Wypadek na autostradzie

Tak się złożyło, że tydzień przed drugą turą spędziliśmy na wsi, głęboki PGR, bloki i domki stawiane byle jak, raczej szaro i brudno, tyle że ten piękny park, stare drzewa, w środku ruiny dworku, a za parkiem dolinki, jeziora, absurdalne piękno. Nie, nie objawiła mi się tajemnicza wola polskiego ludu, nie zostałem też, za sprawą magicznego dotknięcia empirii, politologiem czy socjologiem. Co mi się objawiło, ale to już dawno, to wielki betonowy płot, który oddzielił park od wsi, bo reprywatyzacja i trzeba pilnować swojego. Niedawno objawił mi się też asfalt, który w końcu się pojawił na głównej i jedynej drodze we wsi, dokładnie wzdług tego płotu. Przynajmniej tyle.

W powyborczy poniedziałek, kiedy było już wiadomo, że klęska i że kraj podzielony po równo, jechaliśmy z północy na południe, na autostradzie był wypadek, więc zjechaliśmy w jakieś boczne wioski, najpierw przez pole kukurydzy, potem wioska za wioską. A później, żeby uniknąć korków, pojechaliśmy ulubioną trasą przez Lelów – fantastyczny kawałek kraju, między Częstochową a Krakowem żadnego większego ośrodka, żadnego większego nic. W ogóle, warto czasem zjechać czasem z autostrady, bo czy to może być przypadek, że PO przegrało niedługo po tym, jak oddało tyle kilometrów nowych dróg? Fantastyczne są te dróżki na prowincji, pola po horyzont, aleje drzew, i nieodłączny element rozpiździelu, nowe magazyny i fabryki dolepione do starych i w ruinie, kupy gruzu rozrzucone tu i tam, rozpadające się domy, a przy nich zadbane ogródki, więc ktoś tak żyje. I ani jednego sklepu z tej czy innej sieci, czasem tylko pawilon z napisem „sklep ogólnospożywczy”.

Jechaliśmy i próbowaliśmy to zobaczyć, ten – jak się sugeruje –wielki podział społeczny, połowa za demokracją i prawami człowieka, połowa za czymś raczej innym. Liczyliśmy po drodze plakaty z Dudą i Trzaskowskim, było mniej więcej po równo, może im bardziej na wieś, tym więcej tego pierwszego. W jednym z tych sklepów kupowałem wodę, przede mną jakaś para gadała z kasjerką: „Może już ci wystarczy?” – to ona; „Ja już nie mogę tych twoich uwag, ja już mam swoje lata i się nie zmienię” – to on. Pomyślałem, że może o to chodzi, że PiS celnie rozpoznał tę potrzebę.

Pamiętam lata 90. jako intensywny okres zmian, wymyślania się na nowo, wyrywania się z polskości – staraliśmy się wszyscy, starzy i młodzi, rodzice i dzieci, ale wciąż nie byliśmy dość europejscy. No i jasne, warto się zmieniać, kwestionować przyzwyczajenia, zrzucać tożsamości, życie to ruch; jasne, ale najbardziej radykalni artyści krytyczni muszą przyznać, że czasem człowiek lubi po prostu, jak się go doceni za to, jaki jest. Stara się, no, stara, ale już lubi ten bigos, kiełbasę i wódkę, jakoś owoce morza mu nie podeszły, może nieświeże były; i lubi to disco polo, proste melodie, do potańczenia. Przez tyle lat słyszał, że to badziewne, obciachowe, wsiowe, polskie, kjiełbasiane, może próbował innej muzyki, Waglewskich czy Marii Peszek, co ciągle puszczali w telewizji, ale też jakoś nie podeszło. I w końcu nie wytrzymał, i mówi: No ja się już kurwa nie zmienię, mam swoje lata i jestem, jaki jestem, lubię disco polo zagryźć kiełbasą, niech już ci wszyscy Europejczycy idą się ogolić.

Myślę o tym, bo w końcu co takiego zrobił PiS, żeby przyciągnąć głosy ludzi z prowincji, bez wyższego wykształcenia, raczej niechętnych modernizacji? No owszem, dał dodatki, i to jest nie do przeceniania, bo jak się mieszka w mieście i ma wykształcenie, to takie 500+ można sobie zorganizować podwyżką albo zmianą pracy; ale jak się mieszka za ekranem autostrady, to takie 500+ to jest jakościowy skok. No ale z punktu widzenia zarządzania państwem to jest jednak dość wulgarne posunięcie, w neoliberalnym stylu. Ale to, co się zmieniło, to styl. Już nie: musimy zacisnąć pasa, zgolić wąsa i przeć na Zachód; ale: tu jest Polska, a wy jesteśmy Polakami, i dobrze, dajcie ten bigos. Ta banalna zmiana pozwoliła z Morawieckiego, neoliberalnego bankiera, i Dudy, doktora nauk prawnych, zrobić jakichś przyjaciół ludu. Oni nawet nie są przekonujący w tych rolach, to mnie zszokowało, bo dopiero w ostatnim tygodniu oglądałem telewizję, no jak premier na wiecach przemawia, to widać, że wolałby nie. A jednak działa.

Mówi się teraz, że trzeba pojednać naród, odbudować wspólnotę, zasypać przepaść. Ale jeśli metaforą dla narodu ma tu być spójna psychika pojedynczego człowieka, to z tą jednością chyba nie odrobiliśmy lekcji z literatury modernistycznej, która sto lat temu wiedziała, że w jednym człowieku zawsze jest więcej niż jeden człowiek. I w sumie kraj podzielony tak równo wydaje mi się całkiem przekonujący, bo jakoś to się zgrywa z moim doświadczeniem. Że przez pół życia człowiek pracuje nad tym, żeby przestać być sobą i stać się kimś lepszym; żeby to się udało, musi trochę znielubić dotychczasowego siebie – czy się rzuca palenie, czy się odchudza, czy się dokonuje awansu społecznego. No a potem, jak już się dokona, to się okazuje, że ta znielubiana przeszłość jednak człowieka dogoni, że dawnych tożsamości tak łatwo się nie porzuca, że one jednak cię dogonią i kopną w dupę; a potem jeszcze od tych lepszych, do których chciałeś doszlusować, usłyszysz, że nielubienie prowincjonalnego siebie jest klasistowskie i źle o tobie świadczy. No więc wydaje mi się, że Polska jest dokładnie w takim momencie: „wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie” (to nie moderniści, to Sęp).

Zastanawiałem się, czy tym ludziom w sklepie, gdyby mnie zapytali, poleciłbym z pełnym przekonaniem głosowanie na Rafała Trzaskowskiego. Czy mógłbym im spojrzeć w oczy i powiedzieć: nie wykiwa was, nie zabierze 500+, nie będzie się nabijał, że lubicie wódkę i kiełbasę. Zastanawiałem się. Zawsze czuję się w takich miejscach trochę jak kosmita, z tym swoim wegańskim hotdogiem i pracą w magazynie kulturalnym. Sam pochodzę z zadupia, więc nie chodzi tu o jakieś prowincjonalne safari, ale przecież projekcje są nie do uniknięcia: to mi się wydaje, że tak muszę być widziany, tyle wystarcza. A może chodzi o coś prostszego: bo jak wjeżdżaliśmy w nocy do Krakowa, to nagle poczułem się jak w jakimś tunelu ultrawysokich prędkości, mnóstwo świateł, ruchu. No inny przecież świat.

Nie jestem pewien, co z tego wszystkiego wynika. Wiem na pewno, że dla wielu moich znajomych to jest okropna sytuacja, szczególnie po tym, co usłyszeli w kampanii wyborczej; a skoro dla nich, to i dla mnie. Musimy więc dbać o siebie nawzajem, solidarnie, uważnie; i musimy walczyć na tych odcinkach, które są do uratowania. Ale co zrobić, żeby to się zmieniło w raczej bliższej przyszości? Jest taka naukowa sztuczka, bo przecież naukowcy też mają swoje uprzedzenia i też znają wyniki przed badaniem, ale wiedzą też, że ta sztuczka może im pomóc zdobyć lepsze dane: trzeba na chwilę założyć, że się nie wie.

„Cieśniny” Wojciecha Nowickiego

Piszę swoje, więc trochę mniej czytam na bieżąco, i dopiero teraz to odkrywam (na szczęście Zosia Król pisała w 2t i celnie), choć to od razu kłopotliwe, bo jemy z Wojtkiem w tej samej pizzerii i wydawnictwo też to samo, ale „Cieśniny”, no, co to jest za proza, obsesyjna, rozpędzona, z kilku motywów – epilepsji, łażenia, szaleństwa, rycia w ziemi, podziemnych wód – splatająca substancję gęstą i lepką, że jak się w niej zanurzyć, to już się tego łatwo nie zmyje. Jest w tym poczucie nadchodzącej katastrofy, nadchodzącej od dawna już, może od zawsze, to poczucie, że „Muchy wepchną się wszędzie, wypełnią mieszkania, będą obsiadywać ludzkie ciała, wcisną się do oczu i ust, aż się stanie jasne, że nie ma ratunku i kończy się czas człowieka”, bo też miejsca, które odkrywa Nowicki, są odwieczne i współczesne, jak ta „kraina u stóp gór, którędy fruwają plastikowe śmieci, gdzie sterczą wypalone drzewa; albo jeszcze: kraina ochrowych pagórków, zapachu uryny i kurzu”. A jeszcze i to, że bez wikłania się w polityczne słowniki, autor rozprawia się tu z „Biegunami”, i w ogóle z nowoczesną manią ruchu, odkrywając ich podziemny, bagnisty nurt. Chciałoby się, żeby to meandrujące pisanie się nie kończyło, bo to nie jest tylko książka, to jest ruch stylu, który drąży w materii. Zróbcie sobie – no, to nie jest przyjemność, to jednak coś całkiem innego, ale zróbcie sobie to.

Nauczki z kwarantanny

W sumie głupio byłoby pisać książkę o końcu świata i nie załapać się chociaż na kwarantannę, przesiedzieliśmy 8 dni, to może pierwsza rzecz, której się dowiedziałem, że 14 dni liczy się od kontaktu z nosicielem. To druga rzecz, i może najważniejsza, może się wydawać, że już po wszystkim, ale nie, wciąż zamykają na kwarantanny, więc noście te maski. Policzyli nam mniej, za to niezależnie od tego, co mówiły testy, bo testy, przynajmniej w Krakowie, wykonuje się chyba dość sprawnie, za to nikt w sanepidzie nie potrafił nam wyjaśnić, dlaczego mamy siedzieć zamknięci w domu, skoro pierwszy wynik był negatywny. To jest właściwie najważniejsza lekcja: nie dość, że panuje w tym wszystkim całkiem przewidywalny bałagan, to jeszcze nikt nie troszczy się o to, żeby wyjaśnić, co się właściwie dzieje. Ma przyjechać ekipa po wymazy całej rodziny, ale kiedy przyjedzie, czy przyjedzie, po co te wymazy, skoro i tak mamy siedzieć w domu? Nie wiadomo. Jak to badanie ma się do testu w 12. dniu, na który można pojechać własnym autem i ewentualnie skrócić sobie kwarantannę o jeden dzień? Nie wiadomo. Kiedy przyjedzie po śmieci ten ktoś, kto miał przyjechać? Też nie wiadomo. Jest niby jakaś procedura, ktoś miał nas wpisać na listę, nie wpisał, to się wpisaliśmy, i fajnie. Po śmieci i tak nikt się nie zgłosił.

Że to będzie bałagan, można się było spodziewać, ale może nie aż tak, że jedna pani z sanepidu doradzi, żeby zrobić szybciutko zakupy, zanim przyjdzie decyzja, a druga troskliwie dopyta, czy męża można wysłać poza dom, chociaż od kontaktu minął tydzień. No nic, nawet człowiek chciałby miło współpracować, żeby opanować zarazę, ale taki to kraj, że zamiast współpracy jest trzymanie za mordę. Z różnym nasileniem. Jest miękki uchwyt pani z sanepidu, która mówi, że kwarantanna jest dla zdrowych właśnie, po co pyta, jakby wynik był pozytywny, to by inna była rozmowa. Jest twardszy uchwyt pisma, które nakazuje w trybie natychmiastowej wykonalności pod groźbą kary, a choć podstawa prawna obfita, to jak się pogrzebie w przepisach, wychodzi, że podstawą jest uznanie sanepidu, a nie jakieś argumenty, które by trzeba przedstawić; zresztą prawnicy nawet piszą, że to w sumie jest areszt domowy, więc może przydałaby się kontrola sądu, ale chyba żartują. Jest uchwyt uwłaczający aplikacji, która przysyła smsy o 8 rano i każe robić selfiacze, pod groźbą – w sumie nie wiadomo jaką, o aplikacji będzie osobno. I jest już całkiem upokarzający uchwyt panów w wojskowej karetce, którzy w sobotę o 9 rano dzwonią, że są już pod blokiem i należy ustawić krzesło w drzwiach, człowiek by się kłócił, że może wypadałoby się umówić, że to jednak kwarantanna domowa, a nie areszt, że mogliśmy spać albo być na kacu, ale się nie kłóci, bo są w domu osoby, które trzeba raczej uspokoić, więc panowie przychodzą w kombinezonie i grzebią patyczkiem w gardle, ale nawet nie raczą się przedstawić.

Była też aplikacja. Aplikacja jest jak to państwo. Z dykty? Żeby z dykty, z papieru, na rolce, używanego. Otóż aplikacja ta wygląda jak apkowy odpowiednik przekrętu nigeryjskiego, smsy terroryzują rano i wieczorem, w połowie przypadków i tak to nie działa, trzeba używać, bo policja przyjdzie, ale policja i tak przychodzi. Jak się nie dostanie smsa aktywacyjnego, bo np. sanepid źle przepisał numer telefonu z formularza, to w szóstym dniu dzwoni pan z jakiejś komendy, że się nie używa apki. Trochę mu głupio, bo nigdy jeszcze nie ścigał ludzi za nieużywanie apki, zresztą deweloperzy powinni pomyśleć o tym modelu biznesowym, halo, tu policja, instalujemy angry birds albo mandacik. No więc informujesz pana policjanta, że chętnie przekażesz numer, ale jakoś bezpiecznie, przecież nie przez telefon, więc każą pisać oświadczenie i dać tym policjantom, co mieli nie przychodzić, jak się używa apki, tamci śmiertelnie przerażeni, pan jest na kwarantannie, nie tyknę żadnego oświadczenia, to się dyktuje z balkonu, jeśli nie wiecie, to się nazywa cyfryzacja. Ale największy bubel i tak jest prawny, bo ustawa mówi, że „osoba… instaluje…oraz… używa”, a używać to można różnie, tak na oko. Baner na stronie policji sugeruje, że za nieużywanie można wyskoczyć z 30 kafli, chciałoby się to sprawdzić, ale co z tym dalej, to – niech mnie prawnicy poprawią, jeśli się mylę – wcale nie jakieś rozporządzenie określa, a regulamin i FAQ, może regulamin w jakiejś apce to jest już w tym kraju źródło prawa, ale nie słyszałem.

