24/7 albo 8/24 

W końcu udało mi się znaleźć pracę, w której nikt nie oczekuje, że będę aktywny od samego rana, mogę za to nadrabiać wieczorami. Pisać i redagować można równie dobrze w środku nocy. Tak zresztą robi wiele autorek i wielu autorów, z którymi współpracuję – widzę to po godzinach nadania maili z tekstami. „Skończyłem”, 3:34. „Napisane”, 5:19. Dopiero niedawno przyszło mi do głowy, że może to nie przypadek. Może sowy, poddawane przez lata szkolnej i zawodowej tresurze, instynktownie szukają zawodów, które w końcu pozwolą im się wyspać?

– kiedy Miesięcznik Znak zaproponował, żebym napisał esej o spaniu i pracy, aż podskoczyłem z radości, bo w końcu mogłem opowiedzieć, jak męczyłem się przez lata, jak przysypiałem na stojąco w autobusie, jak przysypiałem na zajęciach, na które chodziło 5 osób, jak straciłem jedną i prawie drugą pracę, bo rano nie umiem. I nawet miałem ostatecznie obalić kapitalizm za to, że nie pozwala mi spać, ale odkryłem taki twist, że wyszło jak w tytule, czyli ciekawiej. W numerze do tego m.in. Eliza Kącka o tym, że sny to literatura, a Barbara Sadurska o butach, to wiecie, co robić.

Coś dobrego 

Opowiadam to wszystko, pół mojego życia, żeby wyjaśnić, jak to się stało, że kiedy pewnego ranka przeczytałem kilka pierwszych stron „Normalnych ludzi” Sally Rooney, rzuciłem wszystko, co miałem w planach… A potem się męczyłem, czytając kolejne recenzje, nierzadko rozsądnych ludzi, którzy mieszali Rooney z błotem albo pogardliwie ją bagatelizowali. Traktowałem te recenzje osobiście, jakby chodziło o moją własną książkę, a jednocześnie nie mogłem na nie odpowiadać (bo pisałem własną książkę). Czas to nadrobić.

Jest mój dawno zapowiadany, wielgaśny tekst, w którym wyjaśniam, dlaczego „Normalni ludzie” to taka świetna książka (i świetny serial!), a przy okazji spowiadam się z młodzieńczej kochliwości.

„Niebo o północy”

„Niebo o północy”, czyli nowy Clooney na Netflixie, to jest taka historia, jakby ktoś postanowił zmiksować McCarthy’ego i Nolana, ale z „Drogi” zapamiętał tylko, że mężczyzna, dziecko, idą, a z „Interstellar”, że coś ze statkiem kosmicznym, i nie chciało mu się sprawdzać, co to tam dokładnie było. Sam film jest tak pomysłowy, że fabuła musi się podpierać atakami wilków i chmurami kosmicznej zmarzlizny wyskakującymi znienacka, a cała główna intryga (by nie zdradzać za wiele) niesie ze sobą przyjemności wzięte z telenoweli. Clooneyowi nie chce się nawet wymyślać, co tu pozamiatało ludzkość, choć dzisiaj byłoby z czego wybierać, w zamian daje tylko jakieś zgrane obrazki o postępującym skażeniu powietrza. Jasne, historia jest pozornie beznadziejna, bo co tu opowiadać, kiedy wszystko na początku pozamiatane, i świat się skończył, i bohater umiera, ale istnieje kilka niezłych przykładów na to, że da się jednak coś wymyślić, taki zakurzony już „Ostatni brzeg” Neville’a Shute’a, nawet nie mówię o „Melancholii” von Triera (będzie o tym cały rozdział w „Ostatnich ludziach”). Tymczasem wielkie przerażone oczy, którymi Clooney próbuje ogrywać cały swój film (i które, zdawało się, parodiował w „Mężczyźnie, który gapił się na kozy”), to niby reakcja na zbliżający się koniec, ale tak naprawdę na to, że coś by trzeba w tym filmie może opowiedzieć, ale, cholercia, zapomniał wymyślić co.

Śląski 

Ze śląskim mieliśmy trudne relacje, najpierw traktowałem go jak regionalne dziwactwo, jak wtedy, gdy nic nie wyszło z romansu z zapoznaną przypadkiem również 12-latką, bo zajechała po śląsku. W domu mówiło się po polsku, wszyscy przyjezdni i skundleni, to jak inaczej, a Ślązacy to byli ci nieprzyjaźni miejscowi, których się raczej omijało. Potem, w gimnazjum, trafiłem do klasy z tymi miejscowymi, najpierw się załamywałem, w końcu oswajałem, coś sam próbowałem mówić, Marek toczył ze mną liczne o to wszystko spory, to był zresztą koleżka z „domków”, zasadniczy Ślązak, a najlepszy przyjaciel. Chyba wtedy nabrałem akcentu, z którego ktoś się śmiał, jak już zamieszkałem w Krakowie, przeraziłem się ogromnie i szybko wyzbyłem, choć nie wiem, czy skutecznie. Teraz na Śląsku już tylko groby, więc traktuję ten związek jak wszystkie dawne związki, z nostalgią, ale coś tam wiem, coś rozumiem, spoglądamy na siebie z sympatią. Tym bardziej się cieszę, że w Dwutygodniku gadają o śląskim Grzegorz Kulik i Zbigniew Rokita. To pierwsza chyba w tym cyklu rozmowa z kimś, kto nie tłumaczy ani na polski, ani z polskiego.

Bzik 

W Dwutygodniku BZIK, a tam koleżanka Murek zoomuje, kolega Sołtys gra w pingla, koleżanka Drenda zbacza z trasy, kolega Uzdański rozgrywa meczyki, w ogóle wiele przygód, mieliśmy to wypuścić wcześniej, ale świat ukazał swoje mniej zbzikowane oblicze, o tym też jest w numerze, w każdym razie myślę od kilku miesięcy o swoich bzikach, czy to będzie skubanie skórek przy paznokciach, czy podgryzanie policzków od środka (tak zwany autokanibalizm), czy aktualizowanie apek, a może w ogóle ten bzik, żeby mieć porządek w papierach, przez chwilę miałem też taki, że sobie programowałem różne automatyzacje, ale to już się robiło chorobliwe, zresztą pewnie najbliższe skóry te różne bziki języka, dwukropki: wstawiam pasjami, słówko „zresztą” oraz cięcia montażowe, które wprawiają mnie w niezrozumiałą ekscytację.

Projekt „Twardoch” 

Obiecywałem sobie, że już wystarczy, ale Monika Ochędowska namawiała, to spróbowałem inaczej. W Tygodniku Powszechnym piszę o najciekawszej produkcji Szczepana Twardocha: „Szczepanie Twardochu” – multimedialnym work-in-progress lawirującym między Polską i Śląskiem, Warszawą i Pilchowicami, prawicą i lewicą, rozrywką i zaangażowaniem. Jest też o serialu (niezłym, choć jakby za bardzo doświetlonym) i o „Pokorze”, która wygląda jak krytyka wcześniejszych powieści i próba odejścia od ogranych schematów, choć wychodzi to różnie, bo jak się robiło warsztat na maczyzmie, to jak tu nagle pisać o przegrywie. Ciekawostka: chyba tylko jedna recenzja „Pokory” zwraca wprost uwagę, że to powieść o awansie społecznym. O czymś to świadczy, ale to już temat na inną okazję.

Czarny Kraków

Zastanawiam się, jakie słowa mogłyby się tu do czegoś przydać. Bo zrobili to znowu. Dla swoich cynicznych, doraźnych celów, dla załatwienia przepychanek między sobą i przykrycia własnej niekompetencji, najpierw rozpętali kampanię nienawiści wobec tego, kogo się kocha i z kim chciałoby się dzielić własną intymność. A teraz wetknęli swoje brudne łapska w ciała naszych partnerek, sióstr, matek, przyjaciółek, koleżanek. Statystycznie to niby nic takiego, nieco ponad tysiąc przypadków rocznie aborcji ze względu na nieodwracalne wady płodu. Ale ważniejsza jest tu sama możliwość: że jeśli przydarzy się coś takiego, to będzie można liczyć na siatkę bezpieczeństwa podtrzymywaną przez prawo i jego instytucje. Bez tej siatki decyzja o zajściu w ciążę – czy to długo planowana, czy spontaniczna, czasem radośnie nieodpowiedzialna – zostanie przysłonięta przez cień pytania: a co jeśli? Zamiast cieszyć się ze swoimi przyjaciółkami, będziemy mocno zaciskać kciuki, żeby wszystko było dobrze, bo w przeciwnym wypadku zostaną przez to państwo skazane na fizyczne i psychiczne tortury.


Czarny Kraków, 23.10.2020

Fantastyczna jest ta oddolna siatka solidarności, która funkcjonuje zresztą od dawna, a teraz nabiera gęstości. Fantastyczny jest też gniew, który się uruchamia i któremu damy wyraz na protestach. Ale jest też poczucie bezsilności, które sprowadza się do pytania: co możemy zrobić? Najpewniejsza opcja to odsunąć tych ludzi od władzy, to wymaga czasu, zorganizowania, mrówczej pracy, przekonywania i mobilizowania. Ten gniew jest potrzebny, żeby to się udało.


Kraków, 24.10.2020

Nieczuła narratorka 

Rudzkiej chyba wcale nie chodziło o zrobienie wciągającej książki. Przyjemność, jaką można czerpać z powieści, jest raczej perwersyjna i polega na przyglądaniu się powolnej, choć nieuchronnej dekompozycji

– w Dwutygodniku piszę o „Tkankach miękkich” Zyty Rudzkiej. Że jest to powieść o dwóch sflaczałych chłopach, którzy dobiegają swoich dni, można by się spodziewać jakiegoś Schadenfreude, ale Rudzka jest bardziej okrutna, a przez to jej powieść ciekawsza niż doraźne komentarze.

Telenowela z miliardem bohaterów

(To notka napisana w ubiegłym roku, ale chyba nigdzie się nie ukazała).

Kiedy Kong Mingliang, starosta miasta Eksplozja, dowiaduje się, że jego żona urodziła syna, ze stalówki jego pióra wyrasta kwiat. Ale to nic, bo podpisane przez starostę dokumenty uzdrawiają chorych i przeciwdziałają suszy. Ale to wciąż nic, bo prywatna armia sformowana przez jego brata, Kong Mingyao, w trzy dni potrafi wybudować ogromną sieć metra i największe lotnisko na świecie. Jednak największym cudem w historii tego chińskiego miasteczka jest jego nadzwyczajny rozwój gospodarczy.

„Kroniki Eksplozji” Yan Lianke (przeł. Joanna Krenz) – napisane w 2013 roku, a teraz przełożone na język polski przez Joannę Krenz – są próbą oddania w mikroskali powojennej historii Chin, a szczególnie gwałtownego rozwoju, który od lat 60. wyprowadził kraj na pozycję drugiej największej gospodarki na świecie. Eksplozja jest górską wsią, której mieszkańcy, aby się wzbogacić, najpierw podkradają towary z przejeżdżających pociągów, a następnie wysyłają swoje córki do wielkich miast, aby tam trudniły się prostytucją. Od tego momentu idzie już z górki: niezmordowany sołtys, a potem burmistrz Kong Mingliang oraz jego specjalizująca się w przemyśle rozkoszy żona, Zhu Ying, doprowadzają Eksplozję do statusu metropolii.

Yan Lianke określa swoją metodę literacką mitorealizmem – poszukiwaniem prawdy pod powierzchnią zjawisk, które na pierwszy rzut oka są zbyt złożone i migotliwe, by dało się je zrozumieć. „Mamy dziś w Chinach nierzeczywistą rzeczywistość, nieistniejące istnienie, niemożliwe moż­liwe. Świat, w którym rządzą dziwne prawidłowości, niewidzialne i nienamacalne” – twierdzi autor. To stąd w „Kronikach Eksplozji” te wszystkie nadnaturalne zjawiska – przede wszystkim roślinność i ptactwo reagujące gwałtownie na silniejsze emocje bohaterów, a także groteskowe wyolbrzymienie postępów miasta, które potrafi rozrastać się z dnia na dzień.

Jednak nieprzypadkowo autor powołuje się we wstępie na „Sto lat samotności” Marqueza. „Kroniki Eksplozji” to przede wszystkim dzieje rodziny. Ważniejsze od polityki i ekonomii wydają się tu pragnienia, zazdrość i napady pożądania, wobec których muszą skapitulować racjonalne argumenty. Ponad 500 stron powieści można więc też czytać niemal tak, jak ogląda się rozpisaną na kilka sezonów telenowelę.

Sam autor, urodzony w 1958 roku Yan Lianke, to ciekawa postać. Przez ćwierć wieku pracował w wojskowym departamencie propagandy, kiedy jednak w latach 90. zaczął pisać powieści, niemal od razu zostały objęte cenzurą. Pomimo umiarkowanej aprobaty w kraju, międzynarodowa kariera pisarz rozkwitła. W 2014 roku otrzymał nagrodę Franza Kafki (skądinąd drugiego patrona mitorealizmu), dwukrotnie był nominowany do międzynarodowego Bookera (ostatnio właśnie za „Kroniki Eksplozji”), a przed rokiem „New Yorker” poświęcił pisarzowi obszerny reportaż. Wymienia się go wśród kandydatów do literackiego Nobla. W Polsce jest obecny zaledwie od maja, kiedy ukazał się jego „Sen wioski Ding”.

Trudno byłoby uznać „Kroniki Eksplozji” za próbę zadenuncjowania chińskiego ustroju. Jasne, autor bez skrępowania pisze o rozpanoszeniu korupcji, ale już o do poważniejszych win władz tylko nawiązuje, jak we wzmiance o „słynnym na cały świat placu Tian’anmen” czy w epizodzie z odrealnioną ofiarą z kilku tysięcy zakrwawionych nóg niezbędnych do wybudowania lotniska. Powieść jest raczej próbą zrozumienia własnego kraju i rządzących nim obsesji.

To niełatwe zadanie jest zarazem niezwykle fascynujące. Niedawno inny chiński pisarz, Ning Ken, postulując – zupełnie jak Yan Lianke – nowy gatunek literacki (nazwał go ultranierealizmem), twierdził, że tylko literatura może nam pomóc zrozumieć Chiny. „Żadna inna metoda się nie sprawdzi”.

Czego nie może cham

To może jeszcze o „Baśni o wężowym sercu”, bo podczytuję recenzje i czegoś mi w nich brakuje. (Ale że to sprawa dla tych, co już czytali, to chwila wstępu, szansa dla spoilerofobów, żeby się ratować). Nike, podobnie jak nominacja do Gdyni, były w punkt, bo to książka świetnie zrobiona, z akcją, dramaturgią, ale też z melancholijnym wątkiem miłosnym, może najważniejszym. Jest tu rytm, którego Rak nie odpuszcza i jak trzeba, dopełni go małym „tak” po średniku, żeby się zgadzało. Jest splot historii chłopstwa i historii Żydów, podobnie jak to było w „Księgach Jakubowych”, bo narrator Raka odrobił lekcję Benjamina, że historia jest pisana przez zwycięzców, więc trzeba ją czesać pod włos, żeby odkryć ślady pozostawione przez przegranych; ale wie też, ten narrator, że takie historie są tylko zmyśleniem, więc czasem się mnożą i nie wiadomo, która mogłaby być prawdziwa.

No ale jest rzecz chyba podstawowa, która jakoś umyka w omówieniach. Że oni się tam, mianowicie, zamieniają. Szela i Bogusz, cham i pan. Po całej tej mitycznej przygodzie, którą można by wziąć w nawias, wychodzi na to, że Szela, ten od powstania, to zdeklasowany pan, a Bogusz to nobilitowany chłop. Dla myślenia o rabacji ma to ogromne konsekwencje, bo okazuje się, że gniew i pychę, by rzucić się na istniejące stosunki społeczne, mają tylko panowie; chłopi natomiast tak mocno uwewnętrznili – zjedli i strawili – pański pogląd na nich samych, że sami z siebie nie są w stanie nic zrobić. Jest tu więc tak, jak w takiej ludowej nieświadomości, z której zdałem sobie niedawno sprawę przy okazji książki Garapicha, że jak się jest z biedy, a chiałoby się coś zdziałać w życiu, to się fantazjuje (i ja fantazjowałem), że się ma pańskich przodków gdzieś tam, nielegalnych, ale zawsze. Inaczej się nie da.

Ale w powieści Raka ma to dalsze skutki. Przemysław Czapliński (w Czasie Kultury) chyba nie zauważa tej przewrotki z zamianą ról, za to twierdzi, że po mitycznych wycieczkach Szela pozostaje niezmieniony, leje dzieci, żonę skazuje na śmierć, swój chłop. Tyle że to nieprawda. Bo dzieci leje i żonę morduje Bogusz, pan, tak samo zresztą jak lał i mordował chłopów. Natomiast Jakób sprzed przemiany to miły chłopak, i szlachetny, gotowy wziąć na siebie baty za starego Myszkę. I w ogóle świat chłopów u Raka, choć doświadczany niesprawiedliwością i nędzą, jest taką małą międzyludzką arkadią, gdzie wszyscy się o siebie troszczą. I to jest chyba rewers tej przewrotki: jeśli chce się odebrać chłopom zdolność do unoszenia się dumą, to trzeba przymknąć oko na ich porywczość, złość, gniew, ale nie dobry czy zły gniew (co to w ogóle za różnica), tylko gniew jako potencjalność, która może zadziałać tak czy siak. Rak tymczasem przywilej gniewu pozostawia panom. („Chodziło o zemstę za swoje krzywdy i ewentualnie chęć wzbogacenia się na rabunku. Serio, chcemy mieć takich bohaterów?”, mówi Rak w rozmowie z Wodecką, gdzie przyznaje się, że tę zamianę pana w chama to podświadomość mu zrobiła, jeszcze do tej rozmowy wrócę). Zresztą Szela po przemianie w pana pozostaje niezmieniony (Czapliński ma więc rację, ale nie tam, gdzie myślał): melancholijny, spolegliwy, nie bierze się za reformy społeczne, tylko chowa na parę lat w uzdrowisku. W sumie to wersja Twainowskiego „Księcia i żebraka”, ale bez nauczek z tej przemiany. Pan to pan, choćby cham; cham, choćby pan, wciąż cham. (Stanisław Krawczyk w „Małym Formacie” wyłapuje ten konserwatywny wydźwięk, ale na dowód podaje tylko kilka cytatów z narratora).

Sporo tych przewrotek, uporządkujmy. Pan: bywa okrutny, ale potrafi działać. Cham: nie bywa okrutny, więc nie potrafi działać. No więc stawką jest tu to, czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że lud sam potrafi się zorganizować i zawalczyć o swoje interesy. Rak chyba sugeruje, że nie bardzo. Podobnie sugerował Twardoch w Królu, gdzie lud żydowski był bezwolny i w sumie godny pogardy, bo w takim światopoglądzie działać może tylko silna jednostka. Pan, chłopski czy żydowski, ale pan.


Fot. Michał Asanka-Japołł, 1935, Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Tymczasem szykuje się nam rok wielkiej dyskusji o ludowej historii Polski (serio, z siedem książek na horyzoncie) i to pytanie będzie podstawowe. Czy lud potrafi sam działać. Tak się składa, że podobnie jak teoria umysłu – taki przywilej, którym obdarzamy jednych, z którymi chcemy gadać, a innych nie – hipoteza o sprawczości w dużej mierze określa to, co możemy zobaczyć: niemy tłumok czy działającego w swoim interesie człowieka. Co sobie założymy, to dostrzeżemy, bo materia historii jest obfita. Czy chłopi mogli być sprawczy? Czy mieli w sobie na tyle poczucie dumy, żeby poczuć urazę? Czy może tak uwewnętrznili swoją pozycję społeczną, że nic im nie pozostało? To jest w gruncie rzeczy pytanie o to, czy jest w nas coś takiego, czego nie da się zgnieść wielopokoleniową tresurą albo gigantycznym przemysłem rozrywki. Ale być może, żeby to zobaczyć, musimy też dopuścić i taką możliwość, że nasi chłopscy przodkowie byli również gwałtowni, przemocowi, okrutni, niesprawiedliwi. I że niekoniecznie walczyli o wielkie ideały, tylko o swoje pełne brzuchy. (Zobaczcie, że tak samo układa się dyskusja o Solidarności: czy to była walka opozycji demokratycznej, czy robotników, którzy chcieli mieć lepiej).

Rak nie ma racji, kiedy mówi w rozmowie z Wodecką: „to jest książka bardziej o XIX wieku niż o XXI, wtedy rzeczywistość się zmieniała, gdy cesarz doszedł do wniosku, że należy ją zmieniać, a nie wtedy, gdy do takiego wniosku doszedł Szela czy jego pan”. To jest powieść o XXI wieku (sam to zresztą pokazuje w stylu, który nie ukrywa swojej współczesności), a dzisiaj kwestia sprawczości jest równie trudna jak wtedy, a może i bardziej, bo XX wiek pozbawił nas paru złudzeń.

Dałoby się więc z Raka zrobić takiego konserwatystę, który robi wiele zamieszania o chłopstwo, a na końcu wykonuje przewrotkę, która całe to zamieszanie unieważnia. Ale coś mi się tu nie zgadzało. Bo za dużo tu jest tej świadomości, za dużo Benjamina i innych, i w ogóle cała ta maszyneria, która umożliwia tę powieść, pracuje wyraźnie przeciw konserwatyzmowi. I dopiero ten wywiad Wodeckiej mi to wyjaśnił (a ja sam żałuję, bo miałem to na liście pytań w Gdyni, ale nie zadałem): że Rak nie chce uwierzyć w swoją chłopską sprawczość i że sam, po tylu latach, po studiach, po książkach, po przeprowadzce, po Nike, sam w sobie wciąż zmaga się z tym poglądem, który jest poglądem panów. Że cham nic nie może.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts.