Eunus, przywódca powstania niewolników na Sycylii, co kiedy mówił, z ust sypały mu się ponoć iskry. Diodor podaje oczywiście, że to była sztuczka, że tam była łupina orzecha i żar… Ale ilu ja widziałem takich facetów z iskrami!” i dalej: „Kończyli wtedy odbudowywać most średnicowy, spawali, myśmy się kochali, a nad nami iskry szły, jakby ten Eunus stał i wypowiadał mistyczne zaklęcia. Miłosne zaklęcia do bogini Atargatis, choć ja nic o żadnej Atargatis wtedy nie wiedziałem, więc pewnie tylko – Basia, Basieńka – powtarzałem i iskry mi szły z ust do tych iskier z mostu. Iskra szuka iskry i zazwyczaj znajdzie” („Atargatis”).

A kiedy słowa iskrzą się i trą ostrymi krawędziami? Kiedy nabierają substancjalności, materialności; kiedy stają się solidnymi przedmiotami, nie mglistymi pojęciami, ale nafaszerowanymi do pełna, nasyconymi światem twardymi dźwiękami, mieszczącymi się w zdaniach tylko na ścisk, po dopchnięciu (może dlatego, Olga, wydaje się, że są takie gładkie – „żadnych fikuśnięć, prosta forma naśladująca spadającą wodę” w „Przedmiotach jednego weekendu”? bo nie da się ich już ruszyć?).

Albo kiedy, wyciągane ze słownika, nabierają znowu chropowatości. Pisanie Sołtysa bywa gładkie (nie płaskie, gładkie) chyba po to, żeby te chropowatości czasem wyeksponować, z czego zresztą narrator od razu się tłumaczy, jakby mu było głupio, że ktoś pomyśli, że nie umie. „Lata wietrzeją z okrucieństwa. Tak się nie mówi, prawda? Powinienem powiedzieć: okrucieństwa przez lata wietrzeją. Ale mam to gdzieś” („Atargatis”); „Nic to, idę po te piwo do nocnego, szedłbym po to piwo, ale wtedy pewnie zagrzeczniłbym tę przyjemność” („Ballada marszałkowska”). Drobne błędy, nieporadności, ostatnie ślady żywego języka, zmierzającego do płaskości („W ogóle te wszystkie przysłowia, powiedzenia, zbitki na stałe w naszym gadaniu – same nieprawdy albo prawdy odłamki, co to tylko na skórze zostawiają pręgi jak od kijów” – „Miasta i wsie”), choć jeszcze nie tak dawno wszystko mogło potoczyć się inaczej: „W słowniku podskakiwały słowa i mieszały się zapożyczenia, słowackie z czeskimi, makaronizmy z niemczyzną, i jeszcze to, co Brückner sam podopisywał w tej najlepszej z wiar, i niech mu się wiedzie tam, gdzie jest, bo udany był facet” („Miasta i wsie”). Marceli Szpak wrzucił kiedyś zdjęcie przedwojennego, żydowskiego handlarza na tle tablic z formami zapisu z innej galaktyki: „wudki”, „wyna, kuniaki, miud”, „pszi smaki” – wrzucił i napisał: „oddajcie mi wielonarodową, negocjowalną polszczyznę, huje” – i to była chyba jedyna chwila, kiedy fejs dostarczył mi wzruszeń.

Chropowatości, tarcia, iskrzenia – ostatecznie Sołtysowi marzy się chyba język, który byłby jak zamaszysty, hojny, kozacki gest. Bo jeśli gdzieś w tej melancholijnej, spopielonej prozie są ślady podziwu, to w tym: „Tak jak oni stali, to dziś już nikt nie umie stać. Ricky Nelson może umiał, ale też nie tak, Cybulski stał, jakby ich podpatrywał, ale to samo – nie wszystko spamiętał” („Czerwiec”); „Ja oczywiście przeciwnie, ja, za pozwoleniem szanownych państwa (a gdzie tam – bez żadnego!), ja otóż ręce mam na całą szerokość Marszałkowskiej i gdy idę po piwo do sklepu nocnego, to palcem wskazującym lewej dłoni piszę w brudzie szyb po stronie parzystej: «Vico tak! Vice nie!», a prawą ręką zagarniam piękności stojące po nieparzystej stronie i mówię im do ucha bezeceństwa” („Ballada marszałkowska”).

Z „Mikrotyków” pewnie najlepiej pamiętacie historyjkę o profesorze Kruku, nie? Zaglądam do niej raz jeszcze, a tam stoi tak: „I ja go tym Iwaszkiewiczem w torebce walnąłem”. O to więc chodzi, żeby słowa były takie, żeby można było nimi pierdolnąć. Bo jeśli słowami dałoby się pierdolnąć, to duchy mogłyby znowu nabrać ciała. Dwie książki, książeczki, łącznie 320 stron, a stawka jest taka: pierdolnąć śmierć. (Jeśli gdzieś ostatnio trafiłem na tak mocno postawione zadanie mesjańskie, to w „Domu z dwoma wieżami” Macieja Zaremby Bielawskiego: „Taki był zamiar. A ja teraz piszę: Izaak Wilhelm Immerdauer” – cała książka skupia się w tym zdaniu).

*

Mrzonki. Język odkleja się od świata, duchy odklejają się od życia: „przecież wiadomo, że dla tego świata tu to tylko śmierć. Noc się rozwieje, ja, księżyc i pies nawet – wszyscy w biel” („Opowiadanie”). Narrator Sołtysa dobrze o tym wie, skandujcie razem z nim: „Na praw dę, na zaw sze, na pra wić się nic nie da” („Dwa”).

Jeśli gdzieś jeszcze szukać ratunku, to co najwyżej w tym, że w jakimś nieskończonym planie – kosmicznym: miliony lat; atomowym: miliardy cząstek – wszystko się rozejdzie, rozpuści, rozwieje. Tak: „Ja osobiście polecam oprzeć się plecami o ścianę, na której wisi prysznic, ręce wzdłuż tułowia, jakby się patrzyło na ruch uliczny w małym miasteczku albo odpoczywało po seksie. Wtedy łzy od razu się spłukują, rozpuszczają, by spłynąć rurami do podziemnej wrocławskiej kanalizacji, dryfować przez fetor i odpadki” („Co się robi, gdy się zostało pisarzem”). Albo tak: „I te słowa też idą w szereg drgań powietrza, aż do stratosfery, aż będzie próżnia i pyk – nie ma śladu”.

Ale nie, bo na końcu jest wciąż ten upór pisania, martwe litery o martwych ludziach, a bardziej nawet – upór czytania. „Chyba że ktoś je zapisze, wtedy im ciasno w piśmie albo w druku jak w trumnie, czekają, aż ktoś je przeczyta, wtedy jest tak, jakby ktoś wybił w trumnie otwór, widać oczy, twarz, wtedy się nam przyglądają” („Grażyna”).

Czary z kiczu 

Jest w tym wiele niepowagi, a swoboda tej prozy sprawia, że chwilami można się w niej po prostu zagubić. Jednak poddanie się rytmowi tego zorganizowanego szaleństwa pozwala choć na chwilę wyrwać się z przymusów zwyczajnej rzeczywistości. I przynosi wiele przyjemności – Bawołek jest wytrawnym stylistą, który z prowincjonalnego kiczu wyczarowuje nadzwyczajne zdania. Nic dziwnego, że imię kobiety, za którą podążają bohaterowie większości opowiadań, to Eulalia

– w „Polityce” o „La petite mort” Waldemara Bawołka.

Człowiek w człowieku 

To nie jest proza wielkich ambicji, usiłująca zarysować jakąś krytyczną panoramę współczesności czy pomyśleć możliwość innego urządzenia świata. Stawka jest tu znacznie mniejsza, choć najbardziej podstawowa: odrobina współczucia. Formuła empatii wyłaniająca się z tych opowiadań jest jednak odmienna od tej, którą można znaleźć na przykład w trylogii Michała R. Wiśniewskiego. W „Jetlagu” czy „Hello world” próby zrozumienia bohaterów napotykają ostatecznie granicę: czego nie da się usprawiedliwić, to trzeba potępić. Tymczasem Sołtysowi bliżej do Wellsa Towera, który w „Ruinach i zgliszczach” (po polsku w przekładzie Michała Kłobukowskiego) towarzyszy klęskom swoich bohaterów, ale nie próbuje ich ratować

– w „Dwutygodniku” moja recenzja „Mikrotyków” Pawła Sołtysa (Wydawnictwo Czarne 2017).

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with opowiadania.