Koniec epoki dystansu 

Zdarzają się takie olśnienia, kiedy wszystko zaczyna się łączyć: antymaseczkowcy, zwalniani dziennikarze, wulgaryzmy skandowane na ulicach, kryzys klimatyczny, wolne sądy, cancel culture, Szymon Hołownia i kotleciki z boczniaka. W „Tygodniku Powszechnym” piszę o końcu epoki dystansu – kiedy nie działają już ironiczne żarciki, obiektywne komentarze i nawoływania do umiaru. I zastanawiam się, co teraz. (Przy okazji zdradzę, że ten tekst to mięsista, ale jednak połowa swojego pierwszego wcielenia, więc niewykluczone, że to dopiero początek).

Dwa fragmenty na zachętę:

Kiedy dziś pomyśli się o tym, że ten model – oprócz tego, że umożliwił loty w kosmos i powieści Flauberta – stał również za wyzyskiem kolonii oraz nieposkromioną eksploatacją zasobów naturalnych, chciałoby się krzyknąć po prostu „wypierdalać”. Kłopot polega na tym, że w Polsce jednym z pierwszych, którzy wpadli na ten pomysł, był Jarosław Kaczyński”.

Po końcu epoki dystansu dyskusje o świecie muszą się skomplikować. Kiedy nie można już fantazjować o bezpiecznej pozycji, na którą można by się wycofać, w spory trzeba wkładać więcej energii.

PL bez KK 

Rok 2041: premierką Polski zostaje Natalia Kowalska, znana progresywna polityczka, rocznik 2000. Kościół katolicki załamał się pod własnym ciężarem, wiernych jest niewielu, pieniędzy też, odkąd państwo zerwało konkordat. O tym, co musi się stać, żeby taka była rzeczywistość, rozmawiam z Andrzejem Lederem w Dwutygodnikowym podkaście Delfin w malinach.

Mały topór

Wszyscy już pewnie widzieli, ale jak kto nie widział, to niech czym prędzej nadrobi, bo „Mały topór” to jest arcydzieło. Jeśli ktoś myśli: to nie dla mnie, co mnie obchodzi karaibska diaspora w Londynie lat 60., to spieszę wyjaśnić, że to jest taki serial (cykl, antologia, no, 5 osobnych filmów, łącznie prawie 7 godzin), bez którego w ogóle trudno cokolwiek zrozumieć: jak w życie wciska się polityka, jak się zmienia świat, co to znaczy być u siebie, czym jest zaangażowanie.

Nie jest to dydaktyczna pogadanka, nic z tego, choć pierwszy odcinek mógłby coś takiego sugerować: dobrzy bohaterowie i źli policjanci, dobre protesty i zły proces – trzeba było to pokazać, żeby zrobić dla tej opowieści ramę. Ale już drugi odcinek całą tę ramę rozpycha od środka: ciałami w tańcu, wypasionym soundsystemem i napięciami, od których się tam iskrzy. Nie widzieliście jeszcze tak opowiedzianej historii.

I przez całość, przez te pięć odsłon, przewija się ta podwójność: konkrety społecznej walki i marzenie o tym, żeby tańczyć. Kolejni bohaterowie widzą przecież, że ktoś wytoczył im wojnę (ten ktoś najpierw ich do siebie zaprosił), ale chcą też wierzyć, że to wcale nie im. Cały ten serial taki jest: pokazuje, jak głęboko zakorzeniona jest przemoc, a potem wynajduje wyjątki. Wcale nie po to, żeby przy ich użyciu unieważniać reguły (jak co poniektórzy optymiści, dla których z z czarnym prezydentem skończył się w USA rasizm), ale żeby pokazać, że czasem się da, a skoro tak, to trzeba starać się bardziej.

Nagroda Literacka m.st. Warszawy 

Taka sytuacja, że Nagroda Literacka m.st. Warszawy ma nowe jury. W składzie znalazły się: Justyna Sobolewska (jako przewodnicząca), Eliza Kącka, Anna Kramek-Klicka, Agnieszka Sowińska, Karolina Szymaniak, a także Jarosław Klejnocki oraz ja (w roli sekretarza). To taka drużyna, że przyjemnie będzie się spierać. Trochę zmienił się też regulamin nagrody, od tego roku jedna z kategorii nazywa się „warszawski twórca/warszawka twórczyni”.

Dla przypomnienia: nagroda jest przyznawana w pięciu kategoriach: proza, poezja, książka o tematyce warszawskiej, literatura dziecięca (tekst i ilustracje) i właśnie „warszawski twórca/warszawska twórczyni”. Zgodnie z dobrymi i godnymi praktykami, nagrody pieniężne otrzymują nie tylko laureaci, ale także (choć, wiadomo, niższe) nominowani. A łączna pula nagród lokuje NLW w czołówce polskich nagród literackich. Tak że tego, jeszcze o nas usłyszycie. A teraz zabieramy się czym prędzej do roboty, bo pani Dorota Stasiak z Biura Kultury donosiła niedawno, że będziemy mieli co czytać.

Nolan i Kaufman

Trochę po czasie, ale o dwóch filmach, które mają problemy z czasem: do dwóch reżyserów przychodzą fizycy kwantowi i mówią, a co, jeśli czas nie jest kategorią, ale cechą obiektów, biegnie we wszystkich kierunkach, może nawet jest jakąś przestrzenią, a Nolan na to, że zajebiście, że na coś takiego całe życie czekał, że teraz może zrobić bum-bum-bum i jednocześnie mub-mub-mub, auta mogą się ścigać same z sobą; a Kaufman, ten smutas Charlie Kaufman, mówi, że wiedział to od zawsze, ale to tym lepiej, bo teraz w końcu będzie mógł opowiedzieć, czym są starość, pamięć, miłość, sztuka, depresja, rekurencyjne zapętlenie komunikacji, czym niespełnione marzenia i przegrane życie, i śmierć, a przy okazji pierwszy raz od Pirandella zrobić coś ciekawego z konstrukcją postaci, choć jak się dobrze zastanowić, to nie, czas nie wystarczy, trzeba będzie do tego wpleść poezję, esej i balet.

Nolan przypomni, coś takiego!, że Robert Pattinson jest niezłym aktorem, a Denzel Washington ma utalentowanego syna; Kaufman za to wykaże mimochodem, że Jessie Buckley za chwilę stanie się ikoną, że Jesse Plemons jest godnym następcą Philipa Seymoura Hoffmana i że David Thewlis jest absolutnym geniuszem aktorstwa; Nolan sam się pogubi w tych swoich zapętleniach, Kaufman dawno już był w nich pogubiony, teraz jeszcze pogubi nas.

24/7 albo 8/24 

W końcu udało mi się znaleźć pracę, w której nikt nie oczekuje, że będę aktywny od samego rana, mogę za to nadrabiać wieczorami. Pisać i redagować można równie dobrze w środku nocy. Tak zresztą robi wiele autorek i wielu autorów, z którymi współpracuję – widzę to po godzinach nadania maili z tekstami. „Skończyłem”, 3:34. „Napisane”, 5:19. Dopiero niedawno przyszło mi do głowy, że może to nie przypadek. Może sowy, poddawane przez lata szkolnej i zawodowej tresurze, instynktownie szukają zawodów, które w końcu pozwolą im się wyspać?

– kiedy Miesięcznik Znak zaproponował, żebym napisał esej o spaniu i pracy, aż podskoczyłem z radości, bo w końcu mogłem opowiedzieć, jak męczyłem się przez lata, jak przysypiałem na stojąco w autobusie, jak przysypiałem na zajęciach, na które chodziło 5 osób, jak straciłem jedną i prawie drugą pracę, bo rano nie umiem. I nawet miałem ostatecznie obalić kapitalizm za to, że nie pozwala mi spać, ale odkryłem taki twist, że wyszło jak w tytule, czyli ciekawiej. W numerze do tego m.in. Eliza Kącka o tym, że sny to literatura, a Barbara Sadurska o butach, to wiecie, co robić.

Coś dobrego 

Opowiadam to wszystko, pół mojego życia, żeby wyjaśnić, jak to się stało, że kiedy pewnego ranka przeczytałem kilka pierwszych stron „Normalnych ludzi” Sally Rooney, rzuciłem wszystko, co miałem w planach… A potem się męczyłem, czytając kolejne recenzje, nierzadko rozsądnych ludzi, którzy mieszali Rooney z błotem albo pogardliwie ją bagatelizowali. Traktowałem te recenzje osobiście, jakby chodziło o moją własną książkę, a jednocześnie nie mogłem na nie odpowiadać (bo pisałem własną książkę). Czas to nadrobić.

Jest mój dawno zapowiadany, wielgaśny tekst, w którym wyjaśniam, dlaczego „Normalni ludzie” to taka świetna książka (i świetny serial!), a przy okazji spowiadam się z młodzieńczej kochliwości.

„Niebo o północy”

„Niebo o północy”, czyli nowy Clooney na Netflixie, to jest taka historia, jakby ktoś postanowił zmiksować McCarthy’ego i Nolana, ale z „Drogi” zapamiętał tylko, że mężczyzna, dziecko, idą, a z „Interstellar”, że coś ze statkiem kosmicznym, i nie chciało mu się sprawdzać, co to tam dokładnie było. Sam film jest tak pomysłowy, że fabuła musi się podpierać atakami wilków i chmurami kosmicznej zmarzlizny wyskakującymi znienacka, a cała główna intryga (by nie zdradzać za wiele) niesie ze sobą przyjemności wzięte z telenoweli. Clooneyowi nie chce się nawet wymyślać, co tu pozamiatało ludzkość, choć dzisiaj byłoby z czego wybierać, w zamian daje tylko jakieś zgrane obrazki o postępującym skażeniu powietrza. Jasne, historia jest pozornie beznadziejna, bo co tu opowiadać, kiedy wszystko na początku pozamiatane, i świat się skończył, i bohater umiera, ale istnieje kilka niezłych przykładów na to, że da się jednak coś wymyślić, taki zakurzony już „Ostatni brzeg” Neville’a Shute’a, nawet nie mówię o „Melancholii” von Triera (będzie o tym cały rozdział w „Ostatnich ludziach”). Tymczasem wielkie przerażone oczy, którymi Clooney próbuje ogrywać cały swój film (i które, zdawało się, parodiował w „Mężczyźnie, który gapił się na kozy”), to niby reakcja na zbliżający się koniec, ale tak naprawdę na to, że coś by trzeba w tym filmie może opowiedzieć, ale, cholercia, zapomniał wymyślić co.

Śląski 

Ze śląskim mieliśmy trudne relacje, najpierw traktowałem go jak regionalne dziwactwo, jak wtedy, gdy nic nie wyszło z romansu z zapoznaną przypadkiem również 12-latką, bo zajechała po śląsku. W domu mówiło się po polsku, wszyscy przyjezdni i skundleni, to jak inaczej, a Ślązacy to byli ci nieprzyjaźni miejscowi, których się raczej omijało. Potem, w gimnazjum, trafiłem do klasy z tymi miejscowymi, najpierw się załamywałem, w końcu oswajałem, coś sam próbowałem mówić, Marek toczył ze mną liczne o to wszystko spory, to był zresztą koleżka z „domków”, zasadniczy Ślązak, a najlepszy przyjaciel. Chyba wtedy nabrałem akcentu, z którego ktoś się śmiał, jak już zamieszkałem w Krakowie, przeraziłem się ogromnie i szybko wyzbyłem, choć nie wiem, czy skutecznie. Teraz na Śląsku już tylko groby, więc traktuję ten związek jak wszystkie dawne związki, z nostalgią, ale coś tam wiem, coś rozumiem, spoglądamy na siebie z sympatią. Tym bardziej się cieszę, że w Dwutygodniku gadają o śląskim Grzegorz Kulik i Zbigniew Rokita. To pierwsza chyba w tym cyklu rozmowa z kimś, kto nie tłumaczy ani na polski, ani z polskiego.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts.