All posts tagged with esej

21 groszy od słowa 

Miałem to napisać do pierwszego Dwutygodnika po powrocie, więc tylko trzy miesiące obsuwy, ale tak naprawdę miałem to napisać ponad dwa lata temu, i to już jakby gorzej, po drodze oczywiście mnóstwo poważnych wymówek, kręgosłup siadł (żeby raz), przewkleły katar, chłody, upały, zamknęli gazetę, otworzyli gazetę, to jakby trochę zamieszania, też trema, wypadałoby z czymś większym wrócić, a jak już raz wpadnę w taką spiralę, to się nigdy nie kończy, i najsilniejsza obawa, że jak tak otwarcie o pieniądzach rozmawiać, to kłopotliwe, zawsze są z tego kwasy, ale jak bliska mi osoba, kiedy gadaliśmy o pieniądzach z pisania, powiedziała, że może bym jednak zmienił branżę, no, to już usiadłem i napisałem, a jest to taki tekst, że raczej nie wiem, niż wiem, stanowiska się zderzają, najwięcej jest liczenia, przeliczania, wyceniania, choć jest coś takiego, pewnie nigdy wam tego nie mówiłem, ale jak coś czytam albo oglądam i bohaterowie wpadają w tarapaty, to zawsze najbardziej się obawiam, czy będą mieli za co żyć, rany, czy wystarczy im na jedzenie, na mieszkanie, jak wystarczy, to będzie dobrze, ale martwić by się trzeba raczej o co innego, za co on, ona żyje, że taką powieść pisze, takie zdania, ile te zdania w ogóle kosztują, no, to sprawdziłem.

Hourras et désarrois

Z francuskim to jest raczej trudna relacja, bo uwielbiam, podziwiam, jak ktoś mówi po francusku, to od razu wydaje mi się lepszym człowiekiem, ale choć uczyłem się łącznie chyba z dekadę, to specjalnie się nie nauczyłem i na wyższy stopień człowieczeństwa nie ma już co liczyć. Ale nadzieja, jak wiadomo, to uparte bydlę, i takie radości czasem się zdarzają, jak książka “Hourras et désarrois. Scènes d’une guerre culturelle en Pologne”, zbiór esejów pod redakcją Agnieszki Żuk, który ukazał się właśnie we Francji nakładem Noir sur Blanc i w którym to zbiorze raport z wojenki polsko-polskiej zdaje znakomite grono komentatorek i komentarów, sami zobaczcie (a daję tylko próbkę): Kaja Puto, Dariusz Kosiński, Przemysław Czapliński, Iwona Kurz, Mikołaj Grynberg, Agnieszka Graff, Karol Sienkiewicz, Stach Szabłowski, Aleksandra Małecka, Olga Drenda, Piotr Marecki, Jan Sowa. W takim towarzystwie, że spąsowieć można, i w tekściku, który w spisie treści wygląda na finałowy, próbuję się z paroma stereotypami, obrazami i historyjkami, które coś o Polsce mówią, choć raczej Polskę wymyślają, tyle że na sposób polski, no, liczne warstwy i zapętlenia, w przekładzie Katii Vandenborre, która na chwilę i złudnie, ale jednak uczyniła mnie lepszym człowiekiem, a jednocześnie wprowadziła do francuszczyzny rzeczownik pospolity „janusz”, początek leci tak: „Janusz a la cinquantaine. Il a une moustache, des joues vermeilles et un gros ventre”. A końcówka, tak jak ją pisałem, po prostu, po polsku, ale z serca, tak:„W dniach, w których powstawał ten tekst, moja żona ani razu nie wspomniała o Polsce. Pogoda była zmienna, raz lepsza, raz gorsza. Nie słyszałem, żeby na osiedlu ktoś narzekał na kolej czy urzędników. Spotkałem jednego mężczyznę, który wyglądał jak Janusz – miał wąsy, brzuch i nawet koszulę w kratę – ale był ujmująco uprzejmy i wnuczce, którą trzymał za rękę, tłumaczył, że psy szczekają, kiedy się boją”.

Szwedzki praszczur 

Z kolei w periodyku „Książki. Magazyn do czytania” tekścik waszego pokornego itd. o intrygująco obsesyjnej pozycji „Dzieci Kazimierza” Michała P. Garapicha, która to książka nie jest o dzieciach żyjących na krakowskim Kazimierzu, lecz o licznym potomstwie pradziada autora, w związku z czym nasuwają się pytania, czy my wszyscy jednak z pana, a nie z chama, więc dzielę się i ja rodzinną historyjką, jak to jestem dziedzicem szwedzkiego tronu, ale raczej wolę kundle. Dedykuję najprzekorniej nameste, autorowi słynnego „Manifestu kundla”.

Krzyk, milczenie, inny głos 

Tak właśnie zarysowywałby się wybór: albo samotność, pozwalająca bezpieczne się wycofać i zachować własne życie, ale stracić powody, by żyć; albo zaangażowanie, niewygodne i nieprzewidywalne, aby uratować nie tylko innych, ale i siebie. Tyle że to wcale nie jest takie proste. Apolityczność może wydawać się bezpiecznym i łatwym wyborem, ale przecież wojen nie rozpętują wycofani naiwniacy w rodzaju Michaela K. i nie milczący Pasza odesłał chłopca do internatu. Ale role się odwracają i to właśnie na nim, bezpartyjnym mięczaku, spoczywa teraz zobowiązanie, aby przyprowadzić chłopca bezpiecznie do domu. Apolityczność staje się niezbędna, aby odkręcić katastrofalne skutki nadmiernego rozpolitykowania, które jest reakcją na apolityczną inercję, która jest niezbędna… Wydawałoby się, że z tego błędnego kręgu nie ma wyjścia. (…) Ściszony głos nie jest ani polityczny – bo nie tworzy konfliktów, ani apolityczny – bo nie rezygnuje z zaangażowania. Pozwalając na chwilę porzucić lęk, tworzy warunki do tego, żeby rozmawiać – słuchać i być wysłuchanym. Tak jak w chwili, gdy Pasza staje się mimowolnym świadkiem umierania młodego żołnierza, którego ostatnim życzeniem jest rozmowa z kimś z rodziny. Pasza więc dzwoni. „Naciska na guzik, słucha. I zauważa, że żołnierz też słucha”. Ale nikt nie odbiera, sygnał się przeciąga, a gdy Pasza mówi w myślach: „Odbierajcie telefon. Niech ktokolwiek odbierze. Dlaczego nikt nie odpowiada, gdzie wszyscy jesteście? Gdzie jest ktokolwiek? Gdzie jesteście?” – to staje się jasne, że nie mówi tylko o tym telefonie i o tym żołnierzu.

– w najnowszym „Tygodniku Powszechnym” piszę o tchórzostwie, nienawiści i ściszonym głosie przy okazji znakomitego „Internatu” Żadana.

Gorąco, środek lata 

To oczywiście szantaż: opowiem wam o mojej umierającej matce. Mogę nie mieć nic do powiedzenia, mogę przynudzać, plątać się, bełkotać. Ale stoję nad trumną i przez tę jedną chwilę nie macie wyjścia – musicie mnie wysłuchać. Tak naprawdę wcale nie musicie – możecie potraktować mnie jak każdego szantażystę i nie podejmować negocjacji – wolicie jednak nie ryzykować, bo przecież sami, prędzej czy później, znajdziecie się na moim miejscu, więc na wszelki wypadek słuchacie. Ale skoro mam już waszą uwagę, to co właściwie mam powiedzieć, kiedy chcę powiedzieć tylko tyle: „Cierpię z powodu śmierci mamy” (Barthes).

– w „Dwutygodniku” mój esej o poetyce pisania o umieraniu.

Mieszają się światy

Literaturę najłatwiej dałoby się podzielić na tę, która pracuje na źródłach, faktach i wspomnieniach, oraz tę, której paliwem napędowym jest nieskrępowana wyobraźnia. Ale takie przeciwstawienia, choć bywają przydatne w katalogach wydawniczych, gdzie książki dzieli się na fiction i non-fiction, rzadko okazują się prawdziwe. I zwykle niewiele mają wspólnego z rzeczywistą pracą literacką. Śladami, powieść Dragana Velikicia, serbskiego pisarza i eseisty, a przez pewien czas ambasadora Serbii w Wiedniu, znanego w Polsce z trzech opublikowanych wcześniej książek (Casus Brema, Lufcik, Bonavia) – to taka próba zrekonstruowania historii, która nie może się udać bez wsparcia fikcji.

– w „Herito” (nr 31/2018) piszę o powieści Dragana Velikicia „Śladami” (przeł. Aleksandra Wielemborek).

Córki paranoików uratują świat 

W krajobrazie kulturowym zdominowanym przez przygnębiające dystopie i radykalny pesymizm każdy pomysł na pomyślną przyszłość wydaje się z gruntu podejrzany

– w „Dwutygodniku” piszę o tym, jak pesymizm stał się synomimem realizmu, dlaczego nie potrafimy wymyślić dla siebie lepszej przyszłości, czemu wszyscy jesteśmy paranoikami i co ma do tego wszystkiego monolog o miłości w „Interstellar”.

Bidoki wszystkich krajów 

Z pisaniem o biedzie wiąże się paradoks. Ona sama nie dysponuje środkami, żeby wkroczyć w sferę publiczną, bo też zajęcie w niej miejsca jest uwarunkowane pewnym poziomem kapitału – ekonomicznego bądź kulturowego. Lecz z tego samego powodu kiedy ktoś już opowiada o biedzie, to jednocześnie zaświadcza, że ją przekroczył

– w „Miesięczniku Znak” piszę o głośnej „Elegii dla bidoków” J.D. Vance’a w tłumaczeniu Tomasza Gałązki.

Słonecznik, powtórz, tęcza, pamiętaj 

„Stranger Things 2” nieustannie przekonuje, że pamięć jest największą wartością, a powtarzanie – najwłaściwszą jej realizacją. I zarazem brawurowo realizuje te zasady, bez najmniejszego skrępowania odtwarzając zgrane chwyty – do tego stopnia, że każda scena wywołuje nieodparte wrażenie déjà vu. I na tym można by poprzestać, gdyby nie fakt, że to wszystko tak dobrze się ogląda. Oraz że tak ostentacyjne, nachalne powtarzanie – wydaje się niezwykle symptomatyczne

– w „Dwutygodniku”, przy okazji drugiego sezonu „Stranger Things”, piszę o kulturze nostalgii, zanikającej niepamięci i przymusie powtarzania.

Niewiele 

Aby otucha oferowana przez literaturę była przekonująca, musi konfrontować z rzeczywistością. Tylko czy przeprowadzona z pełnym przekonaniem diagnoza może pozwolić sobie na błąd, który nazwalibyśmy nadzieją?

– w numerze tematycznym „Dwutygodnika” zatytułowanym OTUCHA mój tekst o literackim krzepieniu serc, ślepej uliczce literatury krytycznej i źle lokowanej nadziei. W numerze ponadto świetne artykuły m.in. Urszuli Zajączkowskiej, Jakuba Dymka, Jolanty Janiczak, Pawła Soszyńskiego.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with esej.