All posts tagged with dwutygodnik

Nowy „Ulisses” w Dwutygodniku (i na ścianie)

Ja już mam „Ulyssesa” w oryginale (dzięki, Agata!), a jak wy przygotowujecie się na nowy przekład Joyce’a? Do Dwutygodnika właśnie wjechał pakiet trzech tekstów, który powinien obsłużyć kilka dyskusji na ten temat. Przede wszystkim, autor nowego przekładu, Maciej Świerkocki, opowiada Adamowi Pluszce o tym, jak siedem lat przesiedział z Joyce’em i czy zamieniłby to na coś innego. Do tego przedrukowane (przekopiowane?) posłowie Piotra Pazińskiego, który czyta „Ulissesa” jako powieść przeciwko (jednoznacznym) tożsamościom. Wreszcie obszerny polemiczny esej Michała Pawła Markowskiego, w którym ten rozprawia się ze swoją młodzieńczą fascynacją „Ulissesem”, demitologizuje monolog wewnętrzny, upomina się o czytelniczą wolność, a na koniec chyba nawet odżegnuje się od literatury (przynajmniej tej nowoczesnej). Przypomnę tylko, że całe to zamieszanie pewnie nie byłoby możliwe, gdyby nie wydawnictwo Officyna, a ściślej nieoceniony wydawca Łukasz Urbaniak.

Historie ludowe w Dwutygodniku 

Nawet nie wiecie (a może właśnie wiecie, bo sami to przerobiliście), jak wiele dla mnie znaczy ten numer Dwutygodnika. Nie chodzi tylko o to, że dokładamy się tu do ludowego przewrotu w myśleniu o kulturze współczesnej. Albo że przy tej okazji autorki i autorzy mogą opowiedzieć o sprawach, na które dotąd nie było miejsca. Dla mnie ludowy numer Dwutygodnika do jakby domknięcie historii, która zaczęło się dawno temu w Żorach, prowadziła przez różne szkoły, a w końcu zaniosła mnie do tej redakcji. A teraz cały ten bagaż, który przez wiele lat wydawał mi się ciężarem, mogę w końcu wciągnąć na pokład, rozpakować i o nim opowiedzieć. A pracując przy tym numerze, po raz pierwszy, odkąd zajmuję się kulturą, poczułem, że zajmuję się czymś, co poznawałem całe swoje życie.

W numerze HISTORIE LUDOWE:

🔥 Jakub Zgierski pisze o trudno gojącej się bliźnie po wiekach pańszczyzny i o warunkach skutecznej terapii

🔥 Małgorzata Sadowska mierzy się z demonem ruchu, który wygnał ją z rodzinnych okolic

🔥 Katarzyna Czeczot przypomina, że historia ludowa niczego nie wyjaśni, jeśli nie będzie historią środowiskową

🔥 Witold Mrozek rozmawia z Pawłem Demirskim, Jolantą Janiczak i Arturem Pałygą o teatralnych sporach z ludową historią i opowieściach o awansie

🔥 Weronika Murek czyta historie ludowego oporu i sprawdza, dlaczego największym naturalnym wrogiem występującym w przyrodzie jest chłop

🔥 Jakub Majmurek upomina się o historię klasy robotniczej i pyta, czy to aby na pewno zamknięta przeszłość

🔥 Antonina Tosiek zastanawia się, po co pisze się o książki o własnym szlachectwie w drugiej dekadzie XXI wieku

🔥A ja próbuję prześledzić historyczną genealogię brzucha i sprawdzam, do czego przydaje się ludowa historia Polski

Śląski 

Ze śląskim mieliśmy trudne relacje, najpierw traktowałem go jak regionalne dziwactwo, jak wtedy, gdy nic nie wyszło z romansu z zapoznaną przypadkiem również 12-latką, bo zajechała po śląsku. W domu mówiło się po polsku, wszyscy przyjezdni i skundleni, to jak inaczej, a Ślązacy to byli ci nieprzyjaźni miejscowi, których się raczej omijało. Potem, w gimnazjum, trafiłem do klasy z tymi miejscowymi, najpierw się załamywałem, w końcu oswajałem, coś sam próbowałem mówić, Marek toczył ze mną liczne o to wszystko spory, to był zresztą koleżka z „domków”, zasadniczy Ślązak, a najlepszy przyjaciel. Chyba wtedy nabrałem akcentu, z którego ktoś się śmiał, jak już zamieszkałem w Krakowie, przeraziłem się ogromnie i szybko wyzbyłem, choć nie wiem, czy skutecznie. Teraz na Śląsku już tylko groby, więc traktuję ten związek jak wszystkie dawne związki, z nostalgią, ale coś tam wiem, coś rozumiem, spoglądamy na siebie z sympatią. Tym bardziej się cieszę, że w Dwutygodniku gadają o śląskim Grzegorz Kulik i Zbigniew Rokita. To pierwsza chyba w tym cyklu rozmowa z kimś, kto nie tłumaczy ani na polski, ani z polskiego.

Bzik 

W Dwutygodniku BZIK, a tam koleżanka Murek zoomuje, kolega Sołtys gra w pingla, koleżanka Drenda zbacza z trasy, kolega Uzdański rozgrywa meczyki, w ogóle wiele przygód, mieliśmy to wypuścić wcześniej, ale świat ukazał swoje mniej zbzikowane oblicze, o tym też jest w numerze, w każdym razie myślę od kilku miesięcy o swoich bzikach, czy to będzie skubanie skórek przy paznokciach, czy podgryzanie policzków od środka (tak zwany autokanibalizm), czy aktualizowanie apek, a może w ogóle ten bzik, żeby mieć porządek w papierach, przez chwilę miałem też taki, że sobie programowałem różne automatyzacje, ale to już się robiło chorobliwe, zresztą pewnie najbliższe skóry te różne bziki języka, dwukropki: wstawiam pasjami, słówko „zresztą” oraz cięcia montażowe, które wprawiają mnie w niezrozumiałą ekscytację.

Kończy się ta historia 

Historia tego czytania ma już siedem lat. Kiedy w 2013 roku ukazało się „Dzieciństwo Jezusa”, nie mogłem być bardziej podekscytowany. Coetzee od dawna należał do grona moich ulubionych pisarzy, wcześniej przeczytałem właściwie wszystko, co napisał, i sporo tego, co napisano o nim, popełniłem jeden czy dwa teksty akademickie na jego temat, ale „Dzieciństwo…” było pierwszą jego powieścią, którą czytałem od razu, jako nowość

– przy okazji publikacji „Śmierci Jezusa” odnotowuję kilka pytań, z którymi pozostawia mnie trylogia Joxna Maxwella Coetzee’ego.

Temat na książkę 

Jeśli spektakl Miśkiewicza przeprowadza krytykę powieści Houellebecqa, to nie z bezpiecznych, publicystycznych pozycji, ale od środka – podążając niemal ślepo za tekstem do punktu, w którym sam ujawnia swoją nijakość. Recenzja rozpisana na jedenaścioro aktorów i trzy godziny oglądania? A mówią, że krytyki literackiej nikt już nie traktuje poważnie

– w „Dwutygodniku” piszę o spektaklu „Serotonina” w reżyserii Pawła Miśkiewicza w Teatrze Studio w Warszawie.

fot. Krzysztof Bieliński
fot. Krzysztof Bieliński

Dwutygodnik zostaje 

Dwutygodnik wraca. Chwilę nas nie było, zdawałoby się, że po prostu nie mieliśmy roboty, a to był sprint z przeszkodami i każdy pokonany płotek rodził obawy, czy aby ten następny nas nie pokona. Jak wtedy, gdy bardzo ważne pismo podobno uzyskało bardzo ważną decyzję i tylko czekało na bardzo ważny podpis, ale bardzo złośliwa choroba unieruchomiła bardzo ważnego człowieka, a kiedy już bardzo zdrowy wrócił, to papiery zaginęły w bardzo dużym bałaganie. No ale się znalazły, a nam szczęśliwie udało się dobiec do mety. Redakcja się nie zmienia (Król, Soszyński, Wrocławska, Socha, Słodownik, Kowalczyk, Pajęcka i ja), adres strony się nie zmienia, w zasadzie nic się nie zmienia, tylko wydawca lepszy, bo warszawski Dom Spotkań z Historią.

Potrzebujemy jeszcze chwili, żeby się otrząsnąć, a pierwszy numer wypuszczamy 27 kwietnia. W sobotę, a nie jak zwykle w piątek, bo chcemy kliknąć „opublikuj” razem z wami podczas obchodzonych na Karowej dziesiątych urodzin. Widzimy się, mam nadzieję.

Dzisiaj mogę się też przyznać, że ta cała likwidacja sprawiła mi trochę przyjemności, bo tylu dobrych słów, które nam w tym czasie wysłaliście, nigdy nie widziałem. Bardzo Wam jestem wdzięczny! Ale może nie powtarzajmy już tego numeru, ok?

W tych miłych okolicznościach podziękowania zechcą przyjąć także redakcje, redaktorki i redaktorzy, którzy przygarnęli mnie w epoce wygnania: Justyna Sobolewska (Polityka), Piotr Mucharski (Tygodnik Powszechny), Bartosz Sadulski (Herito), Urszula Pieczek (Miesięcznik Znak), Juliusz Kurkiewicz (Magazyn Książki).

A największe podziękowania należą się Zosi Król, która wzięłą dziewięć lat i 150 giga Dwutygodnika na swoje barki i przeniosła w bezpieczne miejsce.

