Telenowela z miliardem bohaterów

(To notka napisana w ubiegłym roku, ale chyba nigdzie się nie ukazała).

Kiedy Kong Mingliang, starosta miasta Eksplozja, dowiaduje się, że jego żona urodziła syna, ze stalówki jego pióra wyrasta kwiat. Ale to nic, bo podpisane przez starostę dokumenty uzdrawiają chorych i przeciwdziałają suszy. Ale to wciąż nic, bo prywatna armia sformowana przez jego brata, Kong Mingyao, w trzy dni potrafi wybudować ogromną sieć metra i największe lotnisko na świecie. Jednak największym cudem w historii tego chińskiego miasteczka jest jego nadzwyczajny rozwój gospodarczy.

„Kroniki Eksplozji” Yan Lianke (przeł. Joanna Krenz) – napisane w 2013 roku, a teraz przełożone na język polski przez Joannę Krenz – są próbą oddania w mikroskali powojennej historii Chin, a szczególnie gwałtownego rozwoju, który od lat 60. wyprowadził kraj na pozycję drugiej największej gospodarki na świecie. Eksplozja jest górską wsią, której mieszkańcy, aby się wzbogacić, najpierw podkradają towary z przejeżdżających pociągów, a następnie wysyłają swoje córki do wielkich miast, aby tam trudniły się prostytucją. Od tego momentu idzie już z górki: niezmordowany sołtys, a potem burmistrz Kong Mingliang oraz jego specjalizująca się w przemyśle rozkoszy żona, Zhu Ying, doprowadzają Eksplozję do statusu metropolii.

Yan Lianke określa swoją metodę literacką mitorealizmem – poszukiwaniem prawdy pod powierzchnią zjawisk, które na pierwszy rzut oka są zbyt złożone i migotliwe, by dało się je zrozumieć. „Mamy dziś w Chinach nierzeczywistą rzeczywistość, nieistniejące istnienie, niemożliwe moż­liwe. Świat, w którym rządzą dziwne prawidłowości, niewidzialne i nienamacalne” – twierdzi autor. To stąd w „Kronikach Eksplozji” te wszystkie nadnaturalne zjawiska – przede wszystkim roślinność i ptactwo reagujące gwałtownie na silniejsze emocje bohaterów, a także groteskowe wyolbrzymienie postępów miasta, które potrafi rozrastać się z dnia na dzień.

Jednak nieprzypadkowo autor powołuje się we wstępie na „Sto lat samotności” Marqueza. „Kroniki Eksplozji” to przede wszystkim dzieje rodziny. Ważniejsze od polityki i ekonomii wydają się tu pragnienia, zazdrość i napady pożądania, wobec których muszą skapitulować racjonalne argumenty. Ponad 500 stron powieści można więc też czytać niemal tak, jak ogląda się rozpisaną na kilka sezonów telenowelę.

Sam autor, urodzony w 1958 roku Yan Lianke, to ciekawa postać. Przez ćwierć wieku pracował w wojskowym departamencie propagandy, kiedy jednak w latach 90. zaczął pisać powieści, niemal od razu zostały objęte cenzurą. Pomimo umiarkowanej aprobaty w kraju, międzynarodowa kariera pisarz rozkwitła. W 2014 roku otrzymał nagrodę Franza Kafki (skądinąd drugiego patrona mitorealizmu), dwukrotnie był nominowany do międzynarodowego Bookera (ostatnio właśnie za „Kroniki Eksplozji”), a przed rokiem „New Yorker” poświęcił pisarzowi obszerny reportaż. Wymienia się go wśród kandydatów do literackiego Nobla. W Polsce jest obecny zaledwie od maja, kiedy ukazał się jego „Sen wioski Ding”.

Trudno byłoby uznać „Kroniki Eksplozji” za próbę zadenuncjowania chińskiego ustroju. Jasne, autor bez skrępowania pisze o rozpanoszeniu korupcji, ale już o do poważniejszych win władz tylko nawiązuje, jak we wzmiance o „słynnym na cały świat placu Tian’anmen” czy w epizodzie z odrealnioną ofiarą z kilku tysięcy zakrwawionych nóg niezbędnych do wybudowania lotniska. Powieść jest raczej próbą zrozumienia własnego kraju i rządzących nim obsesji.

To niełatwe zadanie jest zarazem niezwykle fascynujące. Niedawno inny chiński pisarz, Ning Ken, postulując – zupełnie jak Yan Lianke – nowy gatunek literacki (nazwał go ultranierealizmem), twierdził, że tylko literatura może nam pomóc zrozumieć Chiny. „Żadna inna metoda się nie sprawdzi”.

View the most recent posts on maciej jakubowiak, all of the posts in the archive, or browse the tags.