All posts tagged with feminizm

O Roxane Gay w „Miesięczniku ZNAK” 

Jeśli Roxane Gay faktycznie jest naj-lep-sza, to dlatego, że sama na sobie doświadcza złożoności świata, o którym pisze: kobieta, czarna (ale z korzeniami na Haiti), potomkini imigrantów, otyła, biseksualna, świetnie wykształcona, z problemami, trudną przeszłością, ale i z kochającą rodziną, erudytka z pasją śledząca chyba wszystkie reality shows, jakie nadają w telewizji.

– w nowym, śląskim numerze Miesięcznika ZNAK piszę o Roxane Gay, „Głodzie”, otyłości i społecznej nienawiści, którą nienawidzimy samych siebie, licznych poziomach splątania w „Histeryczkach”, zaangażowaniu i polityce tożsamości, kiedy nie ma się jednej tożsamości.

O patriarchach i „Utopku”

W Krakowie na Rynek zawsze najdalej, więc jak już odebrałem Kwartalnik Herito, to od razu dwa numery. W słynnym już, tym o kobietach Europy Środkowej, śledzę wspólne wątki w kilku powieściach o kryzysie i upadku patriarchalnej rodziny, natomiast w tym najnowszym, trzydziestym piątym, piszę o „Utopku” Leszka Libery, która to książka sprawiła mi wiele uciechy, a nawet byłbym skłonny zaryzykować, że to najlepsza rzecz, jaką czytałem od dawna, i najciekawsza powieść napisana w ostatnich latach w Polsce i przez Polaka, cóż, że po niemiecku.

Ta dekonstruująca – czy raczej: queerująca – tożsamości maszyna operuje przede wszystkim na poziomie języka. W nieokiełznany sposób zmieniają się tu perspektywy – wystarczy wspomnieć, że drugim obok Buksa narratorem jest beczka, a oboje chętnie przyjmują punkt widzenia innych postaci. Porządek fabularny jest raczej aleatoryczny – opowieść niby rozwija się zgodnie ze schematem Bildungsroman, ale właściwie donikąd nie zmierza, raczej zagęszcza kłącza rozmaitych wątków. Zdania prześlizgują się przez arbitralne granice kolejnych rozdziałów, a opowieść dodatkowo komplikuje się co jakiś czas za sprawą metanarracyjnych wtrętów. Na to nakłada się szalona, epicko zrytmizowana różnorodność rejestrów stylistycznych: od najbardziej wulgarnego, pełnego rzygów i pierdnięć, przez ściśle naukowy, w którym referuje się odmiany rozmiękania mózgu czy przypadłości jelitowych, aż po historiozoficzny. Te z kolei opierają się na nieustającej oscylacji języków: polskiego i niemieckiego, które – choćby w naprędce zmienianych nazwach miejscowości i rzek – ujawniają swoje nieoczekiwane zbieżności, a dla nieuprzedzonych uszu Buksa są po prostu dwiema odmianami tego samego lokalnego narzecza. Dwujęzyczność komplikuje się zresztą również na poziomie autorstwa: „Utopek” został brawurowo przełożony przez Sławę Lisiecką z języka niemieckiego, tyle że autor – Leszek Libera – jest profesorem polonistyki na Uniwersytecie Zielonogórskim. Polakiem? W świetle tego, co „Utopek” wyprawia z tożsamościami – to wcale nie takie oczywiste.

„Pierwszy człowiek” i lekarstwo na raka

Dopadła mnie grypa, a dla przezwyciężenia rozmemłania lubię sobie obejrzeć budujący film, żeby nie zapomnieć, czym jest rozum i godność człowieka, kiedyś pewniakiem były filmy o angielskich królowych, ale widziałem już chyba wszystkie, więc wczoraj trafiło na „Pierwszego człowieka”, w końcu historia o lądowaniu człowieka na Księżycu musi być budująca, nie? Nie musi. Co się okazało już w pierwszych scenach, kiedy Neil Armstrong próbuje uratować swoją córkę przed śmiercią, ale nic nie może zrobić. Widzieliście to już pewnie dawno, więc wiecie, że to w zasadzie najważniejszy wątek tego filmu, milczenie o zmarłej córce staje się coraz ważniejsze, a cała historia z lądowaniem na Księżycu okazuje się cokolwiek skomplikowanym, ale jednak procesem żałoby. Reżyser, Damien Chazelle, nie pomija w tej historii głosów sprzeciwu wobec programu podboju kosmosu, jest więc fantastyczna scena z Gilem Scottem-Heronem (zagranym przez Leona Bridgesa) recytującym „Whitey on the Moon”, jest Kurt Vonnegut mówiący w telewizji, że zamiast lotów na Księżyc wolałby Nowy Jork, w którym dałoby się przyzwoicie żyć. Ostatecznie jednak, pomimo krytyki i wszystkich kosztów, jakie ponosi Armstrong, jego rodzina i współpracownicy, film pokazuje pierwsze kroki na Księżycu jako triumf, w końcu nie robi się filmu o astronautach, jeśli samemu się trochę nie jara astronautami. Ale przy napisach końcowych zacząłem myśleć, że w historii o córce Armstronga, Karen, która zmarła w wieku dwóch lat na raka mózgu, coś pozostaje niedopowiedziane. Więc posprawdzałem liczby i wyglądają one tak, że na programy lotów załogowych Mercury, Gemini i Apollo USA wydało łącznie, w ciągu 15 lat ich trwania, blisko 22 miliardy USD (na dzisiejsze byłoby to około 118 mld USD). Tymczasem kiedy dwa lata po lądowaniu Armstronga i Aldrina na Księżycu Richard Nixon podpisał National Cancer Act, czyli pierwszą ustawę przyznającą spore środki federalne na badania nad leczeniem nowotworów, to ta zawrotna kwota wyniosła 700 milionów USD. Jasne, wtedy jeszcze nie do końca było wiadomo, co i jak z tym rakiem (pisze o tym Siddhartha Mukherjee w świetnym „Cesarzu wszech chorób”), było natomiast wiadomo, że loty w kosmos to właściwie aktywna wojna ze Związkiem Radzieckim. No niby tak, ale. W filmie Chazelle’a jest scena, kiedy żona Armstronga, Janet (Claire Foy, lepiej znana jako angielska królowa, sami widzicie), opieprza kierownika projektu Apollo i mówi, że to wszystko tylko zabawa dużych chłopców. Natomiast National Cancer Act nie powstałby bez nacisków Mary Lasker. Nie daje mi spokoju myśl, jak mógłby wyglądać dzisiaj świat, gdyby pół wieku temu, zamiast bawić się w kosmiczne „kto dalej siknie”, skupiono się na mniej męskich rozrywkach.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with feminizm.