O nowym Franzenie w „Książkach” 

Mówcie, co chcecie, ale Franzen to jest kozak. Po tym, jak go wszyscy okrzyknęli dziadersem, co się twittera boi, wjeżdża z powieścią, w której koleś jedzie samochodem przez 150 stron. I przez jakieś 400 jest grillowany, żeby w kolejnych 400 trochę się usprawiedliwić. A poza tym jest tu kilka innych świetnych postaci, może najlepsza żona tego kolesia, w której takie się dzieją sprzeczności, że spróbujcie to sami napisać. A czy wspomniałem, że koleś jest pastorem i że ta cała powieść o rewolucji obyczajowej w latach 70., z seksem, trawą i rozwodami, dzieje się na zapleczu parafii? I że to dopiero początek całej trylogii? No kozak. Więcej o „Na rozdrożu”, czyli „Crossroads”, piszę w „Książkach”, gdzie zaliczam także cameo w tekście, który Natalia Szostak napisała o Sally Rooney. Dobra, dobra, a jak przekład, zapytacie? Not great, no terrible, Franzen zdecydowanie zasługuje na bardziej błyskotliwego tłumacza, ale sam też nie jest w tej powieści mistrzem stylu.

Klimat i koniec świata 

Kiedy Filip Springer zapytał, czy bym nie chciał trochę pogadać o klimacie i apokalipsie, to pewnie, że chciałem. Znaczy się o tym, dlaczego chętnie sięgamy po koniec świata, kiedy próbujemy sobie wyjaśnić kryzys klimatyczny, w jakie tarapaty nas to wpędza. No i jak moglibyśmy sobie opowiedzieć to wszystko inaczej. W Radio TOK FM właśnie ukazały się cztery odcinki audycji „Zmieniamy opowieść. Kryzys klimatyczny jako kryzys wyobraźni”, za który odpowiadają Climat-KIC Polska i Szkoła Ekopoetyki. Gadają Andrzej Marzec, Magdalena Budziszewska, Marta Marczuk, no i ja. Jak to nagrywałem, to mało się nie udusiłem przed mikrofonem, a jeśli tego nie słychać, to zasługa Krisa Wawrzaka i Sławka Sobczyka ze studia Efektura oraz Dyby Lach.

Głos pana Lema 

Kiedy po raz pierwszy zapoznałam się z jego treścią, uśmiałam się z ironii, która sprawiła, że ta opowieść o próbach odkodowania tajemniczego sygnału z kosmosu dotarła do nas jako tajemniczy sygnał, tyle że z odległej przeszłości

– pisze na gościnnych łamach „Popmoderny” Tracies Beinther, badaczka dawnych kultur z przyszłości, w której coś się zmieniło, chyba na lepsze. „Głos Pana” Lema, opowieść o próbach zrozumienia, staje się tu głosem pana Lema, który próbuje się zrozumieć, choć nie bywa łatwo.

Dzięki dla gościnnej redakcji, że przyjęła ode mnie ten odkodowany i nieudolnie przełożony sygnał z przyszłości. W cyklu „Lem: Rewizyta” wiele znakomitych krytyczek i równie znakomitych krytyków czyta sobie Lema na nowo.

Ostatni ludzie na akademii w Łodzi

Jeśli rozumieć wolność jako swobodę, jako pewien komfort myślenia, działania, swobodę wybierania tego, czym chcemy się zajmować, co sobie wyobrażać, to bliskość katastrofy temu nie sprzyja

– przy okazji wizyty w łódzkiej Bibliotece Wolność opowiadałem do obiektywu Kalejdoskopu Kultury o końcach świata i końcu z akademią.

Plagiat czy nie plagiat

Plagiat czy nie plagiat, a może samo postawienie spraw w ten sposób to największy problem? Bo kiedy wprowadza się logikę własności do języka, który z definicji opiera się na współwłasności, to potem trzeba wykonywać jakieś akrobacje, żeby wyznaczyć granice między plagiatem a oryginalnością. Poza (niby) dość prostą sytuacją, że ktoś juma całe zdanie albo akapit, wszystko inne to szara strefa.

