Nowe „Wesele” Smarzowskiego

Nie wiem jeszcze, co z tym nowym „Weselem” Smarzowskiego. NO BO TAK:

1 - jasne, nie bawi się on, nigdy się nie bawił, w jakieś specjalne subtelności, metafory i analogie walą tu po oczach, jak ktoś nie zauważy, to się powtórzy, dopowie, jak wtedy, kiedy gadanie księdza o tęczowej zarazie przebija gadanie księdza o żydowskiej zarazie, nie da się tego nie zauważyć, a gdyby ktoś miał wątpliwości, czy to wszystko jakoś się łączy, to po prostu jednemu z bohaterów wytatuuje się swastyki na plecach; czasem się mówi o szanowaniu inteligencji odbiorców, no to nie, Smarzowski raczej tej inteligencji u swoich odbiorców nie zakłada,

ALE

2 - ta dobitność, a może po prostu wulgarność, pozwala mu na to, by przywrócić namacalną materialność czemuś, co może zbyt łatwo, a może nieuchronnie przeistoczyło się w powtarzaną łatwo kliszę, a mianowicie Smarzowski bierze organy wzroku swoich widzów i wkłada je do dołów z ciałami zamordowanych Żydów, każe wgapiać się w to, co to znaczy, że jacyś ludzie spłonęli żywcem w stodole,

CHOĆ JEDNAK

3 - Smarzowski dokonuje takiego drastycznego odświeżenia postrzegania, to sam ochoczo sięga po gotowe klisze, buduje z nich większość swoich bohaterów, w ogóle nie sili się na specjalną oryginalność, opowiada zbyt dobrze znaną historię, tylko opowiadą ją silniej, pytanie brzmi, jak daleko jesteśmy w stanie dojść we wzmacnianiu tego komunikatu i czy zbyt podkręcony w końcu nie zadziała paraliżująco,

PRZY TYM

4 - też jak przy poprzednich Smarzowskich istnieje ryzyko, że cała ta historia zostanie odebrana jako kolejny dobry powód, by zadowoleni z siebie kulturalni odbiorcy kultury nie mieli nic wspólnego z ludem, który chleje na weselach, hoduje świnie, słucha disco polo i morduje Żydów,

JEŚLI JEDNAK

5 - ten film ratuje się przed takim odbiorem, to tylko w ten sposób, że w ogóle nikomu nie pozwala się poczuć lepiej, że wszystkich swoich bohaterów, ale i wszystkich swoich widzów wciąga w gęstą siatkę przemocy, w której nikt nie pozostaje bez skazy, zmusza więc do zidentyfikowania się z tym, co najgorsze, ale nie w jakichś tamtych, ale po prostu w nas,

ZRESZTĄ

6 - nie kupowałbym zbyt łatwo hasła, które powtarzało się przy poprzednich Smarzowskich, a przy tym jest najwyraźniej jakimś sloganem promocyjnym, że ten seans miałby sprawić, że widzowie staną się lepsi, bo, rany, tak to nie działa, że się naoglądamy drastycznych obrazów, a potem to już będziemy już tylko mili, uczynni i przejdziemy na weganizm,

BO W OGÓLE

7 - to nie jest film, który pozostawiałby jakieś miejsce na myślenie o ratunku, naprawie czy choćby zmianie, przeciwnie, cała ta przemoc staje się jakimś fetyszystycznym obiektem celebracji, czymś odpychającym, ale jednak fascynującym, na tym przecież stoi cały Smarzowski, ale żeby to działało, to naprawdę nie może tu być mowy o jakichś scenariuszach ratunkowych, to jest taki film, w którym, rany, nawet świnia nie pozostaje niewinna (bingo Smarzowskiego odhaczone? odhaczone),

DO TEGO

8 - nikt tu przecież, to znaczy w świecie Smarzowskiego, nie wierzy, że przejście na wegetarianizm albo równouprawnienie – bo też jeśli w całej tej historii szukać jakichś źródeł, jakichś praprzyczyn całej tej przemocy, to byłyby te dwa: przemoc wobec zwierząt, przemoc wobec kobiet – naprawdę mogłyby coś załatwić, to jest świat, w którym przemoc tkwi w samej naturze, a z naturą nie da się nic zrobić,

I DLATEGO

9 - największą wadą tego filmu jest to, że od tego mechanizmu powszechnego obwiniania robi jeden wyjątek, w postaci nieskalanej, niewinnej subtelnej blond, no, nie dziewicy, ale grzeszącej co najwyżej naiwnością albo bezsilnością, takiej po prostu romantycznej Polonii, która ma tu chyba odgrywać ostatnią iskierkę dobra w skądinąd piekielnym narodzie, przez ten myk cała ta bezwzględna krytyka sama staje się nagle jakoś naiwna, bo nie mierzy się już z tym, że każdy jest winny i z tym trzeba jakoś dilować, ale kontrastuje tę powszechną winę z jakąś niemożliwą niewinnością, z którą do tego łatwo mogliby się zidentyfikować odbiorcy z punktu 4,

ALE Z DRUGIEJ STRONY

10 - na tym polega największa zaleta tego filmu, że Smarzowskiemu udaje się stworzyć niesamowicie gęsty splot przemocy, na którą składają się, jasne, antysemityzm i homofobia, ale też mizoginia, maczyzm, religia, wyzysk klasowy, przemoc wobec zwierząt, globalny kapitalizm, wóda, a do tego choroba i śmierć, i ten splot robi ostatecznie niesamowite wrażenie, kiedy cała jego nieprzenikalność nagle odbija się na sparaliżowanej twarzy Roberta Więckiewicza,

A MIMO WSZYSTKO

11 - kiedy pod koniec słychać, jak Mikołaj Trzaska gra na klarnecie „Rotę”, ale tak, jak mógłby to zagrać klezmer z Jedwabnego, to przez chwilę ma się to przejmujące poczucie, że w jakiejś niemożliwej historii alternatywnej wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej.

View the most recent posts on maciej jakubowiak, all of the posts in the archive, or browse the tags.