All posts tagged with dwutygodnik

Śląski 

Ze śląskim mieliśmy trudne relacje, najpierw traktowałem go jak regionalne dziwactwo, jak wtedy, gdy nic nie wyszło z romansu z zapoznaną przypadkiem również 12-latką, bo zajechała po śląsku. W domu mówiło się po polsku, wszyscy przyjezdni i skundleni, to jak inaczej, a Ślązacy to byli ci nieprzyjaźni miejscowi, których się raczej omijało. Potem, w gimnazjum, trafiłem do klasy z tymi miejscowymi, najpierw się załamywałem, w końcu oswajałem, coś sam próbowałem mówić, Marek toczył ze mną liczne o to wszystko spory, to był zresztą koleżka z „domków”, zasadniczy Ślązak, a najlepszy przyjaciel. Chyba wtedy nabrałem akcentu, z którego ktoś się śmiał, jak już zamieszkałem w Krakowie, przeraziłem się ogromnie i szybko wyzbyłem, choć nie wiem, czy skutecznie. Teraz na Śląsku już tylko groby, więc traktuję ten związek jak wszystkie dawne związki, z nostalgią, ale coś tam wiem, coś rozumiem, spoglądamy na siebie z sympatią. Tym bardziej się cieszę, że w Dwutygodniku gadają o śląskim Grzegorz Kulik i Zbigniew Rokita. To pierwsza chyba w tym cyklu rozmowa z kimś, kto nie tłumaczy ani na polski, ani z polskiego.

Bzik 

W Dwutygodniku BZIK, a tam koleżanka Murek zoomuje, kolega Sołtys gra w pingla, koleżanka Drenda zbacza z trasy, kolega Uzdański rozgrywa meczyki, w ogóle wiele przygód, mieliśmy to wypuścić wcześniej, ale świat ukazał swoje mniej zbzikowane oblicze, o tym też jest w numerze, w każdym razie myślę od kilku miesięcy o swoich bzikach, czy to będzie skubanie skórek przy paznokciach, czy podgryzanie policzków od środka (tak zwany autokanibalizm), czy aktualizowanie apek, a może w ogóle ten bzik, żeby mieć porządek w papierach, przez chwilę miałem też taki, że sobie programowałem różne automatyzacje, ale to już się robiło chorobliwe, zresztą pewnie najbliższe skóry te różne bziki języka, dwukropki: wstawiam pasjami, słówko „zresztą” oraz cięcia montażowe, które wprawiają mnie w niezrozumiałą ekscytację.

Kończy się ta historia 

Historia tego czytania ma już siedem lat. Kiedy w 2013 roku ukazało się „Dzieciństwo Jezusa”, nie mogłem być bardziej podekscytowany. Coetzee od dawna należał do grona moich ulubionych pisarzy, wcześniej przeczytałem właściwie wszystko, co napisał, i sporo tego, co napisano o nim, popełniłem jeden czy dwa teksty akademickie na jego temat, ale „Dzieciństwo…” było pierwszą jego powieścią, którą czytałem od razu, jako nowość

– przy okazji publikacji „Śmierci Jezusa” odnotowuję kilka pytań, z którymi pozostawia mnie trylogia Joxna Maxwella Coetzee’ego.

Temat na książkę 

Jeśli spektakl Miśkiewicza przeprowadza krytykę powieści Houellebecqa, to nie z bezpiecznych, publicystycznych pozycji, ale od środka – podążając niemal ślepo za tekstem do punktu, w którym sam ujawnia swoją nijakość. Recenzja rozpisana na jedenaścioro aktorów i trzy godziny oglądania? A mówią, że krytyki literackiej nikt już nie traktuje poważnie

– w „Dwutygodniku” piszę o spektaklu „Serotonina” w reżyserii Pawła Miśkiewicza w Teatrze Studio w Warszawie.

fot. Krzysztof Bieliński
fot. Krzysztof Bieliński

Dwutygodnik zostaje 

Dwutygodnik wraca. Chwilę nas nie było, zdawałoby się, że po prostu nie mieliśmy roboty, a to był sprint z przeszkodami i każdy pokonany płotek rodził obawy, czy aby ten następny nas nie pokona. Jak wtedy, gdy bardzo ważne pismo podobno uzyskało bardzo ważną decyzję i tylko czekało na bardzo ważny podpis, ale bardzo złośliwa choroba unieruchomiła bardzo ważnego człowieka, a kiedy już bardzo zdrowy wrócił, to papiery zaginęły w bardzo dużym bałaganie. No ale się znalazły, a nam szczęśliwie udało się dobiec do mety. Redakcja się nie zmienia (Król, Soszyński, Wrocławska, Socha, Słodownik, Kowalczyk, Pajęcka i ja), adres strony się nie zmienia, w zasadzie nic się nie zmienia, tylko wydawca lepszy, bo warszawski Dom Spotkań z Historią.

