Kaszel i żar 

No to jest, przerywana pokasływaniem spowiedź palacza, w której opowiadam o zastępczej miłości do małych tabletek z popiołu, Tommym Shelbym, który pięknie ćmi, paleniu w smutku i paleniu ze szczęścia, e-fajkach, które są niegodne, społecznych presjach, które kazały mi zapalić, i tych, które kazały mi rzucić, i o filmie „Thank You for Smoking”, który wyprodukowali kiedyś Musk i Thiel. Tekst do przeczytania w magazynie Pismo, gdzie Maria Machulska narysowała chyba ten kawałek: „Jak chce się zerwać z wieloletnią dziewczyną, to nie przebiera się w jej w plastikowy skafander z dolepioną do czoła niebieską diodą. Choć – jak się nad tym dobrze zastanowić – jeśli dziewczyna regularnie cię podtruwa i toksycznie od siebie uzależnia, to może i plastikowy skafander znajdzie usprawiedliwienie”.

A na foci wygrzebana z szuflady stara paczka po gauloises’ach, które kiedyś sprezentowała mi siostra i były najlepszymi fajkami na świecie, oraz zapałki z nieodżałowanej Migreny, którą zamknęli, chyba zanim zakazano jarania do kawy. I ja, lat dwadzieścia, palę pod Jagiellonką, jakby wszystko było jeszcze możliwe.

Paczenie 

To nie jest rozmowa o: Polsce, pandemii, kapitalizmie, amerykańskim kolegium elektorów, zawiłościach fizyki kwantowej, spadku konsumpcji mięsa per capita ani wpływie wtryskowej metody formowania tworzyw sztucznych na zagęszczenie nanocząstek w atmosferze. Z Dorotą Masłowską pogadaliśmy raczej o pisaniu.

5 lat w Dwutygodniku

Dzisiaj wybija mi pięć lat w redakcji Dwutygodnika. Zaczynałem akurat wtedy, kiedy zaczynała nowa polska władza, więc od początku było w tym czekanie na katastrofę, coś jak wakacyjny romans z krótkim terminem ważności, wszystko przeżywa się intensywniej. I tak to już zostało, nawet jak się po tej katastrofie pozbieraliśmy. W tym czasie zamawiałem i redagowałem setki tekstów, często puchłem z dumy, że maczałem palce w ich powstaniu. Poznałem fantastycznych ludzi, z niektórymi współpracowałem nad pomysłami i brzmieniem puent, z niektórymi się zaprzyjaźniłem. I jeszcze to, jak od dzieciaka myślałem, że tylko na uniwersytecie będę mógł robić, co będę chciał, a potem odkryłem, że są do tego lepsze miejsca, choć rzadkie i kruche. Tym bardziej doceniam, że udało mi się tu zahaczyć na dłużej. Nie byłoby to wszystko możliwe bez autorek i autorów Dwutygodnika, a przede wszystkim bez moich fantastycznych koleżanek i kolegów z tej szalonej redakcji: Zosi, Pauliny, Agnieszki, Ani, Kuby, Pawła i Piotrka. Dzięki!


Fot. Anna Rezulak

Premiera „Prognozy niepogody” 

Już jest! „Prognoza niepogody. Literatura polska w XXI wieku”, a w środku znakomite pióra i jeszcze lepsi ludzie, którzy opowiadają o tym, co im się widzi w literaturze najnowszej. W Dwutygodniku można znaleźć dwa kawałki (Zofii Król i Magdy Heydel), a jeszcze jeden (Olgi Drendy) pojawi się na dniach. Czarne na tę okoliczność zrobiło promo na prozę współczesną, to od razu można sobie zweryfikować, co i jak. A o książce pogadamy 29 sierpnia w Gdyni.

I jeszcze jedno: „Prognoza” to jest też książka interaktywna – na końcu jest lista wszystkich tytułów nominowanych do Gdyni, te nagrodzone są podkreślone; 28 sierpnia wieczorem będzie można sięgnąć po ołówek i uzupełnić szlaczki za bieżący rok.

Procesja gwiazd

Wczoraj noc perseidów, wychodzę z psami na ostatni spacer i trochę zadzieram głowę. Widzę jedną, widzę drugą, krótkie rozbłyski, maznięte kreski z lekko czerwonym wykończeniem. Rozglądam się za trzecią, a wtedy zamiast krótkiego błysku dostrzegam kilka-kilkunaście świetlistych punktów poruszających się niezbyt spiesznie w idealnie równym rządku. Procesja ruchomych gwiazd. Fak. Zrozumiałem, skąd się wzięło powiedzonko o opadającej szczęce. Wiecie, dużo ostatnio oglądam końców świata, i to było to, tak musiała czuć się Claire w Melancholii von Triera. Gwiazdy znikły za blokiem, próbowałem je jeszcze wypatrzeć, ale się nie udało. Tłumaczę sobie, pewnie to jakieś też perseidy, tylko spalały się wyjątkowo powoli. Piękne. Już w domu szukam, co to mogło być, jak to w ogóle wpisać, rząd punktów na niebie, perseidy w rządku, google podpowiada, że może kosmiczny pociąg, tak, brzmi jak coś. No więc kosmiczny pociąg to satelity Starlink, tydzień temu SpaceX umieściło na orbicie 57 nowych, do 2027 ma ich być 12 tysięcy. Mój mały astronomiczny cud był kolejną zabawką założyciela PayPala. Wiesz co, Elon, spadaj.


Fot. Forest Katsch, Unsplash


Fot. Giancarlo Foto4U, CC BY 2.0

PS. Informacje, kiedy można to znowu oglądać, podaje sympatyczna strona Nocne Niebo.

„Nieuchronny plagiat” za darmo 

Książka, która powstała, bo jako dzieciak przestraszyłem się jumania empetrójek z sieci, musiała czekać trzy lata, żeby ukazać się jako ebook, co chyba tylko potwierdza opisywane w niej problemy. Ale w końcu jest: „Nieuchronny plagiat” za darmo i w formatach do wyboru, do koloru. Nie udałoby się to, gdyby nie wspaniałe Wolne Lektury i Fundacja Nowoczesna Polska (skądinąd jedna z bohaterek książki) oraz jeszcze wspanialsze Barbara Klicka i Aleksandra Kopeć, którym bardzo, bardzo dziękuję. Przeczytacie tu o prawie i literaturze, o tym, jak Fichte myślał, że plagiatował Kanta, o niezadowolonym Kraszewskim, niekonsekwentnym Borowym, nakręcającym się Irzykowskim, o tym, jak Derrida czytał Parnickiego, i o trudnym wymyślaniu przyszłości. To był doktorat, więc czasem bywa ciężkawo, ale chyba nie za bardzo. Jumajcie i czytajcie.

Wypadek na autostradzie

Tak się złożyło, że tydzień przed drugą turą spędziliśmy na wsi, głęboki PGR, bloki i domki stawiane byle jak, raczej szaro i brudno, tyle że ten piękny park, stare drzewa, w środku ruiny dworku, a za parkiem dolinki, jeziora, absurdalne piękno. Nie, nie objawiła mi się tajemnicza wola polskiego ludu, nie zostałem też, za sprawą magicznego dotknięcia empirii, politologiem czy socjologiem. Co mi się objawiło, ale to już dawno, to wielki betonowy płot, który oddzielił park od wsi, bo reprywatyzacja i trzeba pilnować swojego. Niedawno objawił mi się też asfalt, który w końcu się pojawił na głównej i jedynej drodze we wsi, dokładnie wzdług tego płotu. Przynajmniej tyle.

W powyborczy poniedziałek, kiedy było już wiadomo, że klęska i że kraj podzielony po równo, jechaliśmy z północy na południe, na autostradzie był wypadek, więc zjechaliśmy w jakieś boczne wioski, najpierw przez pole kukurydzy, potem wioska za wioską. A później, żeby uniknąć korków, pojechaliśmy ulubioną trasą przez Lelów – fantastyczny kawałek kraju, między Częstochową a Krakowem żadnego większego ośrodka, żadnego większego nic. W ogóle, warto czasem zjechać czasem z autostrady, bo czy to może być przypadek, że PO przegrało niedługo po tym, jak oddało tyle kilometrów nowych dróg? Fantastyczne są te dróżki na prowincji, pola po horyzont, aleje drzew, i nieodłączny element rozpiździelu, nowe magazyny i fabryki dolepione do starych i w ruinie, kupy gruzu rozrzucone tu i tam, rozpadające się domy, a przy nich zadbane ogródki, więc ktoś tak żyje. I ani jednego sklepu z tej czy innej sieci, czasem tylko pawilon z napisem „sklep ogólnospożywczy”.

Jechaliśmy i próbowaliśmy to zobaczyć, ten – jak się sugeruje –wielki podział społeczny, połowa za demokracją i prawami człowieka, połowa za czymś raczej innym. Liczyliśmy po drodze plakaty z Dudą i Trzaskowskim, było mniej więcej po równo, może im bardziej na wieś, tym więcej tego pierwszego. W jednym z tych sklepów kupowałem wodę, przede mną jakaś para gadała z kasjerką: „Może już ci wystarczy?” – to ona; „Ja już nie mogę tych twoich uwag, ja już mam swoje lata i się nie zmienię” – to on. Pomyślałem, że może o to chodzi, że PiS celnie rozpoznał tę potrzebę.

Pamiętam lata 90. jako intensywny okres zmian, wymyślania się na nowo, wyrywania się z polskości – staraliśmy się wszyscy, starzy i młodzi, rodzice i dzieci, ale wciąż nie byliśmy dość europejscy. No i jasne, warto się zmieniać, kwestionować przyzwyczajenia, zrzucać tożsamości, życie to ruch; jasne, ale najbardziej radykalni artyści krytyczni muszą przyznać, że czasem człowiek lubi po prostu, jak się go doceni za to, jaki jest. Stara się, no, stara, ale już lubi ten bigos, kiełbasę i wódkę, jakoś owoce morza mu nie podeszły, może nieświeże były; i lubi to disco polo, proste melodie, do potańczenia. Przez tyle lat słyszał, że to badziewne, obciachowe, wsiowe, polskie, kjiełbasiane, może próbował innej muzyki, Waglewskich czy Marii Peszek, co ciągle puszczali w telewizji, ale też jakoś nie podeszło. I w końcu nie wytrzymał, i mówi: No ja się już kurwa nie zmienię, mam swoje lata i jestem, jaki jestem, lubię disco polo zagryźć kiełbasą, niech już ci wszyscy Europejczycy idą się ogolić.

Myślę o tym, bo w końcu co takiego zrobił PiS, żeby przyciągnąć głosy ludzi z prowincji, bez wyższego wykształcenia, raczej niechętnych modernizacji? No owszem, dał dodatki, i to jest nie do przeceniania, bo jak się mieszka w mieście i ma wykształcenie, to takie 500+ można sobie zorganizować podwyżką albo zmianą pracy; ale jak się mieszka za ekranem autostrady, to takie 500+ to jest jakościowy skok. No ale z punktu widzenia zarządzania państwem to jest jednak dość wulgarne posunięcie, w neoliberalnym stylu. Ale to, co się zmieniło, to styl. Już nie: musimy zacisnąć pasa, zgolić wąsa i przeć na Zachód; ale: tu jest Polska, a wy jesteśmy Polakami, i dobrze, dajcie ten bigos. Ta banalna zmiana pozwoliła z Morawieckiego, neoliberalnego bankiera, i Dudy, doktora nauk prawnych, zrobić jakichś przyjaciół ludu. Oni nawet nie są przekonujący w tych rolach, to mnie zszokowało, bo dopiero w ostatnim tygodniu oglądałem telewizję, no jak premier na wiecach przemawia, to widać, że wolałby nie. A jednak działa.

Mówi się teraz, że trzeba pojednać naród, odbudować wspólnotę, zasypać przepaść. Ale jeśli metaforą dla narodu ma tu być spójna psychika pojedynczego człowieka, to z tą jednością chyba nie odrobiliśmy lekcji z literatury modernistycznej, która sto lat temu wiedziała, że w jednym człowieku zawsze jest więcej niż jeden człowiek. I w sumie kraj podzielony tak równo wydaje mi się całkiem przekonujący, bo jakoś to się zgrywa z moim doświadczeniem. Że przez pół życia człowiek pracuje nad tym, żeby przestać być sobą i stać się kimś lepszym; żeby to się udało, musi trochę znielubić dotychczasowego siebie – czy się rzuca palenie, czy się odchudza, czy się dokonuje awansu społecznego. No a potem, jak już się dokona, to się okazuje, że ta znielubiana przeszłość jednak człowieka dogoni, że dawnych tożsamości tak łatwo się nie porzuca, że one jednak cię dogonią i kopną w dupę; a potem jeszcze od tych lepszych, do których chciałeś doszlusować, usłyszysz, że nielubienie prowincjonalnego siebie jest klasistowskie i źle o tobie świadczy. No więc wydaje mi się, że Polska jest dokładnie w takim momencie: „wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie” (to nie moderniści, to Sęp).

Zastanawiałem się, czy tym ludziom w sklepie, gdyby mnie zapytali, poleciłbym z pełnym przekonaniem głosowanie na Rafała Trzaskowskiego. Czy mógłbym im spojrzeć w oczy i powiedzieć: nie wykiwa was, nie zabierze 500+, nie będzie się nabijał, że lubicie wódkę i kiełbasę. Zastanawiałem się. Zawsze czuję się w takich miejscach trochę jak kosmita, z tym swoim wegańskim hotdogiem i pracą w magazynie kulturalnym. Sam pochodzę z zadupia, więc nie chodzi tu o jakieś prowincjonalne safari, ale przecież projekcje są nie do uniknięcia: to mi się wydaje, że tak muszę być widziany, tyle wystarcza. A może chodzi o coś prostszego: bo jak wjeżdżaliśmy w nocy do Krakowa, to nagle poczułem się jak w jakimś tunelu ultrawysokich prędkości, mnóstwo świateł, ruchu. No inny przecież świat.

Nie jestem pewien, co z tego wszystkiego wynika. Wiem na pewno, że dla wielu moich znajomych to jest okropna sytuacja, szczególnie po tym, co usłyszeli w kampanii wyborczej; a skoro dla nich, to i dla mnie. Musimy więc dbać o siebie nawzajem, solidarnie, uważnie; i musimy walczyć na tych odcinkach, które są do uratowania. Ale co zrobić, żeby to się zmieniło w raczej bliższej przyszości? Jest taka naukowa sztuczka, bo przecież naukowcy też mają swoje uprzedzenia i też znają wyniki przed badaniem, ale wiedzą też, że ta sztuczka może im pomóc zdobyć lepsze dane: trzeba na chwilę założyć, że się nie wie.

„Cieśniny” Wojciecha Nowickiego

Piszę swoje, więc trochę mniej czytam na bieżąco, i dopiero teraz to odkrywam (na szczęście Zosia Król pisała w 2t i celnie), choć to od razu kłopotliwe, bo jemy z Wojtkiem w tej samej pizzerii i wydawnictwo też to samo, ale „Cieśniny”, no, co to jest za proza, obsesyjna, rozpędzona, z kilku motywów – epilepsji, łażenia, szaleństwa, rycia w ziemi, podziemnych wód – splatająca substancję gęstą i lepką, że jak się w niej zanurzyć, to już się tego łatwo nie zmyje. Jest w tym poczucie nadchodzącej katastrofy, nadchodzącej od dawna już, może od zawsze, to poczucie, że „Muchy wepchną się wszędzie, wypełnią mieszkania, będą obsiadywać ludzkie ciała, wcisną się do oczu i ust, aż się stanie jasne, że nie ma ratunku i kończy się czas człowieka”, bo też miejsca, które odkrywa Nowicki, są odwieczne i współczesne, jak ta „kraina u stóp gór, którędy fruwają plastikowe śmieci, gdzie sterczą wypalone drzewa; albo jeszcze: kraina ochrowych pagórków, zapachu uryny i kurzu”. A jeszcze i to, że bez wikłania się w polityczne słowniki, autor rozprawia się tu z „Biegunami”, i w ogóle z nowoczesną manią ruchu, odkrywając ich podziemny, bagnisty nurt. Chciałoby się, żeby to meandrujące pisanie się nie kończyło, bo to nie jest tylko książka, to jest ruch stylu, który drąży w materii. Zróbcie sobie – no, to nie jest przyjemność, to jednak coś całkiem innego, ale zróbcie sobie to.

Nauczki z kwarantanny

W sumie głupio byłoby pisać książkę o końcu świata i nie załapać się chociaż na kwarantannę, przesiedzieliśmy 8 dni, to może pierwsza rzecz, której się dowiedziałem, że 14 dni liczy się od kontaktu z nosicielem. To druga rzecz, i może najważniejsza, może się wydawać, że już po wszystkim, ale nie, wciąż zamykają na kwarantanny, więc noście te maski. Policzyli nam mniej, za to niezależnie od tego, co mówiły testy, bo testy, przynajmniej w Krakowie, wykonuje się chyba dość sprawnie, za to nikt w sanepidzie nie potrafił nam wyjaśnić, dlaczego mamy siedzieć zamknięci w domu, skoro pierwszy wynik był negatywny. To jest właściwie najważniejsza lekcja: nie dość, że panuje w tym wszystkim całkiem przewidywalny bałagan, to jeszcze nikt nie troszczy się o to, żeby wyjaśnić, co się właściwie dzieje. Ma przyjechać ekipa po wymazy całej rodziny, ale kiedy przyjedzie, czy przyjedzie, po co te wymazy, skoro i tak mamy siedzieć w domu? Nie wiadomo. Jak to badanie ma się do testu w 12. dniu, na który można pojechać własnym autem i ewentualnie skrócić sobie kwarantannę o jeden dzień? Nie wiadomo. Kiedy przyjedzie po śmieci ten ktoś, kto miał przyjechać? Też nie wiadomo. Jest niby jakaś procedura, ktoś miał nas wpisać na listę, nie wpisał, to się wpisaliśmy, i fajnie. Po śmieci i tak nikt się nie zgłosił.

Że to będzie bałagan, można się było spodziewać, ale może nie aż tak, że jedna pani z sanepidu doradzi, żeby zrobić szybciutko zakupy, zanim przyjdzie decyzja, a druga troskliwie dopyta, czy męża można wysłać poza dom, chociaż od kontaktu minął tydzień. No nic, nawet człowiek chciałby miło współpracować, żeby opanować zarazę, ale taki to kraj, że zamiast współpracy jest trzymanie za mordę. Z różnym nasileniem. Jest miękki uchwyt pani z sanepidu, która mówi, że kwarantanna jest dla zdrowych właśnie, po co pyta, jakby wynik był pozytywny, to by inna była rozmowa. Jest twardszy uchwyt pisma, które nakazuje w trybie natychmiastowej wykonalności pod groźbą kary, a choć podstawa prawna obfita, to jak się pogrzebie w przepisach, wychodzi, że podstawą jest uznanie sanepidu, a nie jakieś argumenty, które by trzeba przedstawić; zresztą prawnicy nawet piszą, że to w sumie jest areszt domowy, więc może przydałaby się kontrola sądu, ale chyba żartują. Jest uchwyt uwłaczający aplikacji, która przysyła smsy o 8 rano i każe robić selfiacze, pod groźbą – w sumie nie wiadomo jaką, o aplikacji będzie osobno. I jest już całkiem upokarzający uchwyt panów w wojskowej karetce, którzy w sobotę o 9 rano dzwonią, że są już pod blokiem i należy ustawić krzesło w drzwiach, człowiek by się kłócił, że może wypadałoby się umówić, że to jednak kwarantanna domowa, a nie areszt, że mogliśmy spać albo być na kacu, ale się nie kłóci, bo są w domu osoby, które trzeba raczej uspokoić, więc panowie przychodzą w kombinezonie i grzebią patyczkiem w gardle, ale nawet nie raczą się przedstawić.