Mój ulubiony przykład to Karol Irzykowski, który próbował to kiedyś zrobić, ale w ferworze polemicznym przeszedł prędziutko od przepisywania zdań, przez nieujawnione inspiracje, do naśladowania ducha narodowego. A może najprzytomniej potraktował całą tę sprawę T.S. Eliot, kiedy bezczelnie napisał, że „niedojrzali poeci imitują, dojrzali poeci kradną”. O tym, skąd się wzięły te kłopoty i jak próbowano sobie z nimi radzić, napisałem całą książkę, „Nieuchronny plagiat” (można sobie pobrać z friko).

Ale to też coś, z czym na różne sposoby zderzam się w pisaniu. Bo jak się dużo czyta, to szybko się okazuje, że wszystko, cośmy tam sobie powymyślali, ktoś już jakoś powiedział. Więc można obficie cytować (to dlatego zrobiłem kiedyś esej żałobny gęsto usiany kawałkami z innych tekstów żałobnych), ale na dłuższą metę to trudno strawne dla czytelniczek i czytelników, więc czasem po prostu lepiej zapomnieć o tym, co się przeczytało, albo wcale nie czytać, albo, jak Eliot, podpierniczać i przerabiać na swoje. Bo to ostatecznie żadne podpierniczanie, tylko gadanie tym samym językiem, tą samą kulturą, a im bardziej ona jest wspólna, tym lepiej.

A obrazek jest Boba Maya, Bob wycina stare obrazki i układa je w nowe obrazki, a potem udostępnia, żeby każdy mógł sobie wkleić, bądźmy jak Bob.

DART

Fun fact. Wczoraj NASA wystrzeliła w kosmos sondę DART, o której wspominam w „Ostatnich ludziach”. To skrót od: Double Asteroid Redirection Test. Po naszemu: kosmiczny bilard. DART ma zderzyć się z asteroidą Didymos i spróbować zmienić jej trajektorię. NASA chce sprawdzić, czy to skuteczny sposób na ochronę Ziemi przed obiektami nadlatującymi z kosmosu. Brzmi jak historyjka z „Armageddnu” i „Dnia zagłady”? Jeszcze jak. Zderzenie zaplanowano na 26 września 2022.

Przy okazji polecam książkę „Fire in the Sky” Gordona L. Dillowa, pouczający reportaż o tym, co nam spada na głowy.

„Maid”

No więc „Maid”. To jest taki emocjonalny rolerkoster, że trochę nie mogłem. Historia od samego początku jest niemożliwa: jak tu sobie poukładać życie kompletnie od nowa, kiedy na boku wisi małe dziecko i nic więcej się nie ma, jak się wspinać po tej drabince, w której tylko co trzeci szczebel nie jest przegniły. I oczywiście nie ma tu żadnego od nowa, bo zaszłe historie wciągają w swoje bagno.

Dawno, a może nigdy, nie widziałem historii, która tak precyzynie pokazywałaby doświadczenie biedy, to ciągłe liczenie pieniędzy, ten moment na stacji benzynowej, kiedy chwila zagapienia wystarczy, żeby wpaść w upokarzające długi. I ten moment na stacji promów, kiedy wszystko właściwie jest już przegrane, bo bezsilność obezwładnia, ale jednak się wstaje i idzie.

A twórcy nie lecą przy tym zwykłym traumatycznym realizmem, bo dla stanów emocjonalnych, w które wpada bohaterka, wynajdują naprawdę błystkotliwe chwyty i skróty, jak z tymi formularzami, które nagle zaczynają lecieć fakami, i tą sceną w sądzie „legal, legal, legal”. I może najbardziej pod koniec, kiedy trzeba w jednym odcinku pokazać, że powrót do punktu wyjścia może się zdarzyć nie raz, nie dwa, tak jak mówiła szefowa schroniska, więc Alex wpada tu w jakieś paranoiczne wizualne loopy. (Zaprawdę, nie czytałem książki, czy książka też jest taka pomysłowa?).

