All posts tagged with krytyka literacka

Czary z kiczu 

Jest w tym wiele niepowagi, a swoboda tej prozy sprawia, że chwilami można się w niej po prostu zagubić. Jednak poddanie się rytmowi tego zorganizowanego szaleństwa pozwala choć na chwilę wyrwać się z przymusów zwyczajnej rzeczywistości. I przynosi wiele przyjemności – Bawołek jest wytrawnym stylistą, który z prowincjonalnego kiczu wyczarowuje nadzwyczajne zdania. Nic dziwnego, że imię kobiety, za którą podążają bohaterowie większości opowiadań, to Eulalia

– w „Polityce” o „La petite mort” Waldemara Bawołka.

Krzyk, milczenie, inny głos 

Tak właśnie zarysowywałby się wybór: albo samotność, pozwalająca bezpieczne się wycofać i zachować własne życie, ale stracić powody, by żyć; albo zaangażowanie, niewygodne i nieprzewidywalne, aby uratować nie tylko innych, ale i siebie. Tyle że to wcale nie jest takie proste. Apolityczność może wydawać się bezpiecznym i łatwym wyborem, ale przecież wojen nie rozpętują wycofani naiwniacy w rodzaju Michaela K. i nie milczący Pasza odesłał chłopca do internatu. Ale role się odwracają i to właśnie na nim, bezpartyjnym mięczaku, spoczywa teraz zobowiązanie, aby przyprowadzić chłopca bezpiecznie do domu. Apolityczność staje się niezbędna, aby odkręcić katastrofalne skutki nadmiernego rozpolitykowania, które jest reakcją na apolityczną inercję, która jest niezbędna… Wydawałoby się, że z tego błędnego kręgu nie ma wyjścia. (…) Ściszony głos nie jest ani polityczny – bo nie tworzy konfliktów, ani apolityczny – bo nie rezygnuje z zaangażowania. Pozwalając na chwilę porzucić lęk, tworzy warunki do tego, żeby rozmawiać – słuchać i być wysłuchanym. Tak jak w chwili, gdy Pasza staje się mimowolnym świadkiem umierania młodego żołnierza, którego ostatnim życzeniem jest rozmowa z kimś z rodziny. Pasza więc dzwoni. „Naciska na guzik, słucha. I zauważa, że żołnierz też słucha”. Ale nikt nie odbiera, sygnał się przeciąga, a gdy Pasza mówi w myślach: „Odbierajcie telefon. Niech ktokolwiek odbierze. Dlaczego nikt nie odpowiada, gdzie wszyscy jesteście? Gdzie jest ktokolwiek? Gdzie jesteście?” – to staje się jasne, że nie mówi tylko o tym telefonie i o tym żołnierzu.

– w najnowszym „Tygodniku Powszechnym” piszę o tchórzostwie, nienawiści i ściszonym głosie przy okazji znakomitego „Internatu” Żadana.

O „Rozterkach śmierci” José Saramago

Magazyn Książki zamieścił moją opasłą rozprawę o „Rozterkach śmierci” Saramago, no dobra, nie opasłą i nie rozprawę, za to miałem sen, że książkę tak naprawdę przetłumaczyła studentka italianistyki, która dostała rękopis w spadku, i wcale jej nie przeszkadzało, że nie zna portugalskiego, a do tego wymyśliła, że poetyka pisarza domaga się usunięcia samogłosek w niektórych rozdziałach, w efekcie powstało dzieło intrygujące, acz nieczytelne, o czym donosiła mi ze smutkiem Magda Heydel, informując przy okazji, że powstaje właśnie zespół tłumaczy pod jej kierownictwem, który podejmie się tytanicznego wysiłku naprawienia przekładu, Magdzie też najwyraźniej nie przeszkadzała nieznajomość portugalskiego, ale hej, to był tylko sen, bo na jawie książkę przełożył Wojciech Charchalis i wszystkie samogłoski są na miejscu.