No, a teraz do roboty, numer sam się nie zrobi.


Eugenia Loli CC BY-NC 2.0

Gorąco, środek lata 

To oczywiście szantaż: opowiem wam o mojej umierającej matce. Mogę nie mieć nic do powiedzenia, mogę przynudzać, plątać się, bełkotać. Ale stoję nad trumną i przez tę jedną chwilę nie macie wyjścia – musicie mnie wysłuchać. Tak naprawdę wcale nie musicie – możecie potraktować mnie jak każdego szantażystę i nie podejmować negocjacji – wolicie jednak nie ryzykować, bo przecież sami, prędzej czy później, znajdziecie się na moim miejscu, więc na wszelki wypadek słuchacie. Ale skoro mam już waszą uwagę, to co właściwie mam powiedzieć, kiedy chcę powiedzieć tylko tyle: „Cierpię z powodu śmierci mamy” (Barthes).

– w „Dwutygodniku” mój esej o poetyce pisania o umieraniu.

Dwutygodnik traci finansowanie wydawcy

Zaczynałem pracę w redakcji Dwutygodnika we wrześniu 2015 roku, a już dwa miesiące później, z wiadomych powodów, miałem obmyślony post, w którym informuję o szybkim zakończeniu mojej kariery. Nie był to szczyt literackiego wyrafinowania, leciało to jakoś tak: Gliński wywalił mnie z roboty. Szczęśliwie przez kolejne trzy lata nie było potrzeby publikowania tych słów. Ale od wczoraj czytam wszystkie wasze komentarze, słowa oburzenia, otuchy oraz wspaniałe opinie o naszej pracy i wcale nie chce mi się myśleć o panu ministrze. Mam za to poczucie, że robota, którą wkładamy w zamawianie, redagowanie i publikowanie tekstów, jest przez was doceniana. I że nasze, pewnie czasem upierdliwe, starania, żeby publikowane w Dwutygodniku tekstu były dopracowane do ostatniego przecinka, naprawdę mają sens. Dwutygodnik to najlepsze miejsce, w jakim mogłem się kiedykolwiek znaleźć. Przestrzeń na pisanie rzeczy, które nie mogłyby się ukazać w żadnym innym piśmie: krytycznych, nieoczywistych, czasem eksperymentalnych, czasem po prostu długaśnych. To też fantastyczne autorki i fantastyczni autorzy, z którymi współpraca jest, nie przesadzam, przywilejem. To czytelnicy, wymagający i krytyczni, a przez to stawiający poprzeczkę bardzo wysoko. Wreszcie Dwutygodnik to świetny zespół redakcyjny, wcale nie taki jednomyślny, jak mogłoby się wydawać, a przez to tym bardziej twórczy. Nigdzie nie nauczyłem się tyle (a cholercia, zrobiłem ten doktorat), ile na niezliczonych spotkaniach redakcyjnych, podczas których obmyślaliśmy teksty i numery tematyczne. Tego wszystkiego nie da się tak po prostu zamknąć. Walczymy i pracujemy, żebyśmy mogli wydać – a wy przeczytać – kolejne 253 numery. Bo przed nami jeszcze jedno całe wydanie, w którym szykuje się wiele wspaniałości. Nie przestawajcie nas czytać.

A z początkami mojej współpracy z Dwutygodnikiem to było tak, że wysłałem mail. Zosia Król uparcie twierdzi, że na ogólny adres redakcyjny, ale takim kaskaderem to ja nie byłem, posłałem też na imienny. I coś tam, że Drodzy Państwo, że chciałbym zaproponować, że coś tam kiedyś pisałem, że byłoby mi itd. Kilka maili później stanęło na tym, że tekst pójdzie, i chyba się wtedy upiłem z radości. Wciąż jestem z tego tekstu zadowolony, choć to już prawie 5 lat i różnych rzeczy się w tym czasie nauczyłem. Publikacja miała też swoje dalsze skutki, bo się okazało, że wydawca, PIO Kaliński, opublikował tę książeczkę trochę przypadkiem (jakieś skomplikowane historie) i już prawie spisał ją na straty, ale po moim tekście dowiedział się tego i owego, zakumplował z autorem i ściągnął go na Conrada. Zrobiłem z nim wtedy wywiad, a do kolejnej jego książki nawet napisałem krótkie posłowie. No więc słusznie wtedy podejrzewałem, że puszczenie tekstu w Dwutygodniku to jest coś, choć nawet mi się nie śniło, że minie ledwie półtora roku, a ja dołączę do zespołu. W każdym razie: w redakcji wypadł wtedy z tekstu nawias, to teraz, pozwolicie, tutaj go odratuję:

(a może i to omówienie powstało tylko po to, żeby komuś te słowa, nie moje, komuś jeszcze raz ofiarować?).

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with dwutygodnik.