All posts tagged with krytyka literacka

Nagroda Literacka m.st. Warszawy 

Taka sytuacja, że Nagroda Literacka m.st. Warszawy ma nowe jury. W składzie znalazły się: Justyna Sobolewska (jako przewodnicząca), Eliza Kącka, Anna Kramek-Klicka, Agnieszka Sowińska, Karolina Szymaniak, a także Jarosław Klejnocki oraz ja (w roli sekretarza). To taka drużyna, że przyjemnie będzie się spierać. Trochę zmienił się też regulamin nagrody, od tego roku jedna z kategorii nazywa się „warszawski twórca/warszawka twórczyni”.

Dla przypomnienia: nagroda jest przyznawana w pięciu kategoriach: proza, poezja, książka o tematyce warszawskiej, literatura dziecięca (tekst i ilustracje) i właśnie „warszawski twórca/warszawska twórczyni”. Zgodnie z dobrymi i godnymi praktykami, nagrody pieniężne otrzymują nie tylko laureaci, ale także (choć, wiadomo, niższe) nominowani. A łączna pula nagród lokuje NLW w czołówce polskich nagród literackich. Tak że tego, jeszcze o nas usłyszycie. A teraz zabieramy się czym prędzej do roboty, bo pani Dorota Stasiak z Biura Kultury donosiła niedawno, że będziemy mieli co czytać.

Coś dobrego 

Opowiadam to wszystko, pół mojego życia, żeby wyjaśnić, jak to się stało, że kiedy pewnego ranka przeczytałem kilka pierwszych stron „Normalnych ludzi” Sally Rooney, rzuciłem wszystko, co miałem w planach… A potem się męczyłem, czytając kolejne recenzje, nierzadko rozsądnych ludzi, którzy mieszali Rooney z błotem albo pogardliwie ją bagatelizowali. Traktowałem te recenzje osobiście, jakby chodziło o moją własną książkę, a jednocześnie nie mogłem na nie odpowiadać (bo pisałem własną książkę). Czas to nadrobić.

Jest mój dawno zapowiadany, wielgaśny tekst, w którym wyjaśniam, dlaczego „Normalni ludzie” to taka świetna książka (i świetny serial!), a przy okazji spowiadam się z młodzieńczej kochliwości.

Projekt „Twardoch” 

Obiecywałem sobie, że już wystarczy, ale Monika Ochędowska namawiała, to spróbowałem inaczej. W Tygodniku Powszechnym piszę o najciekawszej produkcji Szczepana Twardocha: „Szczepanie Twardochu” – multimedialnym work-in-progress lawirującym między Polską i Śląskiem, Warszawą i Pilchowicami, prawicą i lewicą, rozrywką i zaangażowaniem. Jest też o serialu (niezłym, choć jakby za bardzo doświetlonym) i o „Pokorze”, która wygląda jak krytyka wcześniejszych powieści i próba odejścia od ogranych schematów, choć wychodzi to różnie, bo jak się robiło warsztat na maczyzmie, to jak tu nagle pisać o przegrywie. Ciekawostka: chyba tylko jedna recenzja „Pokory” zwraca wprost uwagę, że to powieść o awansie społecznym. O czymś to świadczy, ale to już temat na inną okazję.

Nieczuła narratorka 

Rudzkiej chyba wcale nie chodziło o zrobienie wciągającej książki. Przyjemność, jaką można czerpać z powieści, jest raczej perwersyjna i polega na przyglądaniu się powolnej, choć nieuchronnej dekompozycji

– w Dwutygodniku piszę o „Tkankach miękkich” Zyty Rudzkiej. Że jest to powieść o dwóch sflaczałych chłopach, którzy dobiegają swoich dni, można by się spodziewać jakiegoś Schadenfreude, ale Rudzka jest bardziej okrutna, a przez to jej powieść ciekawsza niż doraźne komentarze.

Telenowela z miliardem bohaterów

(To notka napisana w ubiegłym roku, ale chyba nigdzie się nie ukazała).

Kiedy Kong Mingliang, starosta miasta Eksplozja, dowiaduje się, że jego żona urodziła syna, ze stalówki jego pióra wyrasta kwiat. Ale to nic, bo podpisane przez starostę dokumenty uzdrawiają chorych i przeciwdziałają suszy. Ale to wciąż nic, bo prywatna armia sformowana przez jego brata, Kong Mingyao, w trzy dni potrafi wybudować ogromną sieć metra i największe lotnisko na świecie. Jednak największym cudem w historii tego chińskiego miasteczka jest jego nadzwyczajny rozwój gospodarczy.

„Kroniki Eksplozji” Yan Lianke (przeł. Joanna Krenz) – napisane w 2013 roku, a teraz przełożone na język polski przez Joannę Krenz – są próbą oddania w mikroskali powojennej historii Chin, a szczególnie gwałtownego rozwoju, który od lat 60. wyprowadził kraj na pozycję drugiej największej gospodarki na świecie. Eksplozja jest górską wsią, której mieszkańcy, aby się wzbogacić, najpierw podkradają towary z przejeżdżających pociągów, a następnie wysyłają swoje córki do wielkich miast, aby tam trudniły się prostytucją. Od tego momentu idzie już z górki: niezmordowany sołtys, a potem burmistrz Kong Mingliang oraz jego specjalizująca się w przemyśle rozkoszy żona, Zhu Ying, doprowadzają Eksplozję do statusu metropolii.

Yan Lianke określa swoją metodę literacką mitorealizmem – poszukiwaniem prawdy pod powierzchnią zjawisk, które na pierwszy rzut oka są zbyt złożone i migotliwe, by dało się je zrozumieć. „Mamy dziś w Chinach nierzeczywistą rzeczywistość, nieistniejące istnienie, niemożliwe moż­liwe. Świat, w którym rządzą dziwne prawidłowości, niewidzialne i nienamacalne” – twierdzi autor. To stąd w „Kronikach Eksplozji” te wszystkie nadnaturalne zjawiska – przede wszystkim roślinność i ptactwo reagujące gwałtownie na silniejsze emocje bohaterów, a także groteskowe wyolbrzymienie postępów miasta, które potrafi rozrastać się z dnia na dzień.

Jednak nieprzypadkowo autor powołuje się we wstępie na „Sto lat samotności” Marqueza. „Kroniki Eksplozji” to przede wszystkim dzieje rodziny. Ważniejsze od polityki i ekonomii wydają się tu pragnienia, zazdrość i napady pożądania, wobec których muszą skapitulować racjonalne argumenty. Ponad 500 stron powieści można więc też czytać niemal tak, jak ogląda się rozpisaną na kilka sezonów telenowelę.

Sam autor, urodzony w 1958 roku Yan Lianke, to ciekawa postać. Przez ćwierć wieku pracował w wojskowym departamencie propagandy, kiedy jednak w latach 90. zaczął pisać powieści, niemal od razu zostały objęte cenzurą. Pomimo umiarkowanej aprobaty w kraju, międzynarodowa kariera pisarz rozkwitła. W 2014 roku otrzymał nagrodę Franza Kafki (skądinąd drugiego patrona mitorealizmu), dwukrotnie był nominowany do międzynarodowego Bookera (ostatnio właśnie za „Kroniki Eksplozji”), a przed rokiem „New Yorker” poświęcił pisarzowi obszerny reportaż. Wymienia się go wśród kandydatów do literackiego Nobla. W Polsce jest obecny zaledwie od maja, kiedy ukazał się jego „Sen wioski Ding”.

Trudno byłoby uznać „Kroniki Eksplozji” za próbę zadenuncjowania chińskiego ustroju. Jasne, autor bez skrępowania pisze o rozpanoszeniu korupcji, ale już o do poważniejszych win władz tylko nawiązuje, jak we wzmiance o „słynnym na cały świat placu Tian’anmen” czy w epizodzie z odrealnioną ofiarą z kilku tysięcy zakrwawionych nóg niezbędnych do wybudowania lotniska. Powieść jest raczej próbą zrozumienia własnego kraju i rządzących nim obsesji.

To niełatwe zadanie jest zarazem niezwykle fascynujące. Niedawno inny chiński pisarz, Ning Ken, postulując – zupełnie jak Yan Lianke – nowy gatunek literacki (nazwał go ultranierealizmem), twierdził, że tylko literatura może nam pomóc zrozumieć Chiny. „Żadna inna metoda się nie sprawdzi”.

Czego nie może cham

To może jeszcze o „Baśni o wężowym sercu”, bo podczytuję recenzje i czegoś mi w nich brakuje. (Ale że to sprawa dla tych, co już czytali, to chwila wstępu, szansa dla spoilerofobów, żeby się ratować). Nike, podobnie jak nominacja do Gdyni, były w punkt, bo to książka świetnie zrobiona, z akcją, dramaturgią, ale też z melancholijnym wątkiem miłosnym, może najważniejszym. Jest tu rytm, którego Rak nie odpuszcza i jak trzeba, dopełni go małym „tak” po średniku, żeby się zgadzało. Jest splot historii chłopstwa i historii Żydów, podobnie jak to było w „Księgach Jakubowych”, bo narrator Raka odrobił lekcję Benjamina, że historia jest pisana przez zwycięzców, więc trzeba ją czesać pod włos, żeby odkryć ślady pozostawione przez przegranych; ale wie też, ten narrator, że takie historie są tylko zmyśleniem, więc czasem się mnożą i nie wiadomo, która mogłaby być prawdziwa.

No ale jest rzecz chyba podstawowa, która jakoś umyka w omówieniach. Że oni się tam, mianowicie, zamieniają. Szela i Bogusz, cham i pan. Po całej tej mitycznej przygodzie, którą można by wziąć w nawias, wychodzi na to, że Szela, ten od powstania, to zdeklasowany pan, a Bogusz to nobilitowany chłop. Dla myślenia o rabacji ma to ogromne konsekwencje, bo okazuje się, że gniew i pychę, by rzucić się na istniejące stosunki społeczne, mają tylko panowie; chłopi natomiast tak mocno uwewnętrznili – zjedli i strawili – pański pogląd na nich samych, że sami z siebie nie są w stanie nic zrobić. Jest tu więc tak, jak w takiej ludowej nieświadomości, z której zdałem sobie niedawno sprawę przy okazji książki Garapicha, że jak się jest z biedy, a chiałoby się coś zdziałać w życiu, to się fantazjuje (i ja fantazjowałem), że się ma pańskich przodków gdzieś tam, nielegalnych, ale zawsze. Inaczej się nie da.

Ale w powieści Raka ma to dalsze skutki. Przemysław Czapliński (w Czasie Kultury) chyba nie zauważa tej przewrotki z zamianą ról, za to twierdzi, że po mitycznych wycieczkach Szela pozostaje niezmieniony, leje dzieci, żonę skazuje na śmierć, swój chłop. Tyle że to nieprawda. Bo dzieci leje i żonę morduje Bogusz, pan, tak samo zresztą jak lał i mordował chłopów. Natomiast Jakób sprzed przemiany to miły chłopak, i szlachetny, gotowy wziąć na siebie baty za starego Myszkę. I w ogóle świat chłopów u Raka, choć doświadczany niesprawiedliwością i nędzą, jest taką małą międzyludzką arkadią, gdzie wszyscy się o siebie troszczą. I to jest chyba rewers tej przewrotki: jeśli chce się odebrać chłopom zdolność do unoszenia się dumą, to trzeba przymknąć oko na ich porywczość, złość, gniew, ale nie dobry czy zły gniew (co to w ogóle za różnica), tylko gniew jako potencjalność, która może zadziałać tak czy siak. Rak tymczasem przywilej gniewu pozostawia panom. („Chodziło o zemstę za swoje krzywdy i ewentualnie chęć wzbogacenia się na rabunku. Serio, chcemy mieć takich bohaterów?”, mówi Rak w rozmowie z Wodecką, gdzie przyznaje się, że tę zamianę pana w chama to podświadomość mu zrobiła, jeszcze do tej rozmowy wrócę). Zresztą Szela po przemianie w pana pozostaje niezmieniony (Czapliński ma więc rację, ale nie tam, gdzie myślał): melancholijny, spolegliwy, nie bierze się za reformy społeczne, tylko chowa na parę lat w uzdrowisku. W sumie to wersja Twainowskiego „Księcia i żebraka”, ale bez nauczek z tej przemiany. Pan to pan, choćby cham; cham, choćby pan, wciąż cham. (Stanisław Krawczyk w „Małym Formacie” wyłapuje ten konserwatywny wydźwięk, ale na dowód podaje tylko kilka cytatów z narratora).

Sporo tych przewrotek, uporządkujmy. Pan: bywa okrutny, ale potrafi działać. Cham: nie bywa okrutny, więc nie potrafi działać. No więc stawką jest tu to, czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że lud sam potrafi się zorganizować i zawalczyć o swoje interesy. Rak chyba sugeruje, że nie bardzo. Podobnie sugerował Twardoch w Królu, gdzie lud żydowski był bezwolny i w sumie godny pogardy, bo w takim światopoglądzie działać może tylko silna jednostka. Pan, chłopski czy żydowski, ale pan.


Fot. Michał Asanka-Japołł, 1935, Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Tymczasem szykuje się nam rok wielkiej dyskusji o ludowej historii Polski (serio, z siedem książek na horyzoncie) i to pytanie będzie podstawowe. Czy lud potrafi sam działać. Tak się składa, że podobnie jak teoria umysłu – taki przywilej, którym obdarzamy jednych, z którymi chcemy gadać, a innych nie – hipoteza o sprawczości w dużej mierze określa to, co możemy zobaczyć: niemy tłumok czy działającego w swoim interesie człowieka. Co sobie założymy, to dostrzeżemy, bo materia historii jest obfita. Czy chłopi mogli być sprawczy? Czy mieli w sobie na tyle poczucie dumy, żeby poczuć urazę? Czy może tak uwewnętrznili swoją pozycję społeczną, że nic im nie pozostało? To jest w gruncie rzeczy pytanie o to, czy jest w nas coś takiego, czego nie da się zgnieść wielopokoleniową tresurą albo gigantycznym przemysłem rozrywki. Ale być może, żeby to zobaczyć, musimy też dopuścić i taką możliwość, że nasi chłopscy przodkowie byli również gwałtowni, przemocowi, okrutni, niesprawiedliwi. I że niekoniecznie walczyli o wielkie ideały, tylko o swoje pełne brzuchy. (Zobaczcie, że tak samo układa się dyskusja o Solidarności: czy to była walka opozycji demokratycznej, czy robotników, którzy chcieli mieć lepiej).

Rak nie ma racji, kiedy mówi w rozmowie z Wodecką: „to jest książka bardziej o XIX wieku niż o XXI, wtedy rzeczywistość się zmieniała, gdy cesarz doszedł do wniosku, że należy ją zmieniać, a nie wtedy, gdy do takiego wniosku doszedł Szela czy jego pan”. To jest powieść o XXI wieku (sam to zresztą pokazuje w stylu, który nie ukrywa swojej współczesności), a dzisiaj kwestia sprawczości jest równie trudna jak wtedy, a może i bardziej, bo XX wiek pozbawił nas paru złudzeń.

Dałoby się więc z Raka zrobić takiego konserwatystę, który robi wiele zamieszania o chłopstwo, a na końcu wykonuje przewrotkę, która całe to zamieszanie unieważnia. Ale coś mi się tu nie zgadzało. Bo za dużo tu jest tej świadomości, za dużo Benjamina i innych, i w ogóle cała ta maszyneria, która umożliwia tę powieść, pracuje wyraźnie przeciw konserwatyzmowi. I dopiero ten wywiad Wodeckiej mi to wyjaśnił (a ja sam żałuję, bo miałem to na liście pytań w Gdyni, ale nie zadałem): że Rak nie chce uwierzyć w swoją chłopską sprawczość i że sam, po tylu latach, po studiach, po książkach, po przeprowadzce, po Nike, sam w sobie wciąż zmaga się z tym poglądem, który jest poglądem panów. Że cham nic nie może.