Ideologia demokracji

Oczywiście oni będą przekonywać, że wcale nie powiedzieli tego, co powiedzieli, bo ludzie są im drodzy, a ideologie wrogie, ale naprawdę nie trudno dostrzec w tym stary szkolny żarcik, że się coś mówi, ale przecież nie mówi. Ja o czym innym, jakoś mnie to zaczęło zastanawiać przy okazji pierwszej nagonki na ideologię gender, kiedy akademicy w popłochu zaczęli się bronić, że jaka ideologia, że czysta nauka, jakby aktywnie zapomnieli, że badania kulturowe wzięły się z politycznego zaangażowania humanistyki i że sami mają poglądy, których nie boją się przedstawiać w artykułach i na konferencjach, ale przed światem to cicho sza, neutralna nauka. Teraz powtarzamy ten schemat i oburzamy się, że ktoś przypisuje nam ideologię, bo gdzie, jaka ideologia, tu chodzi o ludzi. No oczywiście, że chodzi o ludzi, ale ludzie mają też ideologie. I o ile pamiętam, to na marszach równości co roku wykrzykujemy hasła, które chyba całkiem ładnie podsumowują tę ideologię. Równość dla wszystkich? Solidarność naszą bronią? Miłość jest prawem, a przyjaźń to magia? Chodźcie z nami, my was pokochamy?


Fot. pstrykplum

Jak ktoś potrzebuje dobitniej, to ideologia LGBT, której promowania chce zabronić Duda, jest ideologią włączającej demokracji, a że nie ma w sumie innej demokracji niż włączająca, no to tak, ideologia LGBT to jest ideologia demokracji. Ewa Bińczyk w „Epoce człowieka” przytacza bardzo ładny kawałek z Bruno Latoura, który komentuje podobne kłopoty klimatologów mierzących się z zarzutami, że uprawiają lobbing, a nie naukę: „Gdy spotykasz sceptyków w kwestii globalnego ocieplenia, którzy mają czelność określać IPCC jako «lobby», o wiele lepiej byłoby odpowiedzieć: «oczywiście, że jest to lobby, lecz pokaż nam, ilu jest was, sceptyków i skąd pochodzą wasze pieniądze (…) w jakim świecie żyjecie, gdzie, dzięki jakim zasobom, jak długo jeszcze, jaką przyszłość wyobrażacie sobie dla waszych dzieci, jaki rodzaj edukacji chcielibyście im zapewnić, jakie chcecie im pozostawić krajobrazy»”.

Minneapolis

Piękne miasto, nudne, to prawda, żaden Nowy Jork czy Los Angeles, ale te jeziora urocze, mówiliśmy sobie z Katarzyną sześć lat temu, kiedy złaziliśmy Minneapolis wzdłuż i wszerz, jak ktoś później pytał, to mówiliśmy, że niedaleko jest Fargo, to z serialu. Nie podejrzewaliśmy, że może się tu wydarzyć coś takiego, a to właśnie w Minneapolis zginął 25 maja George Floyd, powtarzając „Please, I can’t breath”, na rogu 38th Street and Chicago Avenue, tak teraz sprawdzam, że to okolica, przez którą przejeżdżaliśmy raz autobusem. To był mój pierwszy raz w Stanach, coś tam wiedziałem przecież, ale myślałem, jak chyba wiele osób, że to już załatwione, w końcu prezydentem był Barack Obama, i ten autobus, dziwnie wypełniony samymi białymi, kiedy ruszał z okolic Lake Harriet, powoli urozmaicał swoją załogę, ale im bardziej na wschód, tym mniej było białych, tym więcej czarnych, pewnie w okolicy Chicago Avenue byliśmy jedynymi białymi na pokładzie, to dało do myślenia.

Potem widziałem to samo w Seattle i może najbardziej w Waszyngtonie, D.C., czarne dzielnice, tylko tam mogłem czuć się jeszcze swobodnie, kiedy paliłem na ulicy, czarni bezdomni, czarne sklepy, czarne zawody. Już wiedziałem, bo widziałem, że rasizm w Ameryce po prostu jest, na ulicy, w topografii miast, już nie mówiąc o polityce, administracji, policji. Co innego o tym czytać – teraz strasznie żałuję, że książki Radka Korzyckiego jeszcze nie ma – a co innego widzieć. I ta myśl, która nachodziła mnie zawsze, kiedy czytałem albo oglądałem coś o dyskryminacji rasowej w Stanach, tej formalnej, że to wszystko się działo, kiedy moja mama była już dorosła, że to nie jest jakaś prehistoria, więc jak można oczekiwać, że się samo rozwiąże. Nie tylko my, w Europie, mogliśmy się dać nabrać, że skoro jest czarny prezydent, to rasizmu nie ma, sami Amerykanie w to uwierzyli, niektórzy pewnie wciąż wierzą, a skoro nie ma rasizmu, to teraz na ulicach amerykańskich miast są rozboje i zamieszki, a nie wynikający z poczucia bezsilności, rozczarowania, frustracji, ale i najzwyklejszego strachu, rozpaczliwy protest przeciwko czemuś, co jest tak głęboko wrośnięte w tkankę Stanów, że może się wydawać elementem krajobrazu, a naprawdę jest przemocą tak silną, że bezgłośnie wypycha z autobusu jednych, kiedy wpycha do niego drugich.

