All posts tagged with koniec swiata

Klimat i koniec świata 

Kiedy Filip Springer zapytał, czy bym nie chciał trochę pogadać o klimacie i apokalipsie, to pewnie, że chciałem. Znaczy się o tym, dlaczego chętnie sięgamy po koniec świata, kiedy próbujemy sobie wyjaśnić kryzys klimatyczny, w jakie tarapaty nas to wpędza. No i jak moglibyśmy sobie opowiedzieć to wszystko inaczej. W Radio TOK FM właśnie ukazały się cztery odcinki audycji „Zmieniamy opowieść. Kryzys klimatyczny jako kryzys wyobraźni”, za który odpowiadają Climat-KIC Polska i Szkoła Ekopoetyki. Gadają Andrzej Marzec, Magdalena Budziszewska, Marta Marczuk, no i ja. Jak to nagrywałem, to mało się nie udusiłem przed mikrofonem, a jeśli tego nie słychać, to zasługa Krisa Wawrzaka i Sławka Sobczyka ze studia Efektura oraz Dyby Lach.

Armagedon i paranoja

Przemysł nuklearny po upadku Związku Radzieckiego: „Some scientists left to seek jobs abroad. Others set up specialist businesses in an attempt to turn their knowledge into commercial profit: one group offered to destroy waste of all kinds by incinerating it with thermonuclear blasts 2,000 feet underground”. Świetna ta książka Braithwaite’a, niemal kompletna opowieść o bombie atomowej od II wojny światowej do wyboru Trumpa, z akcentem na zimną wojnę i relacje sowiecko-amerykańskie, z dodatkiem polityki brytyjskiej, w końcu autor był brytyjskim dyplomatą, i to nie byle jakim, bo ambasadorem w Moskwie w latach 1988-1992. I właśnie najciekawsze jest to, że grzebie (no, grzebie, ta książka ma kilkadziesiąt stron bibliografii, imponująca sprawa) też w dokumentach rosyjskich, próbując pokazać, że podobne pomysły, lęki i wyobrażenia funkcjonowały po obu stronach konfliktu. Dość niesamowite jest to, jak szybko w oficjalnych dokumentach broń nuklearna, ze wszystkimi mrocznymi skojarzeniami, została podmieniona na „deterrent”, czyli „straszak”, że musimy mieć swój straszak, żeby skutecznie równoważyć ich straszak, no łatwiej rozbudowywać bez ograniczeń swój zasób straszaków niż arsenał broni termonuklearnej. W „Guardianie” świetna recenzja Jonathana Steele’a, który chyba słusznie wskazuje, że Braithwaite trochę bagatelizuje ruchy antyatomowe i politykę państw, które zdecydowały się nie rozwijać własnych straszaków. Ale trzeba przyznać, że choć niewypowiedziana wprost, silna jest w tej książce myśl, że ta cała historia, która wcale się nie skończyła, jest jakimś gigantycznym nieporozumieniem, w które wszyscy się wpakowali, choć woleliby nie. No i są arcyciekawe przebitki o tym, jak kultura wpływała na kształtowanie polityki, jak to np. Reagan obejrzał pewnego wieczoru docudramat „The Day After” i tak to nim wstrząsnęło, że nabrał ochoty, żeby jednak się dogadać z Sowietami. Są też przepyszne anegdotki o doskonałym, precyzyjnym działaniu systemów kontroli arsenałów, jak to w 1979 roku amerykański komputer stwierdził, że Rosjanie wystrzelili rakiety balistyczne, więc amerykańskie rakiety postawiono w stan gotowości, bombowce skierowano na pasy startowe, a po sześciu minutach okazało się, że jednak nie, i była chryja, Kongres chciał wyjaśnień, obiecywano, że to tylko taki błąd, że się już nie powtórzy, powtórzył się po trzech latach, chryja nawet nie zdążyła się wywiązać, bo trzy dni później znowu to samo, obudzono Brzezińskiego, żeby ten może obudził Cartera, bo na Stany leci 250 pocisków, chwilę później miało ich już być 2200, w końcu okazało się, że jednak nie, Brzeziński nawet nie obudził żony. Tylko tak od 20 strony przerzuciłem się na oryginał, bo po polsku coś nie grało, czasem kalki z angielskiego, że trzeba się domyślać, jak to mogło lecieć przed tłumaczeniem, zupełnie jak w tej zimnowojennej paranoi.

Dead Don’t Die

Albo jak Murray pyta Drivera, skąd zna tę piosenkę, a Driver mówi, że to „theme song”. Albo jak Driver pyta Murraya, jak się ma, a ten pyta, czy improwizują. Albo jak Iggy Pop, w towarzystwie Sary Driver, kiedy już zrobi to, co robią zombiaki, wlewa w siebie dzbanek kawy. Albo jak Steve Buscemi ma czapkę z napisem „Keep America White Again”, tylko skąd Jarmusch mógł już wtedy wiedzieć, że Trump zatwittuje „Keep America Great” i będzie to hasło kampanii o reelekcję. Albo jak Selena Gomez wjeżdża do miasteczka i gwiazdki wyświetlają się nad jej głową, ale gra w sumie w czterech scenach, w czwartej dynda jej ta głowa. Albo jak zombiaki chodzą po mieście i marzą o tym, co lubiły za życia, i są takie, co chodzą ze smartfonami i mówią „wifi”, „bluetooth”, „siri”. Albo jak Hermit Bob zostaje pouczony, żeby już nie kradł kur, i odpowiada po prostu „Fuck off, Cliff”. Albo jak Frodo wyciąga broń na zombiaki i wiadomo, że to oko puszczone do Tarantino. Albo jak po Tildę Swinton przylatuje coś, i to chyba oko puszczone do „Fargo”, serialu, ale może przesadzam. Albo jak Danny Glover.

„Dead Don’t Die” jest jak absurdalny dowcip opowiedziany z kamienną twarzą, trzema twarzami, Billa Murraya, to wiadomo, Murray doprowadził tę metodę do doskonałości, ale i Adama Drivera, który jest w tym chyba jeszcze lepszy, i Tildy Swinton, ale ona bez konkurencji, a może największa w tym zasługa Chloë Sevigny, która musi się nagimnastykować, żeby kamienność tych twarzy wyeksponować. Choć te wszystkie chwyty, zombiaki, retrospektywy, metafikcje, zgrane setki razy, i na każdym meta poziomie, to zabawa jest fantastyczna. Też jakoś melancholijna, bo Jarmusch zrobił podsumowanie całej swojej twórczości, ale ostatecznie nie ma się co dziwić, w końcu zbliża się koniec, trzeba pakować manatki. This is all gonna end badly.

„Ostatni ludzie”

Taka sytuacja, że Wydawnictwo Czarne właśnie podpisało ze mną umowę na książkę (eseistyczną), „Ostatni ludzie” pojawią się w 2020 roku, a potem to już koniec, ale proszę nie wyciągać z tego pochopnych wniosków, że jeśli nie wystukam tych wszystkich znaków, to przyszłość będzie się dało jeszcze uratować.

Il. Bob May / CC BY-NC-ND 2.0 Il. Bob May / CC BY-NC-ND 2.0

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with koniec-swiata.