Była też aplikacja. Aplikacja jest jak to państwo. Z dykty? Żeby z dykty, z papieru, na rolce, używanego. Otóż aplikacja ta wygląda jak apkowy odpowiednik przekrętu nigeryjskiego, smsy terroryzują rano i wieczorem, w połowie przypadków i tak to nie działa, trzeba używać, bo policja przyjdzie, ale policja i tak przychodzi. Jak się nie dostanie smsa aktywacyjnego, bo np. sanepid źle przepisał numer telefonu z formularza, to w szóstym dniu dzwoni pan z jakiejś komendy, że się nie używa apki. Trochę mu głupio, bo nigdy jeszcze nie ścigał ludzi za nieużywanie apki, zresztą deweloperzy powinni pomyśleć o tym modelu biznesowym, halo, tu policja, instalujemy angry birds albo mandacik. No więc informujesz pana policjanta, że chętnie przekażesz numer, ale jakoś bezpiecznie, przecież nie przez telefon, więc każą pisać oświadczenie i dać tym policjantom, co mieli nie przychodzić, jak się używa apki, tamci śmiertelnie przerażeni, pan jest na kwarantannie, nie tyknę żadnego oświadczenia, to się dyktuje z balkonu, jeśli nie wiecie, to się nazywa cyfryzacja. Ale największy bubel i tak jest prawny, bo ustawa mówi, że „osoba… instaluje…oraz… używa”, a używać to można różnie, tak na oko. Baner na stronie policji sugeruje, że za nieużywanie można wyskoczyć z 30 kafli, chciałoby się to sprawdzić, ale co z tym dalej, to – niech mnie prawnicy poprawią, jeśli się mylę – wcale nie jakieś rozporządzenie określa, a regulamin i FAQ, może regulamin w jakiejś apce to jest już w tym kraju źródło prawa, ale nie słyszałem.

Ideologia demokracji

Oczywiście oni będą przekonywać, że wcale nie powiedzieli tego, co powiedzieli, bo ludzie są im drodzy, a ideologie wrogie, ale naprawdę nie trudno dostrzec w tym stary szkolny żarcik, że się coś mówi, ale przecież nie mówi. Ja o czym innym, jakoś mnie to zaczęło zastanawiać przy okazji pierwszej nagonki na ideologię gender, kiedy akademicy w popłochu zaczęli się bronić, że jaka ideologia, że czysta nauka, jakby aktywnie zapomnieli, że badania kulturowe wzięły się z politycznego zaangażowania humanistyki i że sami mają poglądy, których nie boją się przedstawiać w artykułach i na konferencjach, ale przed światem to cicho sza, neutralna nauka. Teraz powtarzamy ten schemat i oburzamy się, że ktoś przypisuje nam ideologię, bo gdzie, jaka ideologia, tu chodzi o ludzi. No oczywiście, że chodzi o ludzi, ale ludzie mają też ideologie. I o ile pamiętam, to na marszach równości co roku wykrzykujemy hasła, które chyba całkiem ładnie podsumowują tę ideologię. Równość dla wszystkich? Solidarność naszą bronią? Miłość jest prawem, a przyjaźń to magia? Chodźcie z nami, my was pokochamy?

Jak ktoś potrzebuje dobitniej, to ideologia LGBT, której promowania chce zabronić Duda, jest ideologią włączającej demokracji, a że nie ma w sumie innej demokracji niż włączająca, no to tak, ideologia LGBT to jest ideologia demokracji. Ewa Bińczyk w „Epoce człowieka” przytacza bardzo ładny kawałek z Bruno Latoura, który komentuje podobne kłopoty klimatologów mierzących się z zarzutami, że uprawiają lobbing, a nie naukę: „Gdy spotykasz sceptyków w kwestii globalnego ocieplenia, którzy mają czelność określać IPCC jako «lobby», o wiele lepiej byłoby odpowiedzieć: «oczywiście, że jest to lobby, lecz pokaż nam, ilu jest was, sceptyków i skąd pochodzą wasze pieniądze (…) w jakim świecie żyjecie, gdzie, dzięki jakim zasobom, jak długo jeszcze, jaką przyszłość wyobrażacie sobie dla waszych dzieci, jaki rodzaj edukacji chcielibyście im zapewnić, jakie chcecie im pozostawić krajobrazy»”.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts.