All posts tagged with literatura polska

Literacki Sopot

Pojawiły się nagrania ze spotkań na Literackim Sopocie, który w tym roku znów był fantastyczny.

Z Wojtkiem Chamierem-Gliszczyńskim, autorem „Portrecisty psów”, rozmawiałem o tym, dlaczego lepiej nie zostawać postmodernistą

A z Olą Zbroją, autorką „Mireczka” – której właściwie tylko trzymałem mikrofon – o prawdzie, fikcji, wstydzie i polskiej kulturze picia

„Rzeszot” Bartosza Sadulskiego

Z Bartoszem podlewamy sobie kwiatki, to nie liczcie na jakieś poważne recenzje, ale w „Rzeszocie” powraca coś takiego, że jak już Podedworny ogarnie wszystko, to się nudzi, coś tam wymyśla, ale głównie to nie wie, co ze sobą zrobić. No i pomyślałem sobie, że blaza Podedwornego nie bierze się po prostu z jego bogactwa, że to raczej objaw nieszczęścia postaci, którą autor ulepił z książek – może tych zajumanych podczas pożaru w Krakowie – ale sam dokładnie nie wiedział, jak jakiś okrutny demiurg, co by tu z nią zrobić (i to dlatego Podedworny parę razy zabiera się do przełomowych działań, ale nic mu z tego nie wychodzi, bo przecież nie może wyjść, jeśli ma to być postać wepchnięta w fałdki historii). (A może w ogóle chodzi o to, że najciekawsza z dzisiejszej perspektywy historia, czyli historia pracy i wydobycia surowców, nie nadaje się do opowiadania w romantycznych konwencjach, a romantyczne konwencje to na dobrą sprawę literatura, i pewnie dlatego w „Rzeszocie” „ropa się wydobywa, romantyzm się kończy”). No więc Podedworny, chyba usiłując uwolnić się od autora, w końcu decyduje się na rozpaczliwy gest, który coś z niego zrobi i w jakąś stronę skieruje, nie wie tylko, że [spoiler filter], a więc uruchomienie alternatywnej ścieżki historii, tylko ugruntuje jego fikcjonalność. I to pewnie dlatego na brzegu nikt na niego nie czeka. Pan Podedworny to galicyjski Pnin.

Paczenie 

To nie jest rozmowa o: Polsce, pandemii, kapitalizmie, amerykańskim kolegium elektorów, zawiłościach fizyki kwantowej, spadku konsumpcji mięsa per capita ani wpływie wtryskowej metody formowania tworzyw sztucznych na zagęszczenie nanocząstek w atmosferze. Z Dorotą Masłowską pogadaliśmy raczej o pisaniu.

Premiera „Prognozy niepogody” 

Już jest! „Prognoza niepogody. Literatura polska w XXI wieku”, a w środku znakomite pióra i jeszcze lepsi ludzie, którzy opowiadają o tym, co im się widzi w literaturze najnowszej. W Dwutygodniku można znaleźć dwa kawałki (Zofii Król i Magdy Heydel), a jeszcze jeden (Olgi Drendy) pojawi się na dniach. Czarne na tę okoliczność zrobiło promo na prozę współczesną, to od razu można sobie zweryfikować, co i jak. A o książce pogadamy 29 sierpnia w Gdyni.

I jeszcze jedno: „Prognoza” to jest też książka interaktywna – na końcu jest lista wszystkich tytułów nominowanych do Gdyni, te nagrodzone są podkreślone; 28 sierpnia wieczorem będzie można sięgnąć po ołówek i uzupełnić szlaczki za bieżący rok.

„Cieśniny” Wojciecha Nowickiego

Piszę swoje, więc trochę mniej czytam na bieżąco, i dopiero teraz to odkrywam (na szczęście Zosia Król pisała w 2t i celnie), choć to od razu kłopotliwe, bo jemy z Wojtkiem w tej samej pizzerii i wydawnictwo też to samo, ale „Cieśniny”, no, co to jest za proza, obsesyjna, rozpędzona, z kilku motywów – epilepsji, łażenia, szaleństwa, rycia w ziemi, podziemnych wód – splatająca substancję gęstą i lepką, że jak się w niej zanurzyć, to już się tego łatwo nie zmyje. Jest w tym poczucie nadchodzącej katastrofy, nadchodzącej od dawna już, może od zawsze, to poczucie, że „Muchy wepchną się wszędzie, wypełnią mieszkania, będą obsiadywać ludzkie ciała, wcisną się do oczu i ust, aż się stanie jasne, że nie ma ratunku i kończy się czas człowieka”, bo też miejsca, które odkrywa Nowicki, są odwieczne i współczesne, jak ta „kraina u stóp gór, którędy fruwają plastikowe śmieci, gdzie sterczą wypalone drzewa; albo jeszcze: kraina ochrowych pagórków, zapachu uryny i kurzu”. A jeszcze i to, że bez wikłania się w polityczne słowniki, autor rozprawia się tu z „Biegunami”, i w ogóle z nowoczesną manią ruchu, odkrywając ich podziemny, bagnisty nurt. Chciałoby się, żeby to meandrujące pisanie się nie kończyło, bo to nie jest tylko książka, to jest ruch stylu, który drąży w materii. Zróbcie sobie – no, to nie jest przyjemność, to jednak coś całkiem innego, ale zróbcie sobie to.

Jerzy Pilch (1952-2020)

Chyba to od felietonów w „Polityce” mi się zaczęło, bo to przez nie trafiłem i na „Tygodnik Powszechny”, i na Thomasa Manna, i na Płatonowa, którego czytałem w pierwszej klasie liceum i chyba niewiele rozumiałem, choć jasne, że to była pretensjonalna szczeniacka fascynacja, bo sobie nawet kupiłem taką teczkę, a jak w niej nosiłem, nielegalnie jeszcze kupowane, flaszki, i się koledzy śmiali, to mówiłem, że mam na to wybitną literaturę, a „Monolog z lisiej jamy”, „Spic cudzołożnic”, a może najbardziej „Rozpacz z powodu utraconej furmanki” to były takie rzeczy, które na długo ustawiły dla mnie poprzeczkę tego, co w literaturze można robić, może dlatego później tak się złościłem na słabsze rzeczy, bo idolom młodości się łatwo nie wybacza, ale tak, był pierwszym pisarzem, którego przeczytałem w całości, i pierwszym, któremu uścisnąłem rękę, bo jak w liceum pojechaliśmy na wycieczkę do Wisły, to oczywiście wiedziałem, że to bez sensu, bo mieszka w Warszawie, ale się rozglądałem, bo co innego robić w Wiśle, i jak siedzieliśmy na herbacie w jakiejś knajpie, to najpierw mi serce zabiło i nogi zmiękły, potem dopiero zorientowałem się dlaczego, i choć raczej mocno nieśmiały, na tych miękkich nogach podszedłem, był znacznie wyższy, niż myślałem, ale że podszedłem to tyle, nic więcej nie miałem do powiedzenia, więc tylko wybąkałem: „Pan Jerzy Pilch?”, a on popatrzył i powiedział tak, jakby to było zaproszenie: „Będę oglądał mecz”, tego się nie zapomina.

Joanna, Władek i Andrzej 

Ponad rok temu usłyszałem gdzieś, że Andrzej Muszyński pracuje nad nową powieścią i zdążył wyrzucić już 200 stron maszynopisów, bo próbuje znaleźć odpowiedni język. A potem ukazało się „Bez”, historia Joanny i Władka, którzy nie mogą mieć dzieci. Powieść o bezdzietności? U Andrzeja nie ma żadnego „o”, jest za to fantastyczna, gęsta, i – to chyba dla mnie najważniejsze – całkowicie nieprzewidywalna proza. Książka miała premierę dwa tygodnie przed pandemią, pogadać udało się nam całkiem niedawno.

To nie jest dla mnie komfortowa sytuacja – nie jestem autorem, który lubi, jak mu się tematy narzuca. Natomiast kiedy zacząłem pisać książkę, zorientowałem się, że piszę o czymś, co wymyka się z rąk, zupełnie. W „Bez” jest opowieść o stracie, tylko nie wiadomo po czym. Nic nie ma, bo nigdy nie było.

Prognoza niepogody

Czy mem może mieć zatem coś wspólnego z esejem? „A jak najbardziej, jeszcze jak”, żeby zacytować pewnego wielce memetycznego papieża. Ale czy esej może stać się memem?

Chyba mogę się już przyznać, że od początku roku pracujemy nad „Prognozą niepogody” – zbiorem esejów o literaturze polskiej XXI wieku, oglądanej z perspektywy Nagrody Literackiej Gdynia, ale i innych punktów widzenia.

Zespół autorski jest tak zacny, że klękajcie narody: Agata Bielik-Robson, Olga Drenda, Julia Fiedorczuk, Magda Heydel, Jerzy Jarniewicz, Anna Kałuża, Eliza Kącka, Marta Koronkiewicz, Ryszard Koziołek, Zofia Król, Paweł Mościcki, Aleksander Nawarecki, Monika Ochędowska, Magda Pytlak, Tomasz Swoboda, Piotr Śliwiński. Redakcyjnie nad książką pracują: zespół Wydawnictwa Czarne, Ewa Polańska, Szymon Kloska et moi.

Premiera 12 sierpnia. Okładka (Tofu Studio), jaka jest, każdy widzi. Na pobudzenie apetytu jeden kawałek już był, teraz drugi:

Samo istnienie przekładu świadczy o wielojęzyczności, a więc o fundamentalnej prawdzie, że ludzie różnią się między sobą; zarazem dowodzi także istnienia przekładalności, czyli możliwości sprostania różnicy, zgody na to, że oto jest wokół nas wiele różnych sposobów rozumienia świata. Przekład to wyraźne opowiedzenie się przeciwko jednemu rozwiązaniu w jakiejkolwiek sprawie, a więc po prostu przeciwko totalitaryzmowi.

Takie to podsumowanie, 2 z 3

Takie to podsumowanie, część 2 z raczej 3. Wspominam czasem, że pisanie wypada najlepiej wtedy, kiedy co i jak się zgrywają, tzn. kiedy piszący wynajdują takie jak, które pasuje do tego jednego co. I kiedy przeglądam, co tam w mijającym roku, to olśnienie, bo nie jedna taka książka, a trzy. „Zdrój”, bo choć chciałoby się więcej, to Barbara Klicka porobiła w języku nacięcia, przy których rozwarstwia się on tak, że nie sposób już powiedzieć, czy to w środku, czy na zewnątrz, jak z tym ciałem chorym codziennym. „Nieradość”, to już obszernie pisałem, Paweł Sołtys pisze wciąż o braku, a ten język im obfitszy, tym bardziej wybrakowany. O „Feinweinblein” nie pisałem, Rafał Wawrzyńczyk pisał, trudno powiedzieć, o czym to jest, „Wujaszki” najpewniej o Polsce, ale czy to takie pewne, w każdym razie tego czegoś, o czym pisze Weronika Murek, nie byłoby bez tego złamanego języka, z elipsą, uskakującymi dialogami i postępującym zrzeczownikowieniem. Nie mówię, że to trzy najlepsze po polsku w tym roku, bo nie wszystko przeczytałem, do tego sporo tu prywaty, po co to komu, ale w tej wąskiej kategorii zaznaczył się tłok.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with literatura-polska.