Nagroda Literacka m.st. Warszawy 

Taka sytuacja, że Nagroda Literacka m.st. Warszawy ma nowe jury. W składzie znalazły się: Justyna Sobolewska (jako przewodnicząca), Eliza Kącka, Anna Kramek-Klicka, Agnieszka Sowińska, Karolina Szymaniak, a także Jarosław Klejnocki oraz ja (w roli sekretarza). To taka drużyna, że przyjemnie będzie się spierać. Trochę zmienił się też regulamin nagrody, od tego roku jedna z kategorii nazywa się „warszawski twórca/warszawka twórczyni”.

Dla przypomnienia: nagroda jest przyznawana w pięciu kategoriach: proza, poezja, książka o tematyce warszawskiej, literatura dziecięca (tekst i ilustracje) i właśnie „warszawski twórca/warszawska twórczyni”. Zgodnie z dobrymi i godnymi praktykami, nagrody pieniężne otrzymują nie tylko laureaci, ale także (choć, wiadomo, niższe) nominowani. A łączna pula nagród lokuje NLW w czołówce polskich nagród literackich. Tak że tego, jeszcze o nas usłyszycie. A teraz zabieramy się czym prędzej do roboty, bo pani Dorota Stasiak z Biura Kultury donosiła niedawno, że będziemy mieli co czytać.

Nolan i Kaufman

Trochę po czasie, ale o dwóch filmach, które mają problemy z czasem: do dwóch reżyserów przychodzą fizycy kwantowi i mówią, a co, jeśli czas nie jest kategorią, ale cechą obiektów, biegnie we wszystkich kierunkach, może nawet jest jakąś przestrzenią, a Nolan na to, że zajebiście, że na coś takiego całe życie czekał, że teraz może zrobić bum-bum-bum i jednocześnie mub-mub-mub, auta mogą się ścigać same z sobą; a Kaufman, ten smutas Charlie Kaufman, mówi, że wiedział to od zawsze, ale to tym lepiej, bo teraz w końcu będzie mógł opowiedzieć, czym są starość, pamięć, miłość, sztuka, depresja, rekurencyjne zapętlenie komunikacji, czym niespełnione marzenia i przegrane życie, i śmierć, a przy okazji pierwszy raz od Pirandella zrobić coś ciekawego z konstrukcją postaci, choć jak się dobrze zastanowić, to nie, czas nie wystarczy, trzeba będzie do tego wpleść poezję, esej i balet.

Nolan przypomni, coś takiego!, że Robert Pattinson jest niezłym aktorem, a Denzel Washington ma utalentowanego syna; Kaufman za to wykaże mimochodem, że Jessie Buckley za chwilę stanie się ikoną, że Jesse Plemons jest godnym następcą Philipa Seymoura Hoffmana i że David Thewlis jest absolutnym geniuszem aktorstwa; Nolan sam się pogubi w tych swoich zapętleniach, Kaufman dawno już był w nich pogubiony, teraz jeszcze pogubi nas.

24/7 albo 8/24 

W końcu udało mi się znaleźć pracę, w której nikt nie oczekuje, że będę aktywny od samego rana, mogę za to nadrabiać wieczorami. Pisać i redagować można równie dobrze w środku nocy. Tak zresztą robi wiele autorek i wielu autorów, z którymi współpracuję – widzę to po godzinach nadania maili z tekstami. „Skończyłem”, 3:34. „Napisane”, 5:19. Dopiero niedawno przyszło mi do głowy, że może to nie przypadek. Może sowy, poddawane przez lata szkolnej i zawodowej tresurze, instynktownie szukają zawodów, które w końcu pozwolą im się wyspać?

– kiedy Miesięcznik Znak zaproponował, żebym napisał esej o spaniu i pracy, aż podskoczyłem z radości, bo w końcu mogłem opowiedzieć, jak męczyłem się przez lata, jak przysypiałem na stojąco w autobusie, jak przysypiałem na zajęciach, na które chodziło 5 osób, jak straciłem jedną i prawie drugą pracę, bo rano nie umiem. I nawet miałem ostatecznie obalić kapitalizm za to, że nie pozwala mi spać, ale odkryłem taki twist, że wyszło jak w tytule, czyli ciekawiej. W numerze do tego m.in. Eliza Kącka o tym, że sny to literatura, a Barbara Sadurska o butach, to wiecie, co robić.

Coś dobrego 

Opowiadam to wszystko, pół mojego życia, żeby wyjaśnić, jak to się stało, że kiedy pewnego ranka przeczytałem kilka pierwszych stron „Normalnych ludzi” Sally Rooney, rzuciłem wszystko, co miałem w planach… A potem się męczyłem, czytając kolejne recenzje, nierzadko rozsądnych ludzi, którzy mieszali Rooney z błotem albo pogardliwie ją bagatelizowali. Traktowałem te recenzje osobiście, jakby chodziło o moją własną książkę, a jednocześnie nie mogłem na nie odpowiadać (bo pisałem własną książkę). Czas to nadrobić.

Jest mój dawno zapowiadany, wielgaśny tekst, w którym wyjaśniam, dlaczego „Normalni ludzie” to taka świetna książka (i świetny serial!), a przy okazji spowiadam się z młodzieńczej kochliwości.

„Niebo o północy”

„Niebo o północy”, czyli nowy Clooney na Netflixie, to jest taka historia, jakby ktoś postanowił zmiksować McCarthy’ego i Nolana, ale z „Drogi” zapamiętał tylko, że mężczyzna, dziecko, idą, a z „Interstellar”, że coś ze statkiem kosmicznym, i nie chciało mu się sprawdzać, co to tam dokładnie było. Sam film jest tak pomysłowy, że fabuła musi się podpierać atakami wilków i chmurami kosmicznej zmarzlizny wyskakującymi znienacka, a cała główna intryga (by nie zdradzać za wiele) niesie ze sobą przyjemności wzięte z telenoweli. Clooneyowi nie chce się nawet wymyślać, co tu pozamiatało ludzkość, choć dzisiaj byłoby z czego wybierać, w zamian daje tylko jakieś zgrane obrazki o postępującym skażeniu powietrza. Jasne, historia jest pozornie beznadziejna, bo co tu opowiadać, kiedy wszystko na początku pozamiatane, i świat się skończył, i bohater umiera, ale istnieje kilka niezłych przykładów na to, że da się jednak coś wymyślić, taki zakurzony już „Ostatni brzeg” Neville’a Shute’a, nawet nie mówię o „Melancholii” von Triera (będzie o tym cały rozdział w „Ostatnich ludziach”). Tymczasem wielkie przerażone oczy, którymi Clooney próbuje ogrywać cały swój film (i które, zdawało się, parodiował w „Mężczyźnie, który gapił się na kozy”), to niby reakcja na zbliżający się koniec, ale tak naprawdę na to, że coś by trzeba w tym filmie może opowiedzieć, ale, cholercia, zapomniał wymyślić co.

Śląski 

Ze śląskim mieliśmy trudne relacje, najpierw traktowałem go jak regionalne dziwactwo, jak wtedy, gdy nic nie wyszło z romansu z zapoznaną przypadkiem również 12-latką, bo zajechała po śląsku. W domu mówiło się po polsku, wszyscy przyjezdni i skundleni, to jak inaczej, a Ślązacy to byli ci nieprzyjaźni miejscowi, których się raczej omijało. Potem, w gimnazjum, trafiłem do klasy z tymi miejscowymi, najpierw się załamywałem, w końcu oswajałem, coś sam próbowałem mówić, Marek toczył ze mną liczne o to wszystko spory, to był zresztą koleżka z „domków”, zasadniczy Ślązak, a najlepszy przyjaciel. Chyba wtedy nabrałem akcentu, z którego ktoś się śmiał, jak już zamieszkałem w Krakowie, przeraziłem się ogromnie i szybko wyzbyłem, choć nie wiem, czy skutecznie. Teraz na Śląsku już tylko groby, więc traktuję ten związek jak wszystkie dawne związki, z nostalgią, ale coś tam wiem, coś rozumiem, spoglądamy na siebie z sympatią. Tym bardziej się cieszę, że w Dwutygodniku gadają o śląskim Grzegorz Kulik i Zbigniew Rokita. To pierwsza chyba w tym cyklu rozmowa z kimś, kto nie tłumaczy ani na polski, ani z polskiego.

Bzik 

W Dwutygodniku BZIK, a tam koleżanka Murek zoomuje, kolega Sołtys gra w pingla, koleżanka Drenda zbacza z trasy, kolega Uzdański rozgrywa meczyki, w ogóle wiele przygód, mieliśmy to wypuścić wcześniej, ale świat ukazał swoje mniej zbzikowane oblicze, o tym też jest w numerze, w każdym razie myślę od kilku miesięcy o swoich bzikach, czy to będzie skubanie skórek przy paznokciach, czy podgryzanie policzków od środka (tak zwany autokanibalizm), czy aktualizowanie apek, a może w ogóle ten bzik, żeby mieć porządek w papierach, przez chwilę miałem też taki, że sobie programowałem różne automatyzacje, ale to już się robiło chorobliwe, zresztą pewnie najbliższe skóry te różne bziki języka, dwukropki: wstawiam pasjami, słówko „zresztą” oraz cięcia montażowe, które wprawiają mnie w niezrozumiałą ekscytację.

Projekt „Twardoch” 

Obiecywałem sobie, że już wystarczy, ale Monika Ochędowska namawiała, to spróbowałem inaczej. W Tygodniku Powszechnym piszę o najciekawszej produkcji Szczepana Twardocha: „Szczepanie Twardochu” – multimedialnym work-in-progress lawirującym między Polską i Śląskiem, Warszawą i Pilchowicami, prawicą i lewicą, rozrywką i zaangażowaniem. Jest też o serialu (niezłym, choć jakby za bardzo doświetlonym) i o „Pokorze”, która wygląda jak krytyka wcześniejszych powieści i próba odejścia od ogranych schematów, choć wychodzi to różnie, bo jak się robiło warsztat na maczyzmie, to jak tu nagle pisać o przegrywie. Ciekawostka: chyba tylko jedna recenzja „Pokory” zwraca wprost uwagę, że to powieść o awansie społecznym. O czymś to świadczy, ale to już temat na inną okazję.

Czarny Kraków

Zastanawiam się, jakie słowa mogłyby się tu do czegoś przydać. Bo zrobili to znowu. Dla swoich cynicznych, doraźnych celów, dla załatwienia przepychanek między sobą i przykrycia własnej niekompetencji, najpierw rozpętali kampanię nienawiści wobec tego, kogo się kocha i z kim chciałoby się dzielić własną intymność. A teraz wetknęli swoje brudne łapska w ciała naszych partnerek, sióstr, matek, przyjaciółek, koleżanek. Statystycznie to niby nic takiego, nieco ponad tysiąc przypadków rocznie aborcji ze względu na nieodwracalne wady płodu. Ale ważniejsza jest tu sama możliwość: że jeśli przydarzy się coś takiego, to będzie można liczyć na siatkę bezpieczeństwa podtrzymywaną przez prawo i jego instytucje. Bez tej siatki decyzja o zajściu w ciążę – czy to długo planowana, czy spontaniczna, czasem radośnie nieodpowiedzialna – zostanie przysłonięta przez cień pytania: a co jeśli? Zamiast cieszyć się ze swoimi przyjaciółkami, będziemy mocno zaciskać kciuki, żeby wszystko było dobrze, bo w przeciwnym wypadku zostaną przez to państwo skazane na fizyczne i psychiczne tortury.


Czarny Kraków, 23.10.2020

Fantastyczna jest ta oddolna siatka solidarności, która funkcjonuje zresztą od dawna, a teraz nabiera gęstości. Fantastyczny jest też gniew, który się uruchamia i któremu damy wyraz na protestach. Ale jest też poczucie bezsilności, które sprowadza się do pytania: co możemy zrobić? Najpewniejsza opcja to odsunąć tych ludzi od władzy, to wymaga czasu, zorganizowania, mrówczej pracy, przekonywania i mobilizowania. Ten gniew jest potrzebny, żeby to się udało.


Kraków, 24.10.2020

Nieczuła narratorka 

Rudzkiej chyba wcale nie chodziło o zrobienie wciągającej książki. Przyjemność, jaką można czerpać z powieści, jest raczej perwersyjna i polega na przyglądaniu się powolnej, choć nieuchronnej dekompozycji

– w Dwutygodniku piszę o „Tkankach miękkich” Zyty Rudzkiej. Że jest to powieść o dwóch sflaczałych chłopach, którzy dobiegają swoich dni, można by się spodziewać jakiegoś Schadenfreude, ale Rudzka jest bardziej okrutna, a przez to jej powieść ciekawsza niż doraźne komentarze.

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts.