Koniec z akademią

No to koniec z akademią. W sumie już będzie z tydzień, ale jakoś nie umiałem się zebrać. Po 10 latach uczenia, po 16 latach z uniwersytetem, po 28 latach w różnych szkołach po różnych stronach biurka, chyba najwyższy czas.

Studia to w ogóle chyba najważniejsza historia. Wyjazd z Żor, rok na historii (bo matura z polskiego nie poszła, wyobraźcie sobie), taki rozbieg do polonistyki, na której od razu poczułem się jak ryba w wodzie. I wykłady, i kłótnie na zajęciach, i koła naukowe (i nawet rada kół naukowych, rany, jaki ja byłem wtedy z siebie dumny). I najważniejsze wtedy przyjaźnie, z których nic już nie zostało. Licencjat pisany przez cztery dni bez spania, magisterka trochę przytomniej, doktorat w różnych porywach, konferencje, wyjazdy, trzy razy w USA w ciągu pół roku, celnicy patrzyli na mnie podejrzliwie. Akademia była moim największym marzeniem, odkąd skończyłem 15 lat, chciałem być profesorem. I naprawdę bardzo późno się zorientowałem, że właściwie nie powinno mnie tam być.

A teraz koniec. Jak żegnałem się z ostatnimi studentami (no tak), to internet zaczął przycinać i usłyszałem: „Jeśli pan coś do nas mówi, to my tego nie słyszymy”. Tak to się właśnie skończyło.

Jasne, rozstanie to moja decyzja. Przynajmniej w dużej mierze, bo też akademia nie tak łatwo odpuszcza, chętnie sięga po kłamstewka i w sumie jest deczko toksyczna. Kiedy na przykład wykorzystuje nisko płatną pracą doktorantów, a potem przez lata trzyma w swoim polu grawitacyjnym fantastycznych ludzi, łudząc ich wizją etatu. Ja po prostu w pewnym momencie zdecydowałem, że startowanie w kolejnych konkursach na stanowiska byłoby bez sensu. Słabo już znosiłem konferencje, na których wszyscy przysypiali, i teksty naukowe w znakomitej większości nudne jak flaki z olejem, przyczynkarskie, robiące z igły widły. Choć nic w tym dziwnego, tak to jest wszystko zorganizowane, że trzeba pisać dużo i nieustannie przypominać, jakie to wszystko mądre i specjalistyczne. To ważna sprawa dla dużej części humanistyki, która wciąż musi udowadniać, że jest nauką, żeby utrzymywać się w strukturach, choć wcale nią nie jest. A jeszcze więcej pary idzie w utrzymanie hierarchii, tych wszystkich szanowny panie profesorze, droga pani doktor habilitowana. Może tak to już jest w przypadku wielkich organizacji, że w końcu najbardziej zajmują się sobą, ale jakoś żal, że praca tylu naprawdę wybitnych, błyskotliwych, inteligentnych głów jest tak słabo zorganizowana.

Mógłbym tak długo narzekać, brałem już udział w podobnych seansach, one się nie kończą. Ale mam przecież od akademii to, co mam. Choćby ten doktorat, długo nie wierzyłem, że to się uda, a jak się wreszcie udało, to było wielkie nic, ale czasem się przydaje. Mam trochę porządnie przeczytanych książek, jedną książkę napisaną i lata ćwiczeń z różnych sposobów myślenia, tego się tak łatwo nie pozbędę. Mam parę niezapomnianych zajęć, kiedy naprawdę można się było pokłócić o literaturę. Takie wspaniale odczapowe kursy prowadzili Paweł Bukowiec, Jarek Fazan, Jakub Momro, Iwona Puchalska. Za takimi dyskusjami, kiedy wszystko jest bardzo na serio, choć przecież z gruntu niepoważne, chyba najbardziej tęsknię.

Ale co tu dużo, przecież widać, że nie pasowałem do tej togi. A może toga nie pasowała na mnie.

View the most recent posts on maciej jakubowiak, all of the posts in the archive, or browse the tags.