All posts tagged with esej

O Roxane Gay w „Miesięczniku ZNAK” 

Jeśli Roxane Gay faktycznie jest naj-lep-sza, to dlatego, że sama na sobie doświadcza złożoności świata, o którym pisze: kobieta, czarna (ale z korzeniami na Haiti), potomkini imigrantów, otyła, biseksualna, świetnie wykształcona, z problemami, trudną przeszłością, ale i z kochającą rodziną, erudytka z pasją śledząca chyba wszystkie reality shows, jakie nadają w telewizji.

– w nowym, śląskim numerze Miesięcznika ZNAK piszę o Roxane Gay, „Głodzie”, otyłości i społecznej nienawiści, którą nienawidzimy samych siebie, licznych poziomach splątania w „Histeryczkach”, zaangażowaniu i polityce tożsamości, kiedy nie ma się jednej tożsamości.

Ludowe historie wstydu 

Wśród wymarzonych – ale już bardziej w zasięgu niż jeszcze przed rokiem – skutków zwrotu ludowego mógłby być i taki, by uczeń szkoły średniej, zamiast zakuwać na lekcjach historii imiona królów i hetmanów, mógł opowiedzieć historię swojej babci. I dzięki temu lepiej zrozumieć, skąd się wzięły odruchy, które poruszają jego ciałem

– w „Tygodniku Powszechnym” piszę o tym, skąd się wzięły historie ludowe, dlaczego są takie niecierpliwe i czego właściwie od nas chcą.

Tajemnicze zjawienie Andrésa Barby 

Tymczasem w Dwutygodniku piszę o tajemniczym zjawieniu się Andrésa Barby (przekład, znakomity: Katarzyna Okrasko, objawienie polszczyźnie: Wydawnictwo Filtry), specjalisty od tajemniczych zjawień, a także o dzieciach, przemocy, zakrzywieniach języka i pożytkach z ignorancji.

Barba droczy się z oczekiwaniami czytelników. Konstruuje niby zwykłe, nieprzesadnie skomplikowane zdania, ale niepostrzeżenie wsuwa w nie składniki, które tam po prostu nie pasują.

Brzuch 

Prawdę mówiąc, na niczym innym tak się nie znam, jak na tym wstydzie. Ale jak długo można udawać, że to coś, co tak sterczy i uparcie wystawia się na widok, wcale nie istnieje? Jest to więc opowieść o brzuchu, o niezdrowych zwyczajach żywieniowych, o lęku przed głodem i obsesji jedzenia. Ale też opowieść o Hance, Albinie i Marianie, ich ciałach głodnych i nakarmionych na zapas. I o tym, czy nie chowamy w sobie alternatywnych historii, w których sprawy mogły potoczyć się znacznie gorzej. To długi tekst, choć podobno lekkostrawny, ale jeśli jesteście na diecie i możecie sobie pozwolić tylko na jeden kawałek, to niech to będzie ten:

Albina urodziła się w latach 20. ubiegłego wieku w niewielkiej wsi w pół drogi między Oświęcimiem a Kętami jako jedno z dziesięciorga dzieci, szybko straciła matkę, a macocha bardziej dbała o swoje potomstwo. Albina skończyła dwie klasy szkoły ludowej, podobno dyrektor placówki chciał, żeby uczyła się dalej, ale jej ojciec, mój pradziadek, na to nie pozwolił; do końca życia potrafiła wyrecytować wierszyk w esperanto, którego nauczyła się jako kilkuletnia dziewczynka. Albina nie była z tych nadmiernie narzekających, ale opowiadała, że pierwszy raz najadła się do syta, kiedy trafiła na roboty przymusowe.


Albina pierwsza od lewej, Marian drugi od prawej, rok nieznany

Koniec epoki dystansu 

Zdarzają się takie olśnienia, kiedy wszystko zaczyna się łączyć: antymaseczkowcy, zwalniani dziennikarze, wulgaryzmy skandowane na ulicach, kryzys klimatyczny, wolne sądy, cancel culture, Szymon Hołownia i kotleciki z boczniaka. W „Tygodniku Powszechnym” piszę o końcu epoki dystansu – kiedy nie działają już ironiczne żarciki, obiektywne komentarze i nawoływania do umiaru. I zastanawiam się, co teraz. (Przy okazji zdradzę, że ten tekst to mięsista, ale jednak połowa swojego pierwszego wcielenia, więc niewykluczone, że to dopiero początek).

Dwa fragmenty na zachętę:

Kiedy dziś pomyśli się o tym, że ten model – oprócz tego, że umożliwił loty w kosmos i powieści Flauberta – stał również za wyzyskiem kolonii oraz nieposkromioną eksploatacją zasobów naturalnych, chciałoby się krzyknąć po prostu „wypierdalać”. Kłopot polega na tym, że w Polsce jednym z pierwszych, którzy wpadli na ten pomysł, był Jarosław Kaczyński”.

Po końcu epoki dystansu dyskusje o świecie muszą się skomplikować. Kiedy nie można już fantazjować o bezpiecznej pozycji, na którą można by się wycofać, w spory trzeba wkładać więcej energii.

24/7 albo 8/24 

W końcu udało mi się znaleźć pracę, w której nikt nie oczekuje, że będę aktywny od samego rana, mogę za to nadrabiać wieczorami. Pisać i redagować można równie dobrze w środku nocy. Tak zresztą robi wiele autorek i wielu autorów, z którymi współpracuję – widzę to po godzinach nadania maili z tekstami. „Skończyłem”, 3:34. „Napisane”, 5:19. Dopiero niedawno przyszło mi do głowy, że może to nie przypadek. Może sowy, poddawane przez lata szkolnej i zawodowej tresurze, instynktownie szukają zawodów, które w końcu pozwolą im się wyspać?

– kiedy Miesięcznik Znak zaproponował, żebym napisał esej o spaniu i pracy, aż podskoczyłem z radości, bo w końcu mogłem opowiedzieć, jak męczyłem się przez lata, jak przysypiałem na stojąco w autobusie, jak przysypiałem na zajęciach, na które chodziło 5 osób, jak straciłem jedną i prawie drugą pracę, bo rano nie umiem. I nawet miałem ostatecznie obalić kapitalizm za to, że nie pozwala mi spać, ale odkryłem taki twist, że wyszło jak w tytule, czyli ciekawiej. W numerze do tego m.in. Eliza Kącka o tym, że sny to literatura, a Barbara Sadurska o butach, to wiecie, co robić.

Kaszel i żar 

No to jest, przerywana pokasływaniem spowiedź palacza, w której opowiadam o zastępczej miłości do małych tabletek z popiołu, Tommym Shelbym, który pięknie ćmi, paleniu w smutku i paleniu ze szczęścia, e-fajkach, które są niegodne, społecznych presjach, które kazały mi zapalić, i tych, które kazały mi rzucić, i o filmie „Thank You for Smoking”, który wyprodukowali kiedyś Musk i Thiel. Tekst do przeczytania w magazynie Pismo, gdzie Maria Machulska narysowała chyba ten kawałek: „Jak chce się zerwać z wieloletnią dziewczyną, to nie przebiera się w jej w plastikowy skafander z dolepioną do czoła niebieską diodą. Choć – jak się nad tym dobrze zastanowić – jeśli dziewczyna regularnie cię podtruwa i toksycznie od siebie uzależnia, to może i plastikowy skafander znajdzie usprawiedliwienie”.

A na foci wygrzebana z szuflady stara paczka po gauloises’ach, które kiedyś sprezentowała mi siostra i były najlepszymi fajkami na świecie, oraz zapałki z nieodżałowanej Migreny, którą zamknęli, chyba zanim zakazano jarania do kawy. I ja, lat dwadzieścia, palę pod Jagiellonką, jakby wszystko było jeszcze możliwe.

Premiera „Prognozy niepogody” 

Już jest! „Prognoza niepogody. Literatura polska w XXI wieku”, a w środku znakomite pióra i jeszcze lepsi ludzie, którzy opowiadają o tym, co im się widzi w literaturze najnowszej. W Dwutygodniku można znaleźć dwa kawałki (Zofii Król i Magdy Heydel), a jeszcze jeden (Olgi Drendy) pojawi się na dniach. Czarne na tę okoliczność zrobiło promo na prozę współczesną, to od razu można sobie zweryfikować, co i jak. A o książce pogadamy 29 sierpnia w Gdyni.

I jeszcze jedno: „Prognoza” to jest też książka interaktywna – na końcu jest lista wszystkich tytułów nominowanych do Gdyni, te nagrodzone są podkreślone; 28 sierpnia wieczorem będzie można sięgnąć po ołówek i uzupełnić szlaczki za bieżący rok.

„Cieśniny” Wojciecha Nowickiego

Piszę swoje, więc trochę mniej czytam na bieżąco, i dopiero teraz to odkrywam (na szczęście Zosia Król pisała w 2t i celnie), choć to od razu kłopotliwe, bo jemy z Wojtkiem w tej samej pizzerii i wydawnictwo też to samo, ale „Cieśniny”, no, co to jest za proza, obsesyjna, rozpędzona, z kilku motywów – epilepsji, łażenia, szaleństwa, rycia w ziemi, podziemnych wód – splatająca substancję gęstą i lepką, że jak się w niej zanurzyć, to już się tego łatwo nie zmyje. Jest w tym poczucie nadchodzącej katastrofy, nadchodzącej od dawna już, może od zawsze, to poczucie, że „Muchy wepchną się wszędzie, wypełnią mieszkania, będą obsiadywać ludzkie ciała, wcisną się do oczu i ust, aż się stanie jasne, że nie ma ratunku i kończy się czas człowieka”, bo też miejsca, które odkrywa Nowicki, są odwieczne i współczesne, jak ta „kraina u stóp gór, którędy fruwają plastikowe śmieci, gdzie sterczą wypalone drzewa; albo jeszcze: kraina ochrowych pagórków, zapachu uryny i kurzu”. A jeszcze i to, że bez wikłania się w polityczne słowniki, autor rozprawia się tu z „Biegunami”, i w ogóle z nowoczesną manią ruchu, odkrywając ich podziemny, bagnisty nurt. Chciałoby się, żeby to meandrujące pisanie się nie kończyło, bo to nie jest tylko książka, to jest ruch stylu, który drąży w materii. Zróbcie sobie – no, to nie jest przyjemność, to jednak coś całkiem innego, ale zróbcie sobie to.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with esej.