Księgi, optony i lekany 

W „Manaradze” Sorokin (powieść suchar, uprzedzam) fantazjuje, że niedługo będziemy czytać tylko na hologramach, a papierowe książki posłużą za podpałkę do grilla. W„Tygodniku Powszechnym” sprawdzam, jakie są szanse, że tak się stanie. Piszę o gwałtownym rozkwicie i nagłym spowolnieniu rynku e-booków, aplikacjach do czytania na wyścigi, Wattpadzie tworzącym alternatywny świat literacki, wciąż nieporadnej (oczywiście poza książką Łukasza Zawady) sztucznej inteligencji, która na razie uczy się czytać, a w pisaniu poziom Remigiusza Mroza osiągnie może za 30 lat, i o zapowiadanej epoce postpiśmienności. A że tekst jest na zupełnie materialnym papierze, to nie wszystkie ciekawe wątki się zmieściły, część z nich może uda się omówić w dzisiejszym „Światopodglądzie” Agnieszki Lichnerowicz w Tok FM, audycja zaplanowana na 15:40, ale podobno Sejm się wtrąca z nadzwyczajnym posiedzeniem, więc pora odjazdu może ulec zmianie.

Literatura na chorobowym 

O Mannie przeczytałem po raz pierwszy w felietonach Pilcha w „Polityce”, więc mam dodatkową uciechę, że mój pierwszy dłuższy tekst na tych łamach zaczyna się od Manna właśnie, za to kończy się gdzie indziej, i to chyba obiecujący sygnał, że jednak coś się w życiu zmienia, zachodzi postęp itd. Dla zwolenników epoki postpiśmiennej załączam poręczny przewodnik po tezach stawianych w tekście, choć bardziej by mi pasował ten ze słowami „you are like a little baby watch this”, bo Barbara Klicka w „Zdroju” chyba właśnie coś takiego mówi modernistycznym chłopcom przejętym, że odkryli w sobie kościutrupy.

Wirująca pianka

Dawno się tak dobrze nie bawiłem w literaturę, jak przy „Lucinelli” Lore Segal, tej powiastce z sewentisów o grupie nowojorskich pisarek i pisarzy, którzy zajmują się głównie imprezowaniem, romansowaniem i gadaniem, zażywają odpoczynku od przytłaczających zatrudnień w kolonii artystycznej Yaddo, udają, że się kłócą, są przewrażliwieni i zazdrośni o status, piszą raczej niewiele, ale nie o to tu chodzi, co oni robią, a czego nie robią, ale o tempo i lekkość, z jaką to wszystko jest podane, bo nie tylko bohaterowie są tu lekkiego ducha, ale sama książka niefrasobliwie traktuje takie sprawy, jak realizm, prawdopodobieństwo, ciągłość, motywacja itd., więc czemu miałby się tu nie pojawić Zeus albo i historyjka o tym, jak Lucinella co dzień kupuje nowy notes, żeby pisać wiersz, po czym chowa notes do teczki, aby odkryć, że ma już jeden notes itd., no więc tempo i lekkość, bo wizualizuje mi się ta książka jako słodka wirująca pianka, jakby beza, ale konsumować należy w ruchu, i nie mylić z czekoladą z nadzieniem z żelu owocowego, bo to zupełnie inne wrażenia, ale żeby było ciekawiej, to w tej niezbyt poważnej historii o pismakach przewija się prawie niezauważalnie jakiś cień, który może być tym cieniem, o którym pisze Barbara Kopeć-Umiastowska w posłowiu, czyli historią żydowskiej dziewczynki wychowywanej przez obcych ludzi, ale może to być też inny cień, w każdym razie sprawia to, że w wirującej lekkiej piance trafiają, powiedzmy, okruszki żytniego chleba razowego, a takie połączenie to jest już, przyznajcie, coś, a jeszcze żeby wziąć to kapryśne danie i odtworzyć je ze składników pochodzenia polskiego to jest już taka sztuka, że tak umie tylko Magda Heydel, i na szczęście to właśnie ona.