Premiera „Prognozy niepogody” 

Już jest! „Prognoza niepogody. Literatura polska w XXI wieku”, a w środku znakomite pióra i jeszcze lepsi ludzie, którzy opowiadają o tym, co im się widzi w literaturze najnowszej. W Dwutygodniku można znaleźć dwa kawałki (Zofii Król i Magdy Heydel), a jeszcze jeden (Olgi Drendy) pojawi się na dniach. Czarne na tę okoliczność zrobiło promo na prozę współczesną, to od razu można sobie zweryfikować, co i jak. A o książce pogadamy 29 sierpnia w Gdyni.

I jeszcze jedno: „Prognoza” to jest też książka interaktywna – na końcu jest lista wszystkich tytułów nominowanych do Gdyni, te nagrodzone są podkreślone; 28 sierpnia wieczorem będzie można sięgnąć po ołówek i uzupełnić szlaczki za bieżący rok.

Prognoza niepogody

Czy mem może mieć zatem coś wspólnego z esejem? „A jak najbardziej, jeszcze jak”, żeby zacytować pewnego wielce memetycznego papieża. Ale czy esej może stać się memem?

Chyba mogę się już przyznać, że od początku roku pracujemy nad „Prognozą niepogody” – zbiorem esejów o literaturze polskiej XXI wieku, oglądanej z perspektywy Nagrody Literackiej Gdynia, ale i innych punktów widzenia.

Zespół autorski jest tak zacny, że klękajcie narody: Agata Bielik-Robson, Olga Drenda, Julia Fiedorczuk, Magda Heydel, Jerzy Jarniewicz, Anna Kałuża, Eliza Kącka, Marta Koronkiewicz, Ryszard Koziołek, Zofia Król, Paweł Mościcki, Aleksander Nawarecki, Monika Ochędowska, Magda Pytlak, Tomasz Swoboda, Piotr Śliwiński. Redakcyjnie nad książką pracują: zespół Wydawnictwa Czarne, Ewa Polańska, Szymon Kloska et moi.

Premiera 12 sierpnia. Okładka (Tofu Studio), jaka jest, każdy widzi. Na pobudzenie apetytu jeden kawałek już był, teraz drugi:

Samo istnienie przekładu świadczy o wielojęzyczności, a więc o fundamentalnej prawdzie, że ludzie różnią się między sobą; zarazem dowodzi także istnienia przekładalności, czyli możliwości sprostania różnicy, zgody na to, że oto jest wokół nas wiele różnych sposobów rozumienia świata. Przekład to wyraźne opowiedzenie się przeciwko jednemu rozwiązaniu w jakiejkolwiek sprawie, a więc po prostu przeciwko totalitaryzmowi.

Kończy się ta historia 

Historia tego czytania ma już siedem lat. Kiedy w 2013 roku ukazało się „Dzieciństwo Jezusa”, nie mogłem być bardziej podekscytowany. Coetzee od dawna należał do grona moich ulubionych pisarzy, wcześniej przeczytałem właściwie wszystko, co napisał, i sporo tego, co napisano o nim, popełniłem jeden czy dwa teksty akademickie na jego temat, ale „Dzieciństwo…” było pierwszą jego powieścią, którą czytałem od razu, jako nowość

– przy okazji publikacji „Śmierci Jezusa” odnotowuję kilka pytań, z którymi pozostawia mnie trylogia Joxna Maxwella Coetzee’ego.

Sally Rooney, „Normalni ludzie” 

W Polityce moja notka o „Normalnych ludziach” Sally Rooney, okrzykniętej przez anglojęzyczne media „pierwszą wielką powieściopisarką pokolenia milenialsów”. Tutaj fragment, który nie zmieścił się na papierze:

Wśród literackich powinowatych Rooney wymienia się Kanadyjkę Sheilę Heti i Amerykanina Bena Lernera, czasem wspomina się Michela Houellebecqa, sama pisarka odwołuje się chętnie do George Eliot. Jednak trudno mi się oprzeć wrażeniu, że oszczędny, analityczny styl Rooney w połączeniu z jej wyczuleniem na złożone i niejednoznaczne relacje władzy sytuują ją niedaleko J.M. Coetzee’ego, autora Hańby czy Zapisków ze złego roku. Czytani razem, boomer i milenialka pokazywaliby, że wiek to tylko jedna z przewag, którymi posługujemy się w społecznych starciach.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with krytyka-literacka.