Wypadek na autostradzie

Tak się złożyło, że tydzień przed drugą turą spędziliśmy na wsi, głęboki PGR, bloki i domki stawiane byle jak, raczej szaro i brudno, tyle że ten piękny park, stare drzewa, w środku ruiny dworku, a za parkiem dolinki, jeziora, absurdalne piękno. Nie, nie objawiła mi się tajemnicza wola polskiego ludu, nie zostałem też, za sprawą magicznego dotknięcia empirii, politologiem czy socjologiem. Co mi się objawiło, ale to już dawno, to wielki betonowy płot, który oddzielił park od wsi, bo reprywatyzacja i trzeba pilnować swojego. Niedawno objawił mi się też asfalt, który w końcu się pojawił na głównej i jedynej drodze we wsi, dokładnie wzdług tego płotu. Przynajmniej tyle.

W powyborczy poniedziałek, kiedy było już wiadomo, że klęska i że kraj podzielony po równo, jechaliśmy z północy na południe, na autostradzie był wypadek, więc zjechaliśmy w jakieś boczne wioski, najpierw przez pole kukurydzy, potem wioska za wioską. A później, żeby uniknąć korków, pojechaliśmy ulubioną trasą przez Lelów – fantastyczny kawałek kraju, między Częstochową a Krakowem żadnego większego ośrodka, żadnego większego nic. W ogóle, warto czasem zjechać czasem z autostrady, bo czy to może być przypadek, że PO przegrało niedługo po tym, jak oddało tyle kilometrów nowych dróg? Fantastyczne są te dróżki na prowincji, pola po horyzont, aleje drzew, i nieodłączny element rozpiździelu, nowe magazyny i fabryki dolepione do starych i w ruinie, kupy gruzu rozrzucone tu i tam, rozpadające się domy, a przy nich zadbane ogródki, więc ktoś tak żyje. I ani jednego sklepu z tej czy innej sieci, czasem tylko pawilon z napisem „sklep ogólnospożywczy”.

Jechaliśmy i próbowaliśmy to zobaczyć, ten – jak się sugeruje –wielki podział społeczny, połowa za demokracją i prawami człowieka, połowa za czymś raczej innym. Liczyliśmy po drodze plakaty z Dudą i Trzaskowskim, było mniej więcej po równo, może im bardziej na wieś, tym więcej tego pierwszego. W jednym z tych sklepów kupowałem wodę, przede mną jakaś para gadała z kasjerką: „Może już ci wystarczy?” – to ona; „Ja już nie mogę tych twoich uwag, ja już mam swoje lata i się nie zmienię” – to on. Pomyślałem, że może o to chodzi, że PiS celnie rozpoznał tę potrzebę.

Pamiętam lata 90. jako intensywny okres zmian, wymyślania się na nowo, wyrywania się z polskości – staraliśmy się wszyscy, starzy i młodzi, rodzice i dzieci, ale wciąż nie byliśmy dość europejscy. No i jasne, warto się zmieniać, kwestionować przyzwyczajenia, zrzucać tożsamości, życie to ruch; jasne, ale najbardziej radykalni artyści krytyczni muszą przyznać, że czasem człowiek lubi po prostu, jak się go doceni za to, jaki jest. Stara się, no, stara, ale już lubi ten bigos, kiełbasę i wódkę, jakoś owoce morza mu nie podeszły, może nieświeże były; i lubi to disco polo, proste melodie, do potańczenia. Przez tyle lat słyszał, że to badziewne, obciachowe, wsiowe, polskie, kjiełbasiane, może próbował innej muzyki, Waglewskich czy Marii Peszek, co ciągle puszczali w telewizji, ale też jakoś nie podeszło. I w końcu nie wytrzymał, i mówi: No ja się już kurwa nie zmienię, mam swoje lata i jestem, jaki jestem, lubię disco polo zagryźć kiełbasą, niech już ci wszyscy Europejczycy idą się ogolić.

Myślę o tym, bo w końcu co takiego zrobił PiS, żeby przyciągnąć głosy ludzi z prowincji, bez wyższego wykształcenia, raczej niechętnych modernizacji? No owszem, dał dodatki, i to jest nie do przeceniania, bo jak się mieszka w mieście i ma wykształcenie, to takie 500+ można sobie zorganizować podwyżką albo zmianą pracy; ale jak się mieszka za ekranem autostrady, to takie 500+ to jest jakościowy skok. No ale z punktu widzenia zarządzania państwem to jest jednak dość wulgarne posunięcie, w neoliberalnym stylu. Ale to, co się zmieniło, to styl. Już nie: musimy zacisnąć pasa, zgolić wąsa i przeć na Zachód; ale: tu jest Polska, a wy jesteśmy Polakami, i dobrze, dajcie ten bigos. Ta banalna zmiana pozwoliła z Morawieckiego, neoliberalnego bankiera, i Dudy, doktora nauk prawnych, zrobić jakichś przyjaciół ludu. Oni nawet nie są przekonujący w tych rolach, to mnie zszokowało, bo dopiero w ostatnim tygodniu oglądałem telewizję, no jak premier na wiecach przemawia, to widać, że wolałby nie. A jednak działa.

Mówi się teraz, że trzeba pojednać naród, odbudować wspólnotę, zasypać przepaść. Ale jeśli metaforą dla narodu ma tu być spójna psychika pojedynczego człowieka, to z tą jednością chyba nie odrobiliśmy lekcji z literatury modernistycznej, która sto lat temu wiedziała, że w jednym człowieku zawsze jest więcej niż jeden człowiek. I w sumie kraj podzielony tak równo wydaje mi się całkiem przekonujący, bo jakoś to się zgrywa z moim doświadczeniem. Że przez pół życia człowiek pracuje nad tym, żeby przestać być sobą i stać się kimś lepszym; żeby to się udało, musi trochę znielubić dotychczasowego siebie – czy się rzuca palenie, czy się odchudza, czy się dokonuje awansu społecznego. No a potem, jak już się dokona, to się okazuje, że ta znielubiana przeszłość jednak człowieka dogoni, że dawnych tożsamości tak łatwo się nie porzuca, że one jednak cię dogonią i kopną w dupę; a potem jeszcze od tych lepszych, do których chciałeś doszlusować, usłyszysz, że nielubienie prowincjonalnego siebie jest klasistowskie i źle o tobie świadczy. No więc wydaje mi się, że Polska jest dokładnie w takim momencie: „wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie” (to nie moderniści, to Sęp).

Zastanawiałem się, czy tym ludziom w sklepie, gdyby mnie zapytali, poleciłbym z pełnym przekonaniem głosowanie na Rafała Trzaskowskiego. Czy mógłbym im spojrzeć w oczy i powiedzieć: nie wykiwa was, nie zabierze 500+, nie będzie się nabijał, że lubicie wódkę i kiełbasę. Zastanawiałem się. Zawsze czuję się w takich miejscach trochę jak kosmita, z tym swoim wegańskim hotdogiem i pracą w magazynie kulturalnym. Sam pochodzę z zadupia, więc nie chodzi tu o jakieś prowincjonalne safari, ale przecież projekcje są nie do uniknięcia: to mi się wydaje, że tak muszę być widziany, tyle wystarcza. A może chodzi o coś prostszego: bo jak wjeżdżaliśmy w nocy do Krakowa, to nagle poczułem się jak w jakimś tunelu ultrawysokich prędkości, mnóstwo świateł, ruchu. No inny przecież świat.

Nie jestem pewien, co z tego wszystkiego wynika. Wiem na pewno, że dla wielu moich znajomych to jest okropna sytuacja, szczególnie po tym, co usłyszeli w kampanii wyborczej; a skoro dla nich, to i dla mnie. Musimy więc dbać o siebie nawzajem, solidarnie, uważnie; i musimy walczyć na tych odcinkach, które są do uratowania. Ale co zrobić, żeby to się zmieniło w raczej bliższej przyszości? Jest taka naukowa sztuczka, bo przecież naukowcy też mają swoje uprzedzenia i też znają wyniki przed badaniem, ale wiedzą też, że ta sztuczka może im pomóc zdobyć lepsze dane: trzeba na chwilę założyć, że się nie wie.

View the most recent posts on maciej jakubowiak, all of the posts in the archive, or browse the tags.