Żaden ranking, co najwyżej remanent

Książka, której długo nie chciałem przeczytać, ale w końcu przeczytałem

Każdy ma jakiś fantazmat literatury, ja mam taki, że w przedmowie Jana Parandowskiego do PIW-owskiego wydania „Pani Bovary” z 1984 roku (w przekładzie Anieli Micińskiej) przeczytałem, jak to Flaubert godzinami chodził po okolicy w poszukiwaniu odpowiedniego przymiotnika (dałbym cytat, ale nie mam jak sprawdzić, bo tamtą „Panią Bovary” dałem kiedyś byłej dziewczynie, jak się rozstawaliśmy, no niewiele wtedy z Flauberta rozumiałem, przyznaję). Czytałem to jakoś na początku liceum i pomyślałem: tak to mógłbym żyć. Później trafiłem gdzieś na wzmiankę o „Papudze Flauberta” Juliana Barnesa, ale jak to z fantazmatami bywa, nieświadomość dba o to, żeby ich zbyt zbyt pospiesznie nie weryfikować, więc Barnesa przeczytałem znacznie później. I srogo się rozczarowałem, bo miało być o Fluabercie, a było o Barnesie; jasne, wszystko zgrabnie i przewrotnie zrobione, ale nie tego przecież szukałem. Kiedy więc w 2011 roku ukazała się „Ręka Flauberta” Renaty Lis, to broniłem się rękami i nogami – a wszędzie wtedy o tej książce trąbiono, a może wcale nie trąbiono, tylko ja to tak zapamiętałem, bo im bardziej trąbiono, tym mocniej broniłem się rękami i nogami, żeby tego nie czytać, bo znowu się rozczaruję, znowu będzie o wszystkim, tylko nie o Flaubercie łażącym za przymiotnikami. Ale w końcu ile można się bronić: przeczytałem. I powiem wam tyle, że gdyby ta książka – fenomenalnie skonstruowana, bez pretensji do spójności, ale o spójną (i ogromną) wiedzę oparta; napisana z fascynacji osobą, ale ze świadomością, że ta osoba to przede wszystkim pisarski styl; budząca nieufność swoją nieufnością wobec nowoczesności, ale przez to prowokująca do najlepszej lektury, czyli niezgody; pełna błyskotliwych pomysłów, które w książce akademickiej byłyby rozpisane na trzy rozdziały, a tu spełniają się w jednej celnej metaforze – gdyby więc ta książka powstała, kiedy byłem w liceum, to mama najpewniej wywaliłaby mnie z domu, bo niechybnie bym sprawdzał, jak gueuloir, Flaubertowskie growlowanie, może brzmieć na żywo.

Książki, o jakich nigdy nie pisałem, a ostatnio trochę czytam

„Lodorosty i bluszczary” Jerzego Ficowskiego, w wyborze Jarosława Borowca, dopiero wyłoniły się spod choinki i pięknie wyglądają, a kilka na szybko przejrzanych stron obiecuje wiele radości, to może opowiem za jakiś czas. Ale najlepszą książką dla dzieci, jaka trafiła w moje ręce – a trochę ich w mijającym roku przeczytałem, choć to inne zupełnie czytanie – była „The Very Persistent Gappers of Frip”, kogoż by innego, George’a Saundersa (uwielbiam człowieka) z ilustracjami Lane’a Smitha. Śmieszna, trochę absurdalna, dydaktyczna, ale takiej dydaktyki nam potrzeba, historyjka o złośliwych morskich robaczkach obsiadających kozy, pół biedy, kiedy robaczki włażą na wszystkie kozy, bo kiedy włażą tylko na jedną, to na maleńskiej wyspie robi się nieprzyjemnie, na szczęście istnieją zdolne dziewczynki, które, jeśli trzeba, potrafią nauczyć się wędkować. Niech to ktoś przetłumaczy, będzie pod choinkę za rok. A na załączonym obrazku: koza, na którą wlazły robaczki.

Książki, które były niezłe, ale dajcie autorom dużo nagród i pieniędzy, bo kolejne rzeczy będą lepsze i już nie mogę się doczekać

Chodzi oczywiście o dwa debiuty, kozackie, bo skromne, choć autorka i autor spokojnie mieliby materiał na zrobienie cegieł, co pewnie lepiej by zrobiło ich portfelom. Tymczasem, trochę w duchu Darka Foksa, poszli we fragment, kawałek rzucony do czytania i gadania, rozwijania, uzupełniania. Czasem sobie myślę, że praca, która stoi za takimi dopracowanymi miniaturami, musi być koszmarna: że najpierw trzeba jednak tę cegłę napisać, żeby wszystko się zgadzało, a potem dopiero można się zabrać za przykrawanie. Ale nawet jeśli nie tomiszcza wrzucone do niszczarki, to za „Psami ras drobnych” Olgi Hund i „Fragmentami dziennika SI” Łukasza Zawady stoją wyraziste i zabawne pomysły, precyzyjne, ale zostawiające też miejsce na literackie zawirowania. No, chciałbym więcej takich konceptów, stąd do szanownych państwa jurorek i jurorów niniejszy wniosek.

Książka, którą przeczytałem w tym roku, ale nie rozumiem czemu

Powiecie, że to chciwość i wierszówki. Powiecie, że sentyment z czasów, gdy z gimnazjalnej biblioteki wypożyczałem „Tarota paryskiego” i „My zdies’ emigranty”, a panie bibliotekarki pytały, czy aby nie jestem na to za mały. Powiecie, że lecę na modne tematy, seks i AI. Powiecie, że przecież pasjami czytam słabą literaturę. Powiecie, że sobie ubzdurałem jakieś tekściwo do napisania, choć nie było o czym pisać. Wszystko, co powiecie, będzie prawdą, będzie nieprawdą, ale nie wróci mi dni spędzonych „Na linii świata” Manueli Gretkowskiej. (Okładki nie będzie).

Książka, o której było głośno, choć to trochę nieporozumienie

To znaczy tak, przekład Tomasza Gałązki to jest wciąż fantastyczna robota. I ta książka naprawdę była wydarzeniem w Stanach, nie tylko bestsellerem, ale też ważnym punktem w debacie. Ale im większy dystans, tym staje się jaśniejsze, że to w sumie rozbudowany argument typu: co te lewaki, ja wyszedłem z biedy i patrzcie. Takie myślenie wcale nie jest rzadkie, więc warto się mu przyjrzeć w rozbudowanej wersji, to jednak porządnie zrobiona książka, a nie post na fejsie. Ale żeby jakieś większe korzyści poznawcze stąd wynikały, to raczej nie.

Książka roku

Wciąż do kupienia w dobrych księgarniach.

Musze larwy żerują na cielsku historii 

Groza, makabra, śmierć. Makabra, groza, śmierć. Robactwo nocy trawi resztki kaszalociego cielska, które opadło na miasto i które jest miastem. Robactwo trawi ludzi, którzy w tym mieście żyli, a teraz są tylko mięsem, bo człowiek jest mięsem, a w człowieku nie ma nic poza mięsem, ale mięso nie jest człowiekiem, więc człowiek nie jest człowiekiem, tylko mięsem. Źli ludzie byli, są źli, dobrzy ludzie bywali, bywają źli, i zło unosi się nad światem. I żaden człowiek, który jest tylko mięsem, nie uszedł, nie ujdzie złu. Wszystko inne to ponure zwidy, senne majaki i nędzne żarty, a największym żartem są inni ludzie. Bo czym jest człowiek dla człowieka, mięsem, workiem bokserskim, niczym. Ludzie mogą człowieka jedynie zatruć, pognębić albo zgnieść. I człowiek nic na to nie poradzi, bo jest mięsem historii, na którym żerują inne robaki. Żeruję też ja, pasożyt literatury, który pisze jadem zawiści. (…)

(…) Skoro Twardoch jest jak Hollywood, to jest też jak przemysł kulturowy, który żywotne sprawy zamienia w ich nadające się do sprzedaży karykatury. Bo nie jest przecież tak – najwyższy czas odsłonić pasożytniczne karty – że wszystkie pomysły Twardocha są mi z gruntu niemiłe. W końcu z Żor do Pilchowic jest godzina rowerem, a obaj moi dziadkowie też byli górnikami, choć nie byli Ślązakami, bo w ogóle rodzinnie jestem raczej skundlony, więc też niechętnie zakładam tożsamościowe mundury. Ale kiedy czytam o tym wszystkim w powieściach Szczepana Twardocha, to odnoszę wrażenie, jakby trapiące mnie kwestie trafiły nie do laboratorium literatury, ale do obwoźnego cyrku. Dlatego nie mam wyboru. Jestem pasożytem literatury, piszę jadem zawiści. To jest moje świadectwo.

– w „Dwutygodniku” piszę o „Królestwie” Szczepana Twardocha.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with krytyka-literacka.