„Podróżny” i „Nocą drony są szczególnie głośne” 

W „Podróżnym” Ulricha A. Boschwitza (przekład Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska), powieści o tym, że kapitalizm nie uratuje nas przed faszyzmem, jest taka scena, jak żydowski przedsiębiorca po nocy kryształowej ucieka pociągiem i współpasażerka mówi mu: „Powinien się pan cieszyć, że został pan zmuszony do wyjścia ze swojej skorupy”. Oprócz całkiem współczesnego coachingu jest tu też uparta powtarzalność historii („Kto by pomyślał, że do czegoś takiego dojdzie? W środku Europy – w dwudziestym wieku!”) i nieuniknione skojarzenia z polityką innych krajów niż Niemcy („Żydzi mówili dotąd – kontynuował podniesionym głosem – że «Niemcy muszą stać się europejskie». A my mówimy dzisiaj: «Europa musi stać się niemiecka»”).

Z Małgorzatą I. Niemczyńską, Marcinem Wilkiem i Elżbietą Jeleń, w ramach cyklu „Niemiecka do kwadratu” organizowanego przez Goethe-Institut w Krakowie, porozmawialiśmy o „Podróżnym” i o zbiorze reportaży Wolfganga Bauera „Nocą drony są szczególnie głośne” (przekład Elżbieta Kalinowska), który tak jak jego czytelnicy siłuje się ze swoją bezsilnością. Umawialiśmy się jeszcze w styczniu, że pogadamy w marcu, w końcu nagraliśmy się pod koniec maja, w końcu jest.

A przy tej okazji zobaczyłem swój biogram po niemiecku, jest poważnie: Literaturwissenschaftler und Literaturkritiker, Essayist, Redakteur der Zeitschrift „Dwutygodnik”.

Jerzy Pilch (1952-2020)

Chyba to od felietonów w „Polityce” mi się zaczęło, bo to przez nie trafiłem i na „Tygodnik Powszechny”, i na Thomasa Manna, i na Płatonowa, którego czytałem w pierwszej klasie liceum i chyba niewiele rozumiałem, choć jasne, że to była pretensjonalna szczeniacka fascynacja, bo sobie nawet kupiłem taką teczkę, a jak w niej nosiłem, nielegalnie jeszcze kupowane, flaszki, i się koledzy śmiali, to mówiłem, że mam na to wybitną literaturę, a „Monolog z lisiej jamy”, „Spic cudzołożnic”, a może najbardziej „Rozpacz z powodu utraconej furmanki” to były takie rzeczy, które na długo ustawiły dla mnie poprzeczkę tego, co w literaturze można robić, może dlatego później tak się złościłem na słabsze rzeczy, bo idolom młodości się łatwo nie wybacza, ale tak, był pierwszym pisarzem, którego przeczytałem w całości, i pierwszym, któremu uścisnąłem rękę, bo jak w liceum pojechaliśmy na wycieczkę do Wisły, to oczywiście wiedziałem, że to bez sensu, bo mieszka w Warszawie, ale się rozglądałem, bo co innego robić w Wiśle, i jak siedzieliśmy na herbacie w jakiejś knajpie, to najpierw mi serce zabiło i nogi zmiękły, potem dopiero zorientowałem się dlaczego, i choć raczej mocno nieśmiały, na tych miękkich nogach podszedłem, był znacznie wyższy, niż myślałem, ale że podszedłem to tyle, nic więcej nie miałem do powiedzenia, więc tylko wybąkałem: „Pan Jerzy Pilch?”, a on popatrzył i powiedział tak, jakby to było zaproszenie: „Będę oglądał mecz”, tego się nie zapomina.

Joanna, Władek i Andrzej 

Ponad rok temu usłyszałem gdzieś, że Andrzej Muszyński pracuje nad nową powieścią i zdążył wyrzucić już 200 stron maszynopisów, bo próbuje znaleźć odpowiedni język. A potem ukazało się „Bez”, historia Joanny i Władka, którzy nie mogą mieć dzieci. Powieść o bezdzietności? U Andrzeja nie ma żadnego „o”, jest za to fantastyczna, gęsta, i – to chyba dla mnie najważniejsze – całkowicie nieprzewidywalna proza. Książka miała premierę dwa tygodnie przed pandemią, pogadać udało się nam całkiem niedawno.

To nie jest dla mnie komfortowa sytuacja – nie jestem autorem, który lubi, jak mu się tematy narzuca. Natomiast kiedy zacząłem pisać książkę, zorientowałem się, że piszę o czymś, co wymyka się z rąk, zupełnie. W „Bez” jest opowieść o stracie, tylko nie wiadomo po czym. Nic nie ma, bo nigdy nie było.

Prognoza niepogody

Czy mem może mieć zatem coś wspólnego z esejem? „A jak najbardziej, jeszcze jak”, żeby zacytować pewnego wielce memetycznego papieża. Ale czy esej może stać się memem?

Chyba mogę się już przyznać, że od początku roku pracujemy nad „Prognozą niepogody” – zbiorem esejów o literaturze polskiej XXI wieku, oglądanej z perspektywy Nagrody Literackiej Gdynia, ale i innych punktów widzenia.

Zespół autorski jest tak zacny, że klękajcie narody: Agata Bielik-Robson, Olga Drenda, Julia Fiedorczuk, Magda Heydel, Jerzy Jarniewicz, Anna Kałuża, Eliza Kącka, Marta Koronkiewicz, Ryszard Koziołek, Zofia Król, Paweł Mościcki, Aleksander Nawarecki, Monika Ochędowska, Magda Pytlak, Tomasz Swoboda, Piotr Śliwiński. Redakcyjnie nad książką pracują: zespół Wydawnictwa Czarne, Ewa Polańska, Szymon Kloska et moi.

Premiera 12 sierpnia. Okładka (Tofu Studio), jaka jest, każdy widzi. Na pobudzenie apetytu jeden kawałek już był, teraz drugi:

Samo istnienie przekładu świadczy o wielojęzyczności, a więc o fundamentalnej prawdzie, że ludzie różnią się między sobą; zarazem dowodzi także istnienia przekładalności, czyli możliwości sprostania różnicy, zgody na to, że oto jest wokół nas wiele różnych sposobów rozumienia świata. Przekład to wyraźne opowiedzenie się przeciwko jednemu rozwiązaniu w jakiejkolwiek sprawie, a więc po prostu przeciwko totalitaryzmowi.

Dyskusyjny Klub Czytelniczy

Fajnie się gadało w ubiegłym, w tym roku też robimy Dyskusyjne Kluby Czytelnicze, wygląda na to, że na początek na Zoomie (więc jak ktoś ma daleko do Księgarni Karakter, to i tak się załapie), potem się zobaczy. Eseistyczna lista lektur wygląda tak, pierwsze spotkanie najpewniej 29 czerwca.

🏰 Michal Tabaczynski, Pokolenie wyżu depresyjnego (czerwiec)
🏰 Agata Sikora, Wolność, równość, przemoc (sierpień)
🏰 W.G. Sebald, Opis nieszczęścia (wrzesień)
🏰 Urszula Zajączkowska, Patyki, badyle (październik)
🏰 Mona Chollet, Czarownice (listopad)
🏰 Łukasz Najder, Moja osoba (grudzień)

View all of the posts in the archive, browse the tags, or subscribe to the feed for All Posts.