Ale miotało to mną emocjonalnie, a ja bardzo nie lubię, to od razu sobie szukałem dziury w całym, żeby się bronić. Bo w ogóle tak tu się z nami pogrywa, że głównej bohaterce może się przydarzyć wszystko, jak jakiemuś Hiobowi. Jak wtedy, kiedy cokolwiek się ogarnęła, a tu nagle ten grzyb wyrasta na ścianie. I jasne, czasem tak się dzieje, ale kiedy w opowieści za często korzysta się z takich chwytów, to trochę się to robi bez sensu, bo może się zdarzyć wszystko, a widzom pozostaje tylko śledzić kolejne zwroty. Trochę tak tu jest z Andie Macdowell, która bardzo się tu stara, gra chyba na całym swoim wizerunku i w ogóle jest fantastyczna, ale cały ten wątek matki to jest już jednak za dużo.

A jeśli w tym wypadku ta Hiobowatość historii jakoś wyjątkowo nie gra, to dlatego, że ta bohaterka, Alex, taka jest doskonała, poukładana, przezorna, skrupulatna, uparta, inteligentna, ogarnia te wszystkie formularze i programy, ogarnia całą logistykę do punktu niemożliwości i dalej. Trochę jest tak, jakby cała ta sytuacja, ta z chłopem alkoholikiem żyjącym w baraku w lesie, ale i ta z niezdiagnozowaną matką, wcale się na niej nie odcisnęła. Zresztą inne bohaterki też takie są, idealne, ogarnięte, jak na tym kółku pisarskim, kiedy okazuje się, że praktycznie każda załapałaby się co najmniej na Pulitzera. Nie mówię, że to się nie zdarza, po prostu jak człowiek dostaje swoje od życia, to bywa też trochę mniej ogarnięty i mniej racjonalny, a na pewno mniej miły, i to też trzeba brać pod uwagę.

Tymczasem tutaj nie bardzo wiadomo, dlaczego Alex popełnia te wszystkie fakapy, dlaczego nagle ściąga typasa do nieswojego domu, dlaczego zaprasza ludzi do swojego nowego idealnego mieszkania. Alex, przecież widzimy, że jesteś ogarniętą laską, to co ty w ogóle robisz?

Może to tak musiało być, żeby, nie wiem, zyskać sympatię tak zwanej szerokiej widowni dla tej nieatrakcyjnej historii, bo gdyby bohaterka była trochę mniej urocza i oczytana, to tak zwana szeroka widownia zrzuciłaby to wszystko na nią, a tak, to widać, że dziewczyna w porządku, tylko świat skurwiały.

Może dla tej widowni jest też ten plakat z nią i z nim, sugerujący, że będzie tu chodziło o kolejną miłosną relację. To już dość okropne, prawdę mówiąc, i czasem miałem wrażenie, że wykorzystuje się tu bolesny materiał życiowy tylko po to, żebyśmy wypracowywali te swoje oczogodziny dla Netflixa.

I trochę mam wątpliwości z tym najważniejszym rozwiązaniem, po które twórcy sięgają dwa razy, mianowicie że w sytuacji kompletnej niemożliwości, kiedy Alex ma udowodnić, że działa się jej krzywda, nagle przychodzi ten zachlany koleżka na białym koniu i mówi, że sorry, on się jednak nie nadaje. Tak jakby jedyna szansa na to, żeby wyrwać się z sytuacji przemocy, opierała się na samym sprawcy przemocy. I może tak to jest, może tak często jest, ale to serial, który próbuje też pokazywać, jak mogłoby być, więc mógłby i taki scenariusz podrzucić.

No więc różnie bywa z tą bohaterką, ale kiedy w ostatnich odcinkach wie już, że nie ma za co temu dupkowi dziękować, że nie powinna mu współczuć, i kiedy mówi przemocowym chłopom, że chyba nie mają o czym rozmawiać, kiedy po prostu milczy, to to jest najlepszy serial superbohaterki, jaki widziałem.

Jak już oglądacie te wszystkie „Sukcesje” i „Białe lotosy”, że jakie to wielkie dylematy mają ci wszyscy bogacze, to obejrzyjcie sobie „Maid”, wtedy pogadamy.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts.