Mały topór

Wszyscy już pewnie widzieli, ale jak kto nie widział, to niech czym prędzej nadrobi, bo „Mały topór” to jest arcydzieło. Jeśli ktoś myśli: to nie dla mnie, co mnie obchodzi karaibska diaspora w Londynie lat 60., to spieszę wyjaśnić, że to jest taki serial (cykl, antologia, no, 5 osobnych filmów, łącznie prawie 7 godzin), bez którego w ogóle trudno cokolwiek zrozumieć: jak w życie wciska się polityka, jak się zmienia świat, co to znaczy być u siebie, czym jest zaangażowanie.

Nie jest to dydaktyczna pogadanka, nic z tego, choć pierwszy odcinek mógłby coś takiego sugerować: dobrzy bohaterowie i źli policjanci, dobre protesty i zły proces – trzeba było to pokazać, żeby zrobić dla tej opowieści ramę. Ale już drugi odcinek całą tę ramę rozpycha od środka: ciałami w tańcu, wypasionym soundsystemem i napięciami, od których się tam iskrzy. Nie widzieliście jeszcze tak opowiedzianej historii.

I przez całość, przez te pięć odsłon, przewija się ta podwójność: konkrety społecznej walki i marzenie o tym, żeby tańczyć. Kolejni bohaterowie widzą przecież, że ktoś wytoczył im wojnę (ten ktoś najpierw ich do siebie zaprosił), ale chcą też wierzyć, że to wcale nie im. Cały ten serial taki jest: pokazuje, jak głęboko zakorzeniona jest przemoc, a potem wynajduje wyjątki. Wcale nie po to, żeby przy ich użyciu unieważniać reguły (jak co poniektórzy optymiści, dla których z z czarnym prezydentem skończył się w USA rasizm), ale żeby pokazać, że czasem się da, a skoro tak, to trzeba starać się bardziej.

View the most recent posts on maciej jakubowiak, all of the posts in the archive, or browse the tags.