Potrzebujemy jeszcze chwili, żeby się otrząsnąć, a pierwszy numer wypuszczamy 27 kwietnia. W sobotę, a nie jak zwykle w piątek, bo chcemy kliknąć „opublikuj” razem z wami podczas obchodzonych na Karowej dziesiątych urodzin. Widzimy się, mam nadzieję.

Dzisiaj mogę się też przyznać, że ta cała likwidacja sprawiła mi trochę przyjemności, bo tylu dobrych słów, które nam w tym czasie wysłaliście, nigdy nie widziałem. Bardzo Wam jestem wdzięczny! Ale może nie powtarzajmy już tego numeru, ok?

W tych miłych okolicznościach podziękowania zechcą przyjąć także redakcje, redaktorki i redaktorzy, którzy przygarnęli mnie w epoce wygnania: Justyna Sobolewska (Polityka), Piotr Mucharski (Tygodnik Powszechny), Bartosz Sadulski (Herito), Urszula Pieczek (Miesięcznik Znak), Juliusz Kurkiewicz (Magazyn Książki).

A największe podziękowania należą się Zosi Król, która wzięłą dziewięć lat i 150 giga Dwutygodnika na swoje barki i przeniosła w bezpieczne miejsce.

No, a teraz do roboty, numer sam się nie zrobi.


Eugenia Loli CC BY-NC 2.0

Gorąco, środek lata 

To oczywiście szantaż: opowiem wam o mojej umierającej matce. Mogę nie mieć nic do powiedzenia, mogę przynudzać, plątać się, bełkotać. Ale stoję nad trumną i przez tę jedną chwilę nie macie wyjścia – musicie mnie wysłuchać. Tak naprawdę wcale nie musicie – możecie potraktować mnie jak każdego szantażystę i nie podejmować negocjacji – wolicie jednak nie ryzykować, bo przecież sami, prędzej czy później, znajdziecie się na moim miejscu, więc na wszelki wypadek słuchacie. Ale skoro mam już waszą uwagę, to co właściwie mam powiedzieć, kiedy chcę powiedzieć tylko tyle: „Cierpię z powodu śmierci mamy” (Barthes).

– w „Dwutygodniku” mój esej o poetyce pisania o umieraniu.

Dwutygodnik traci finansowanie wydawcy

Zaczynałem pracę w redakcji Dwutygodnika we wrześniu 2015 roku, a już dwa miesiące później, z wiadomych powodów, miałem obmyślony post, w którym informuję o szybkim zakończeniu mojej kariery. Nie był to szczyt literackiego wyrafinowania, leciało to jakoś tak: Gliński wywalił mnie z roboty. Szczęśliwie przez kolejne trzy lata nie było potrzeby publikowania tych słów. Ale od wczoraj czytam wszystkie wasze komentarze, słowa oburzenia, otuchy oraz wspaniałe opinie o naszej pracy i wcale nie chce mi się myśleć o panu ministrze. Mam za to poczucie, że robota, którą wkładamy w zamawianie, redagowanie i publikowanie tekstów, jest przez was doceniana. I że nasze, pewnie czasem upierdliwe, starania, żeby publikowane w Dwutygodniku tekstu były dopracowane do ostatniego przecinka, naprawdę mają sens. Dwutygodnik to najlepsze miejsce, w jakim mogłem się kiedykolwiek znaleźć. Przestrzeń na pisanie rzeczy, które nie mogłyby się ukazać w żadnym innym piśmie: krytycznych, nieoczywistych, czasem eksperymentalnych, czasem po prostu długaśnych. To też fantastyczne autorki i fantastyczni autorzy, z którymi współpraca jest, nie przesadzam, przywilejem. To czytelnicy, wymagający i krytyczni, a przez to stawiający poprzeczkę bardzo wysoko. Wreszcie Dwutygodnik to świetny zespół redakcyjny, wcale nie taki jednomyślny, jak mogłoby się wydawać, a przez to tym bardziej twórczy. Nigdzie nie nauczyłem się tyle (a cholercia, zrobiłem ten doktorat), ile na niezliczonych spotkaniach redakcyjnych, podczas których obmyślaliśmy teksty i numery tematyczne. Tego wszystkiego nie da się tak po prostu zamknąć. Walczymy i pracujemy, żebyśmy mogli wydać – a wy przeczytać – kolejne 253 numery. Bo przed nami jeszcze jedno całe wydanie, w którym szykuje się wiele wspaniałości. Nie przestawajcie nas czytać.

