„Cieśniny” Wojciecha Nowickiego

Piszę swoje, więc trochę mniej czytam na bieżąco, i dopiero teraz to odkrywam (na szczęście Zosia Król pisała w 2t i celnie), choć to od razu kłopotliwe, bo jemy z Wojtkiem w tej samej pizzerii i wydawnictwo też to samo, ale „Cieśniny”, no, co to jest za proza, obsesyjna, rozpędzona, z kilku motywów – epilepsji, łażenia, szaleństwa, rycia w ziemi, podziemnych wód – splatająca substancję gęstą i lepką, że jak się w niej zanurzyć, to już się tego łatwo nie zmyje. Jest w tym poczucie nadchodzącej katastrofy, nadchodzącej od dawna już, może od zawsze, to poczucie, że „Muchy wepchną się wszędzie, wypełnią mieszkania, będą obsiadywać ludzkie ciała, wcisną się do oczu i ust, aż się stanie jasne, że nie ma ratunku i kończy się czas człowieka”, bo też miejsca, które odkrywa Nowicki, są odwieczne i współczesne, jak ta „kraina u stóp gór, którędy fruwają plastikowe śmieci, gdzie sterczą wypalone drzewa; albo jeszcze: kraina ochrowych pagórków, zapachu uryny i kurzu”. A jeszcze i to, że bez wikłania się w polityczne słowniki, autor rozprawia się tu z „Biegunami”, i w ogóle z nowoczesną manią ruchu, odkrywając ich podziemny, bagnisty nurt. Chciałoby się, żeby to meandrujące pisanie się nie kończyło, bo to nie jest tylko książka, to jest ruch stylu, który drąży w materii. Zróbcie sobie – no, to nie jest przyjemność, to jednak coś całkiem innego, ale zróbcie sobie to.

View the most recent posts on maciej jakubowiak, all of the posts in the archive, or browse the tags.