All posts tagged with film

„Niebo o północy”

„Niebo o północy”, czyli nowy Clooney na Netflixie, to jest taka historia, jakby ktoś postanowił zmiksować McCarthy’ego i Nolana, ale z „Drogi” zapamiętał tylko, że mężczyzna, dziecko, idą, a z „Interstellar”, że coś ze statkiem kosmicznym, i nie chciało mu się sprawdzać, co to tam dokładnie było. Sam film jest tak pomysłowy, że fabuła musi się podpierać atakami wilków i chmurami kosmicznej zmarzlizny wyskakującymi znienacka, a cała główna intryga (by nie zdradzać za wiele) niesie ze sobą przyjemności wzięte z telenoweli. Clooneyowi nie chce się nawet wymyślać, co tu pozamiatało ludzkość, choć dzisiaj byłoby z czego wybierać, w zamian daje tylko jakieś zgrane obrazki o postępującym skażeniu powietrza. Jasne, historia jest pozornie beznadziejna, bo co tu opowiadać, kiedy wszystko na początku pozamiatane, i świat się skończył, i bohater umiera, ale istnieje kilka niezłych przykładów na to, że da się jednak coś wymyślić, taki zakurzony już „Ostatni brzeg” Neville’a Shute’a, nawet nie mówię o „Melancholii” von Triera (będzie o tym cały rozdział w „Ostatnich ludziach”). Tymczasem wielkie przerażone oczy, którymi Clooney próbuje ogrywać cały swój film (i które, zdawało się, parodiował w „Mężczyźnie, który gapił się na kozy”), to niby reakcja na zbliżający się koniec, ale tak naprawdę na to, że coś by trzeba w tym filmie może opowiedzieć, ale, cholercia, zapomniał wymyślić co.

Parasite

Spektakularny oscarowy sukces „Parasite’a” – w ogóle to fajnie, że film z Korei dostał tyle ważnych nagród itd. – nasuwa mi dwa wnioski. Jedej jest trochę niepokojący, że być może członkowie akademii filmowej tak sobie wyobrażają biedę; że to trochę śmieszne i trochę żałosne, to jeszcze pół biedy, rymowałoby się z pisaniem Saundersa („bylim na dnie i jeszcze spadlim”), współczuciem, zrozumieniem, ale też nabijaniem się z tego, jak to nieszczęście goni nieszczęście; ale że mieszka się w piwnicy i czasem pomyli delicje z psim żarciem, choć jak trzeba, to bez problemu wskakuje się w rolę tutorów, kierowców i gospoś – to już bardziej podejrzane, bo oznaczałoby, że bieda jest jakimś wyborem, czasem utrudnionym, pewnie, ale wyborem, i biedacy, jak potrzeba, ubiorą się elegancko i wysłowią elokwentnie, a jak się nie ubierają i nie wysławiają, to najwyraźniej nie chcą, sami sobie zasłużyli; pewnie tak trzeba, trochę śmiechu, trochę oswojenia, żeby ktoś w ogóle chciał patrzeć, ale kiedy to oswajanie idzie za daleko, to nic już z tego nie wynika. Wniosek drugi, że wysyłamy do Ameryki te wszystkie zimne wojny i boże ciała, a potem się okazuje, że najprędzej mogłoby chwycić to, co skrzętnie ukrywamy.

Dead Don’t Die

Albo jak Murray pyta Drivera, skąd zna tę piosenkę, a Driver mówi, że to „theme song”. Albo jak Driver pyta Murraya, jak się ma, a ten pyta, czy improwizują. Albo jak Iggy Pop, w towarzystwie Sary Driver, kiedy już zrobi to, co robią zombiaki, wlewa w siebie dzbanek kawy. Albo jak Steve Buscemi ma czapkę z napisem „Keep America White Again”, tylko skąd Jarmusch mógł już wtedy wiedzieć, że Trump zatwittuje „Keep America Great” i będzie to hasło kampanii o reelekcję. Albo jak Selena Gomez wjeżdża do miasteczka i gwiazdki wyświetlają się nad jej głową, ale gra w sumie w czterech scenach, w czwartej dynda jej ta głowa. Albo jak zombiaki chodzą po mieście i marzą o tym, co lubiły za życia, i są takie, co chodzą ze smartfonami i mówią „wifi”, „bluetooth”, „siri”. Albo jak Hermit Bob zostaje pouczony, żeby już nie kradł kur, i odpowiada po prostu „Fuck off, Cliff”. Albo jak Frodo wyciąga broń na zombiaki i wiadomo, że to oko puszczone do Tarantino. Albo jak po Tildę Swinton przylatuje coś, i to chyba oko puszczone do „Fargo”, serialu, ale może przesadzam. Albo jak Danny Glover.