A z początkami mojej współpracy z Dwutygodnikiem to było tak, że wysłałem mail. Zosia Król uparcie twierdzi, że na ogólny adres redakcyjny, ale takim kaskaderem to ja nie byłem, posłałem też na imienny. I coś tam, że Drodzy Państwo, że chciałbym zaproponować, że coś tam kiedyś pisałem, że byłoby mi itd. Kilka maili później stanęło na tym, że tekst pójdzie, i chyba się wtedy upiłem z radości. Wciąż jestem z tego tekstu zadowolony, choć to już prawie 5 lat i różnych rzeczy się w tym czasie nauczyłem. Publikacja miała też swoje dalsze skutki, bo się okazało, że wydawca, PIO Kaliński, opublikował tę książeczkę trochę przypadkiem (jakieś skomplikowane historie) i już prawie spisał ją na straty, ale po moim tekście dowiedział się tego i owego, zakumplował z autorem i ściągnął go na Conrada. Zrobiłem z nim wtedy wywiad, a do kolejnej jego książki nawet napisałem krótkie posłowie. No więc słusznie wtedy podejrzewałem, że puszczenie tekstu w Dwutygodniku to jest coś, choć nawet mi się nie śniło, że minie ledwie półtora roku, a ja dołączę do zespołu. W każdym razie: w redakcji wypadł wtedy z tekstu nawias, to teraz, pozwolicie, tutaj go odratuję:

(a może i to omówienie powstało tylko po to, żeby komuś te słowa, nie moje, komuś jeszcze raz ofiarować?).

Wymyślanie kraju 

– W 2011 roku, tuż przed wydaniem „Fizyki smutku”, Gospodinow mówił w jednym z wywiadów, że bułgarski smutek, o którym pisze, jest nieprzekładalny.
– Rzeczywiście jest?
– Jesteśmy piętnaście języków dalej, to ty mi powiedz. Bułgarzy mają silne poczucie, że nikt ich nie rozumie, ale nie dlatego, że robią słabszą kulturę albo że nie mają polityki kulturalnej i międzynarodowej promocji, tylko dlatego, że – jak twierdzą – ich kultura jest właśnie nieprzekładalna. Faktycznie w polszczyźnie nie ma dobrego odpowiednika bułgarskiego słowa „taga” – kiedyś Gospodinow powiedział, że to słowo brzmi jak przełykanie łez. Ale przecież sam podaje w książce przykłady portugalskiego fado czy tureckiego hüzün

– rozmawiam z Magdaleną Pytlak, autorką przekładów „Wzniesienia” Milena Ruskowa i „Fizyki smutku” Georgiego Gospodinowa”, laureatką nagrody „Literatury na świecie” w kategorii „Nowa Twarz”.

Musze larwy żerują na cielsku historii 

Groza, makabra, śmierć. Makabra, groza, śmierć. Robactwo nocy trawi resztki kaszalociego cielska, które opadło na miasto i które jest miastem. Robactwo trawi ludzi, którzy w tym mieście żyli, a teraz są tylko mięsem, bo człowiek jest mięsem, a w człowieku nie ma nic poza mięsem, ale mięso nie jest człowiekiem, więc człowiek nie jest człowiekiem, tylko mięsem. Źli ludzie byli, są źli, dobrzy ludzie bywali, bywają źli, i zło unosi się nad światem. I żaden człowiek, który jest tylko mięsem, nie uszedł, nie ujdzie złu. Wszystko inne to ponure zwidy, senne majaki i nędzne żarty, a największym żartem są inni ludzie. Bo czym jest człowiek dla człowieka, mięsem, workiem bokserskim, niczym. Ludzie mogą człowieka jedynie zatruć, pognębić albo zgnieść. I człowiek nic na to nie poradzi, bo jest mięsem historii, na którym żerują inne robaki. Żeruję też ja, pasożyt literatury, który pisze jadem zawiści. (…)

(…) Skoro Twardoch jest jak Hollywood, to jest też jak przemysł kulturowy, który żywotne sprawy zamienia w ich nadające się do sprzedaży karykatury. Bo nie jest przecież tak – najwyższy czas odsłonić pasożytniczne karty – że wszystkie pomysły Twardocha są mi z gruntu niemiłe. W końcu z Żor do Pilchowic jest godzina rowerem, a obaj moi dziadkowie też byli górnikami, choć nie byli Ślązakami, bo w ogóle rodzinnie jestem raczej skundlony, więc też niechętnie zakładam tożsamościowe mundury. Ale kiedy czytam o tym wszystkim w powieściach Szczepana Twardocha, to odnoszę wrażenie, jakby trapiące mnie kwestie trafiły nie do laboratorium literatury, ale do obwoźnego cyrku. Dlatego nie mam wyboru. Jestem pasożytem literatury, piszę jadem zawiści. To jest moje świadectwo.

– w „Dwutygodniku” piszę o „Królestwie” Szczepana Twardocha.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts. You can also subscribe to a feed of just the posts tagged with dwutygodnik.