„Dead Don’t Die” jest jak absurdalny dowcip opowiedziany z kamienną twarzą, trzema twarzami, Billa Murraya, to wiadomo, Murray doprowadził tę metodę do doskonałości, ale i Adama Drivera, który jest w tym chyba jeszcze lepszy, i Tildy Swinton, ale ona bez konkurencji, a może największa w tym zasługa Chloë Sevigny, która musi się nagimnastykować, żeby kamienność tych twarzy wyeksponować. Choć te wszystkie chwyty, zombiaki, retrospektywy, metafikcje, zgrane setki razy, i na każdym meta poziomie, to zabawa jest fantastyczna. Też jakoś melancholijna, bo Jarmusch zrobił podsumowanie całej swojej twórczości, ale ostatecznie nie ma się co dziwić, w końcu zbliża się koniec, trzeba pakować manatki. This is all gonna end badly.

„Pierwszy człowiek” i lekarstwo na raka

Dopadła mnie grypa, a dla przezwyciężenia rozmemłania lubię sobie obejrzeć budujący film, żeby nie zapomnieć, czym jest rozum i godność człowieka, kiedyś pewniakiem były filmy o angielskich królowych, ale widziałem już chyba wszystkie, więc wczoraj trafiło na „Pierwszego człowieka”, w końcu historia o lądowaniu człowieka na Księżycu musi być budująca, nie? Nie musi. Co się okazało już w pierwszych scenach, kiedy Neil Armstrong próbuje uratować swoją córkę przed śmiercią, ale nic nie może zrobić. Widzieliście to już pewnie dawno, więc wiecie, że to w zasadzie najważniejszy wątek tego filmu, milczenie o zmarłej córce staje się coraz ważniejsze, a cała historia z lądowaniem na Księżycu okazuje się cokolwiek skomplikowanym, ale jednak procesem żałoby. Reżyser, Damien Chazelle, nie pomija w tej historii głosów sprzeciwu wobec programu podboju kosmosu, jest więc fantastyczna scena z Gilem Scottem-Heronem (zagranym przez Leona Bridgesa) recytującym „Whitey on the Moon”, jest Kurt Vonnegut mówiący w telewizji, że zamiast lotów na Księżyc wolałby Nowy Jork, w którym dałoby się przyzwoicie żyć. Ostatecznie jednak, pomimo krytyki i wszystkich kosztów, jakie ponosi Armstrong, jego rodzina i współpracownicy, film pokazuje pierwsze kroki na Księżycu jako triumf, w końcu nie robi się filmu o astronautach, jeśli samemu się trochę nie jara astronautami. Ale przy napisach końcowych zacząłem myśleć, że w historii o córce Armstronga, Karen, która zmarła w wieku dwóch lat na raka mózgu, coś pozostaje niedopowiedziane. Więc posprawdzałem liczby i wyglądają one tak, że na programy lotów załogowych Mercury, Gemini i Apollo USA wydało łącznie, w ciągu 15 lat ich trwania, blisko 22 miliardy USD (na dzisiejsze byłoby to około 118 mld USD). Tymczasem kiedy dwa lata po lądowaniu Armstronga i Aldrina na Księżycu Richard Nixon podpisał National Cancer Act, czyli pierwszą ustawę przyznającą spore środki federalne na badania nad leczeniem nowotworów, to ta zawrotna kwota wyniosła 700 milionów USD. Jasne, wtedy jeszcze nie do końca było wiadomo, co i jak z tym rakiem (pisze o tym Siddhartha Mukherjee w świetnym „Cesarzu wszech chorób”), było natomiast wiadomo, że loty w kosmos to właściwie aktywna wojna ze Związkiem Radzieckim. No niby tak, ale. W filmie Chazelle’a jest scena, kiedy żona Armstronga, Janet (Claire Foy, lepiej znana jako angielska królowa, sami widzicie), opieprza kierownika projektu Apollo i mówi, że to wszystko tylko zabawa dużych chłopców. Natomiast National Cancer Act nie powstałby bez nacisków Mary Lasker. Nie daje mi spokoju myśl, jak mógłby wyglądać dzisiaj świat, gdyby pół wieku temu, zamiast bawić się w kosmiczne „kto dalej siknie”, skupiono się na mniej męskich rozrywkach.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with film.